Выбрать главу

Wszędzie widział ciała leżących bezwładnie kobiet. Była wśród nich Elayne, wsparta plecami o ścianę, miała zamknięte oczy. Vanin słaniał się na klęczkach, z nosa i uszu płynęła mu krew, omdlałymi ruchami czepiał się ściany, próbując się podźwignąć. Ostatnia kobieta, która jeszcze trzymała się na nogach, Janira, zaczęła biec w stronę Mata, gdy tylko go zobaczyła. Przedtem uważał, że jest podobna do jastrzębia z tym haczykowatym nosem i wystającymi kośćmi policzkowymi, ale teraz jej twarz przepełniał najczystszy strach, ciemne oczy były wytrzeszczone i pozbawione wyrazu.

— Pomóż mi! — wrzasnęła, ale od tyłu złapał ją jakiś mężczyzna. Wyglądał całkiem zwyczajnie, nieco starszy od Mata, tego samego wzrostu, szczupły, odziany w prosty szary kaftan. Uśmiechając się szeroko, ujął głowę Janiry w dłonie i wykręcił ją energicznie. Odgłos pękającego karku zabrzmiał niczym trzask suchej gałązki. Upuściwszy ją, przyjrzał się z góry ciału. Przez chwilę jego uśmiech zdawał się... entuzjastyczny.

Niewielka grupka mężczyzn, tuż za Vaninem, w świetle dwóch latarni wyważała jakieś drzwi, czemu towarzyszył pisk zardzewiałych zawiasów, ale Mat ledwie zwrócił na to uwagę. Oderwał natomiast wzrok od potwornie wykręconego ciała Janiry i przeniósł go na Elayne. Obiecał Randowi, że dopilnuje, by była bezpieczna. Obiecał. Rzucił się na zabójcę z okrzykiem, z ashandarei wystawioną do zadania ciosu.

Mat widział już kiedyś Myrddraala w ruchu, ale mężczyzna był szybszy, tak szybki, że aż trudno było dać wiarę. Jakby przefrunął przed jego włócznią i, schwyciwszy drzewce, wykonał obrót, przerzucając Mata w głąb korytarza na odległość pięciu kroków.

Zaparło mu dech, kiedy runął na posadzkę, wzbijając niewielki obłok kurzu. Ashandarei upadła tuż obok. Lisia głowa wyślizgnęła mu się zza koszuli, kiedy podźwignął się, z trudem łapiąc powietrze. Dobywszy noża z zanadrza kaftana, rzucił się na mężczyznę w tym samym momencie, w którym u szczytu schodów pojawił się Nalesean z mieczem w ręku. Teraz już go dopadną, choćby nie wiadomo jak był szybki...

Myrddraal okazał się jednak niedocenionym przeciwnikiem. Wyminął pchnięcie miecza Naleseana, jakby w ciele nie miał ani jednej kości, jednocześnie wyrzucając prawą rękę i chwytając Naleseana za gardło. A kiedy odjął tę rękę, rozległ się taki odgłos, jakby ktoś rozdzierał coś ociekającego wilgocią. Pod brodą Naleseana wytrysnęła fontanna krwi. Upuszczony miecz odbił się dźwięcznie od zakurzonej kamiennej posadzki, Nalesean złapał się oburącz za zmasakrowaną szyję. Gdy padał, spomiędzy palców wypływały mu już czerwone strumienie.

Mat rzucił się na zabójcę od tyłu i wszyscy trzej jednocześnie runęli na posadzkę. Nie miał żadnych skrupułów przed zadaniem komuś ciosu w plecy, kiedy to było konieczne, zwłaszcza człowiekowi, który potrafił rozedrzeć komuś gardło. Że też nie pozwolił Naleseanowi pozostać w łóżku. Ta smutna refleksja naszła go w tym samym momencie, gdy z całej siły wbijał ostrze, jeden raz, potem drugi i jeszcze trzeci.

Mężczyzna wyrwał się z jego uścisku. Coś takiego nie powinno się zdarzyć, a jednak jakimś sposobem przeturlał się pod nim, wyrywając mu z ręki nóż. Mat jednak cały czas miał przed oczyma wytrzeszczone oczy Naleseana i jego zakrwawione gardło. Jedna z dłoni omsknęła mu się po śliskiej od krwi dłoni napastnika, gdy desperackim ruchem schwycił go za nadgarstki.

Mężczyzna uśmiechnął się do niego. Z boku sterczał mu nóż, a on się uśmiechał!

— On pragnie nie tylko jej śmierci, ale również twojej — powiedział cicho. I jakby Mat w ogóle go nie trzymał, wyciągnął ręce w stronę jego głowy, odpychając ramiona.

