Mężczyzna z piętnem wypalonym na twarzy cofał się, czasami wyciągał rękę, jakby usiłował coś schwycić, omijając medalion. I nagle uskoczył w bok, do jednej z izb. Te miały drzwi i napastnik zatrzasnął je za sobą. Mat usłyszał szczęk opadającego rygla.
Może powinien był tak to zostawić, ale nie myśląc wiele, podniósł nogę i walnął piętą w środek drzwi. Chropawe drewno buchnęło kurzem. Drugi kopniak i przegniłe zaczepy rygla ustąpiły, razem z zardzewiałym zawiasem. Drzwi zapadły się do środka, zawisnąwszy przekrzywione.
W izbie nie było całkiem ciemno. Docierała tam odrobina światła od okna na końcu korytarza, a ułamany kawałek lustra wspartego o przeciwległą ścianę lśnił skąpo. Oprócz tego lustra i szczątków krzesła w izbie było pusto. Jedynym prowadzącym do niej otworem były drzwi oraz szczurza dziura obok lustra, mimo to człowiek w szarym kaftanie zniknął.
— Mat! — zawołała słabym głosem Elayne. Pospiesznie wybiegł na korytarz. Z dołu dobiegały okrzyki, ale w tej sytuacji Nynaeve i reszta musieli sami zadbać o siebie.
Elayne podnosiła się, poruszając szczęką i krzywiąc twarz z bólu, kiedy obok niej ukląkł. Suknię miała pokrytą kurzem, kapelusz się przekrzywił, a część piór połamała, rudozłote loki wyglądały tak, jakby ktoś nimi zamiótł podłogę.
— Strasznie mocno mnie uderzył — wyznała zbolałym głosem. — Chyba nie mam nic złamanego, ale... — Jej oczy wpiły się w jego twarz i jeśli kiedykolwiek mu się wydawało, że patrzy na niego takim wzrokiem, jakby był kimś obcym, to tym razem na pewno się nie mylił. — Widziałam, co zrobiłeś, Mat. Z nim. Równie dobrze mogliśmy być kurami zamkniętymi w jednej klatce z łasicą. Moc się go nie imała, sploty topniały tak, jak to się dzieje przy twoim... — Zerknąwszy na medalion nadal zwisający mu z garści, wstrzymała oddech, przez co widok prezentujący się w tym owalnym dekolcie stał się jeszcze bardziej interesujący. — Dziękuję ci, Mat. Przepraszam za wszystko, co kiedykolwiek zrobiłam albo pomyślałam. — Wygłosiła to takim tonem, jakby tak naprawdę myślała. — Moje toh względem ciebie stale rośnie — uśmiechnęła się smutno — ale nie pozwolę, żebyś miał nade mną przewagę. Będziesz musiał pozwolić mi chociaż raz uratować sobie życie, by wyrównać rachunki.
— Zobaczę, co uda mi się w tej sprawie dla ciebie załatwić — odparł sucho, wpychając medalion do kieszeni kaftana. Toh? Przewaga nad nią? Światłości! Ta kobieta spędzała zdecydowanie za dużo czasu z Aviendhą.
Kiedy już pomógł jej wstać, omiotła wzrokiem wnętrze korytarza, Vanina z twarzą zasmarowaną krwią i kobiety leżące tam, gdzie upadły, i skrzywiła się. — Na Światłość! — powiedziała półszeptem. — Krew i cholerne, przeklęte popioły! — Mimo sytuacji, wzdrygnął się. Nie żeby się nigdy nie spodziewał, że usłyszy takie słowa z jej ust, ale one brzmiały dziwnie, jakby znała ich brzmienie, ale nie znała znaczenia. Z jakiegoś powodu wydała się młodsza.
Odtrąciwszy jego ramię, pozbyła się kapelusza, zwyczajnie ciskając go na posadzkę i pospiesznie uklęknęła przy najbliższej Mądrej Kobiecie, Reanne, ujmując jej głowę w obie dłonie. Kobieta leżała bezwładnie, twarzą w dół, z wyciągniętymi ramionami, jakby się potknęła podczas biegu. W stronę izby, której wszyscy szukali, w stronę napastnika, nie w przeciwną.
— To mnie przerasta — mruknęła Elayne. — Gdzie Nynaeve? Dlaczego ona nie przyszła tu z tobą, Mat? Nynaeve! — krzyknęła w stronę schodów.
— Po co tak się wydzierasz niby jakiś kot — warknęła Nynaeve, pojawiając się u szczytu schodów. Ale oglądała się w dół przez ramię. — Trzymaj ją mocno, słyszysz? — sama wrzasnęła nie gorszym głosem. W ręku trzymała kapelusz i potrząsała nim w stronę osoby, do której adresowała te krzyki. — Jak jej też pozwolisz uciec, to tak cię wytargam za uszy, że będziesz słyszała dzwony przez cały następny rok!
