Wymacała ukradkiem swój mieszek przy pasie, a potem schowaną wewnątrz bransoletę. Powinna nosić ją częściej, to jej obowiązek. Wyjęła bransoletę i wsunęła ją na przegub dłoni; kółko ze srebra było tak wykonane, że zapięcie stawało się niewidoczne, kiedy je zamknięto. Wykonana z użyciem Jedynej Mocy bransoleta zatrzasnęła się pod stołem, a ona natychmiast nabrała ochoty, żeby ją ściągnąć.
Do zakamarka jej umysłu wlały się niczym powódź emocje, emocje i świadomość — jakby do maleńkiej kieszonki w umyśle, tak to sobie wyobrażała. Czy wcale nie musiała sobie wyobrażać; wszystko było aż nadto realne. Bransoleta — połowa a’dam — tworzyła więź miedzy nią a kobietą, która nosiła drugą połowę, srebrny naszyjnik, którego tamta nie mogła zdjąć sama. Stanowiły dwuosobowy krąg nie wymagający obejmowania saidara, przy czym to Egwene kierowała w nim zawsze za pomocą bransolety. “Marigan” w danym momencie spała, z obolałymi od chodzenia przez cały dzień stopami i przez wszystkie minione dni, ale nawet wtedy, kiedy spała, strach wylewał się z niej z równą siłą; jedynie nienawiść potrafiła dorównać natężeniu tego strumienia, który sączył się przez a’dam. Niechęć Egwene brała się właśnie z tego ustawicznego wgryzania się w paniczny strach tamtej kobiety, z tego, że sama kiedyś nosiła drugi koniec a’dam i z tego, że wiedziała, kim jest kobieta na drugim końcu. Nie znosiła tego wymuszonego uczestnictwa w jakiejkolwiek cząstce jej duszy.
Jedynie trzy kobiety w obozie wiedziały, że Moghedien wzięto do niewoli i ukryto wśród Aes Sedai. Gdyby to wyszło na jaw, Moghedien zostałaby osądzona, ujarzmiona i stracona, Egwene mogłaby znaleźć się w niewiele lepszej sytuacji, a razem z nią również Siuan i Leane. To były te pozostałe, które wiedziały. W najlepszym razie zerwano by z niej stułę.
“Będę miała dużo szczęścia — pomyślała ponuro — jeżeli za ukrywanie Przeklętej przed sprawiedliwością czeka mnie tylko degradacja do Przyjętych”.
Mimo woli przejechała kciukiem po złotym pierścieniu ze Złotym Wężem, który nosiła na palcu wskazującym prawej dłoni.
Niemniej jednak taka kara, nawet jeśli możliwa, była raczej nieprawdopodobna. Uczono ją wprawdzie, że na Zasiadającą na Tronie Amyrlin wybierano najmądrzejszą z sióstr, a mimo to wiedziała, jak jest naprawdę. Wybór Amyrlin kontestowano równie zażarcie, jak wybór burmistrza w Dwu Rzekach, a może nawet i bardziej; nikt się nie odważył sprzeciwić jej ojcu w Polu Emonda, ale słyszała o wyborach w Deven Ride i Taren Ferry. Siuan została wyniesiona do godności Amyrlin tylko dlatego, że wszystkie trzy, które ją poprzedzały, umierały zaledwie po kilku latach zasiadania na Tronie Amyrlin. Komnata chciała kogoś młodego. Mówienie o wieku którejś siostry było jak wymierzenie jej policzka, a jednak Egwene zaczęła nabierać jakiegoś pojęcia odnośnie do tego, jak długo żyją Aes Sedai. Rzadko którą wybierano na Zasiadającą, jeżeli przedtem nie nosiła szala przez co najmniej siedemdziesiąt albo osiemdziesiąt lat, a Amyrlin musiała go nosić jeszcze dłużej. Tak więc kiedy Komnata utknęła w martwym punkcie, bo mogła wybierać jedynie między czterema siostrami wyniesionymi do godności Aes Sedai mniej niż pięćdziesiąt lat temu, a Seaine Herimon z Białych wysunęła kandydaturę kobiety, która nosiła szal zaledwie jedną dekadę, wówczas Zasiadające opowiedziały się za Siuan, być może zarówno z powodu zmęczenia, jak i ze względu na kwalifikacje, jakimi wykazała się w pracach administracyjnych.
Ale czemu opowiedziały się właśnie za Egwene al’Vere, która w wielu oczach powinna być jeszcze nowicjuszką? Bo była w ich oczach figurantką, którą z łatwością można kierować, dzieckiem, które wychowało się w tej samej wiosce co Rand al’Thor. To ostatnie z całą pewnością wpłynęło na decyzję. Nie odbiorą jej stuły, ale przekona się, że ten skromny autorytet, który do tej pory udało jej się zdobyć, przepadł. W rzeczy samej między Romandą, Lelaine i Sheriam mogłoby dojść do wymiany ciosów, po której zaczną nią wspólnie dyrygować, trzymając przy tym ciasno za kark.