Mat napiął się jak oszalały, naparł całym swoim ciężarem na ręce tamtego, ale bez skutku. Światłości, jakby był dzieckiem, które walczy z dorosłym mężczyzną. Napastnik robił sobie z tego niezłą zabawę, nie szczędząc przeklętego czasu. Ręce dotknęły głowy. Gdzie jego przeklęte szczęście? Szarpnął się, wkładając w to, jak się zdawało, ostatki sił — i medalion dotknął policzka mężczyzny. Ten wrzasnął przeraźliwie. Od brzegów lisiej głowy uniósł się dym i rozległo się skwierczenie, jakie wydaje bekon na patelni. Targany drgawkami, odepchnął od siebie Mata rękami i nogami jednocześnie. Tym razem Mat przeleciał całe dziesięć kroków, dopóki nie zatrzymał się z poślizgiem.

Kiedy podniósł się chwiejnie, na poły zamroczony, mężczyzna już stał, badał twarz trzęsącymi się rękoma. Medalion pozostawił na niej wypalone do żywego mięsa piętno. Mat ostrożnie pogładził medalion palcami. Był chłodny. Nie tak zimny, jakby ktoś obok przenosił — być może kobiety na dole nadal przenosiły, ale to było za daleko — tylko tak chłodny, jak chłodne jest srebro. Nie miał pojęcia, kim jest ten osobnik, oprócz tego, że na pewno nie jest człowiekiem, ale z tym oparzeniem, trzema ranami i rękojeścią noża nadal mu wystającego pod pachą, musiał przecież stracić dość sił, by dało się przejść obok niego do schodów. Dobrze byłoby pomścić nie tylko Elayne, ale również Naleseana, ale to nie miało nastąpić dziś. A zresztą, czy to był dostateczny powód, by stawiać kogoś innego w sytuacji zmuszającej do pomszczenia Mata Cauthona?

Mężczyzna wyszarpnął nóż sterczący z boku i cisnął nim w Mata. Mat odruchowo schwycił frunące ostrze. Thom nauczył go żonglowania i powiedział mu również, że ma najszybsze ręce, jakie kiedykolwiek widział. Błyskawicznie obrócił nóż, by trzymać go jak należy, czubkiem zadartym pod kątem w górę, spojrzał na połyskujący metal i zamarło mu serce. Ani śladu krwi. Powinien zobaczyć bodaj cienką smużkę, a tymczasem stal lśniła, jasna i czysta. Może nawet trzy kłute rany nie były w stanie spowolnić tego człowieka — kimkolwiek był.

Zaryzykował i obejrzał się przez ramię. Grupa rabusiów wysypywała się zza drzwi, które udało im się wyważyć, te same drzwi, do których wczoraj doprowadziły go odciski stóp w kurzu; nieśli całe naręcza śmieci, jakichś małych, na poły przegnitych szkatułek, beczułkę z napęczniałymi klepkami, spomiędzy których wystawały owinięte w szmaty przedmioty, nawet połamane krzesło i popękane lustro. Zapewne dostali rozkaz, by wynieść wszystko. Zupełnie nie zwracając uwagi na Mata, pobiegli w stronę przeciwległego krańca korytarza i zniknęli za rogiem. To tam musiały być inne schody. Może mógłby pójść za nimi w pewnej odległości. Może... Tuż przed drzwiami, zza których wyszli, Vanin jeszcze raz spróbował się podnieść i upadł. Mat zmełł w ustach przekleństwo. Z Vaninem na plecach będzie szedł wolniej, ale jeśli wspomagało go dalej szczęście... Nie uratowało Elayne, ale może... Kątem oka zauważył, że tamta się rusza, unosi rękę w stronę głowy.

Mężczyzna w szarym kaftanie też to zauważył. Odwrócił się z uśmiechem w jej stronę.

Mat westchnął i schował bezużyteczny nóż do pochwy.

— Nie dostaniesz jej — powiedział głośno. Przyrzeczenia. Jednym szarpnięciem zerwał rzemyk z szyi, srebrna lisia głowa zatańczyła mu w garści. Rozległ się cichy szum, kiedy puścił ją w wir podwójnej pętli. — Za cholerę jej nie dostaniesz. — Ruszył naprzód, nadal kręcąc medalionem. Pierwszy krok był najtrudniejszy, ale musiał dotrzymać obietnicy.

Uśmiech tamtego zamarł. Czujnie obserwując połyskującą lisią głowę, cofał się na czubkach palców. Światło, które padało z pojedynczego okna i odbijało się od wirującego srebra, tworzyło wokół niego aureolę. Jeżeli Mat mógł go zagnać tak daleko, to może również sprawdzi, czy upadek z szóstego piętra dokona tego, czego nie mógł dokonać nóż.