Odwróciła się i w tym momencie oczy omal nie wyszły jej z orbit.
— Oby nas Światłość opromieniała — wyszeptała i podbiegła do Janiry. Jeden dotyk i wyprostowała się, krzywiąc boleśnie. Mógł ją uprzedzić, że ta kobieta nie żyje. Nynaeve zdawała się traktować zgony jak sprawę osobistą. Otrząsnąwszy się, podeszła do następnej, Tamarli, i tym razem wydawało się, że tu może coś zdziałać Uzdrawianiem. Uklękła przy niej, marszcząc czoło, gdyż okazało się, że obrażenia Tamarli nie są takie zwyczajne. — Co się tu stało, Mat? — spytała surowo, nie oglądając się na niego. Westchnął, słysząc jej ton, powinien był przewidzieć, że winą za wszystko obarczy jego. — No co, Mat? Co się stało? Odezwiesz się, człowieku, czy muszę... — Nigdy się nie dowiedział, do jakiej pogróżki zamierzała się uciec.
Z klatki schodowej wyłonił się Lan, idący śladem Nynaeve, a za nim depcząca mu po piętach Sumeko. Krępa Mądra Kobieta ogarnęła wnętrze korytarza jednym spojrzeniem, zakasała spódnice i podbiegła do Reanne. Spojrzała jeszcze z przejęciem na Elayne i dopiero wtedy padła na kolana, po czym zaczęła w dziwny sposób wodzić dłońmi po ciele Reanne, sprawiając, że Nynaeve skupiła na niej całą uwagę.
— Co ty wyprawiasz? — spytała ostro. Nie przerywając tego, co robiła z Tamarlą, rzucała na Sumeko jedynie krótkie spojrzenia, ale były równie dociekliwe jak jej słowa. — Gdzieś ty się tego nauczyła?
Sumeko wzdrygnęła się, ale jej dłonie nie znieruchomiały.
— Wybacz mi, Aes Sedai — zaczęła się tłumaczyć zadyszanym, pozbawionym ładu potokiem słów. — Wiem, że mi nie wolno... Ona umrze, jeśli ja nie... Wiem, że miałam zaprzestać dalszych prób... ja tylko chciałam się uczyć, Aes Sedai. Błagam.
— Nie, nie, rób tak dalej — odparła nieobecnie Nynaeve. Większość jej uwagi była teraz skupiona na leżącej kobiecie, ale nie cała. — Zdaje się, że wiesz o kilku rzeczach, których nawet ja... Chcę powiedzieć, że stosujesz bardzo interesujący sposób tkania splotów. Zapewne przekonasz się, że wiele sióstr zechce się od ciebie uczyć. — Prawie bezgłośnie dodała: — Może teraz zostawią mnie w spokoju. — Sumeko nie mogła słyszeć tego ostatniego zdania, ale to, co usłyszała, sprawiło, że opuściła podbródek na swą rozłożystą pierś. Ale dłonie się nie zatrzymały.
— Elayne — mówiła dalej Nynaeve — czy zechciałabyś może poszukać Czary? Podejrzewam, że to są te drzwi. — Wskazała właściwe drzwi, stojące otworem jak kilka innych. A Mat zamrugał, kiedy spostrzegł leżące przed nimi dwa maleńkie tobołki, tam gdzie musieli je upuścić rabusie.
— Tak — wymamrotała Elayne. — Tak, na to chyba mnie stać. — Uniosła rękę w stronę Vanina, który nadal klęczał, po czym opuściła ją z westchnieniem i przestąpiła przez próg, natychmiast wzniecając chmurę kurzu i zanosząc się kaszlem.
Tłustawa Mądra Kobieta nie była jedyną, która tu przyszła za Nynaeve i Lanem. Z klatki schodowej wyszła ukradkiem Ieine, prowadząca przed sobą za kark taraboniańską Czarną siostrę, której wykręciła rękę na plecach. Ieine z całej siły zaciskała szczęki; jej przerażona twarz zdradzała mieszaninę odczuć: z jednej strony strach, że zostanie ukarana za takie traktowanie Aes Sedai, z drugiej determinację, by wytrwać mimo wszystko. Nynaeve wywierała niekiedy taki wpływ na ludzi. Czarna siostra miała oczy rozszerzone panicznym strachem, słaniała się i bez wątpienia byłaby upadła, gdyby nie uścisk Ieine. Najprawdopodobniej była otoczona tarczą i zapewne wybrałaby dla siebie obdarcie żywcem ze skóry zamiast tego, co miało ją spotkać. Z oczu lały jej się łzy, a kąciki ust obwisły w bezgłośnym szlochu.