— Taką samą bransoletę widziałam na ręce Elayne. — Papiery na kolanach Sheriam zaszeleściły, kiedy się pochyliła, by móc się lepiej przyjrzeć. — I Nynaeve. Dzieliły się nią, o ile sobie przypominam.
Egwene wzdrygnęła się. To była beztroska z jej strony.
— To jest ta sama bransoleta. Pamiątka, którą mi dały przed wyjazdem. — Obróciwszy srebrne kółko wokół przegubu, poczuła ukłucie winy. Bransoleta z pozoru składała się z części, ale połączonych tak przemyślnie, że nie można się było zorientować, w jaki sposób. Prawie wcale nie myślała o Nynaeve albo Elayne od czasu ich wyjazdu do Ebou Dar. Może powinna ściągnąć je z powrotem. Poszukiwania chyba nie szły im dobrze, mimo że zaprzeczały. Ale z kolei, gdyby tak znalazły to, czego szukały...
Sheriam marszczyła brwi, ale Egwene nie umiała orzec, czy to przez bransoletę, czy z innego powodu. Nie mogła dopuścić, by Sheriam zaczęła się za bardzo zastanawiać nad bransoletą; jeżeli kiedyś zauważy, że naszyjnik noszony przez Marigan stanowi z nią komplet, to zacznie zadawać boleśnie niewygodne pytania.
Egwene wstała i obeszła stół, wygładzając przy tym spódnicę. Siuan zdobyła tego dnia kilka informacji; jedną z nich można było znakomicie wykorzystać właśnie w tej chwili. Nie ona jedna miała jakieś tajemnice. Sheriam zrobiła zdziwioną minę, kiedy Egwene przystanęła trochę za blisko niej.
— Córko, dowiedziałam się, że kilka dni po przybyciu Siuan i Leane do Salidaru, wyjechało dziesięć sióstr, po dwie z każdej Ajah z wyjątkiem Błękitnych. Dokąd one pojechały i po co?
Sheriam nieznacznie zmrużyła oczy, ale nosiła swój spokój równie swobodnie jak suknię.
— Matko, raczej nie pamiętam wszystkich...
— Tylko bez wykrętów, Sheriam. — Egwene podeszła nieco bliżej, tak że ich kolana prawie się stykały. — Żadnych kłamstw przez pominięcie faktów. Sama prawda.
Gładkie czoło Sheriam przeciął mars.
— Matko, nawet gdybym wiedziała, to przecież ty nie możesz zaprzątać sobie głowy każdym drobnym...
— Prawda, Sheriam. Cała prawda. Czy mam wypytać Komnatę, dlaczego nie mogę usłyszeć prawdy od swojej Opiekunki? Wyciągnę ją z ciebie, córko, w taki czy inny sposób. Wyciągnę.
Sheriam gwałtownie się obejrzała, jakby poszukiwała drogi ucieczki. Jej wzrok padł na Chesę, skuloną nad szyciem, i w tym momencie westchnęła z ulgą.
— Matko, jestem pewna, że jutro, kiedy będziemy same, wytłumaczę ci wszystko ku twemu zadowoleniu. Muszę wpierw porozmawiać z kilkoma siostrami.
Które wymyślą, co Sheriam ma jej jutro powiedzieć.
— Chesa — poprosiła Egwene — zechciej zaczekać na zewnątrz. — Chesa, która zdawała się tak skupiona na swojej pracy, że nie zwracała uwagi na nic innego, — natychmiast poderwała się na nogi i niemal wybiegła z namiotu. Kiedy Aes Sedai się sprzeczały, każdy, kto miał bodaj połowę mózgu, uchodził w jakieś inne miejsce. — Proszę bardzo, córko — powiedziała Egwene. — Prawda. Wszystko, co wiesz. To jak najbardziej prywatna rozmowa — dodała, kiedy Sheriam zerknęła na Siuan.
Sheriam przez chwilę poprawiała spódnice, czy właściwie skubała je nerwowo, unikając wzroku Egwene, bez wątpienia zastanawiając się nad unikami. Ale Trzy Przysięgi pochwyciły ją w pułapkę. Nie mogła powiedzieć ani jednego słowa nieprawdy i niezależnie od tego, co sobie myślała o prawdziwej pozycji Egwene, od knowań za jej plecami do jawnego zanegowania autorytetu była daleka droga. Nawet Romanda przestrzegała zasad dobrego wychowania.