Выбрать главу

Zrobiwszy głęboki wdech, Sheriam splotła dłonie na podołku i przemówiła zdawkowym tonem, prosto w pierś Egwene.

— Kiedy się dowiedziałyśmy, że to Czerwone Ajah są odpowiedzialne za osadzenie Logaina w roli fałszywego Smoka, uznałyśmy, że coś trzeba z tym zrobić. — To “my” oznaczało zapewne niewielką koterię sióstr, które Sheriam zgromadziła wokół siebie; Carlinya, Beonin i wszystkie pozostałe miały w Komnacie takie same wpływy jak Zasiadające, o ile nawet nie większe. — Elaida wystosowała do wszystkich sióstr listy z żądaniem powrotu do Wieży, więc wybrałyśmy dziesięć sióstr, które miały to zrobić, najszybciej jak się da. Najprawdopodobniej już dawno temu tam dotarły. Mają dyskretnie dopilnować, by wszystkie siostry w Wieży poznały prawdę o tym, co Czerwone zrobiły z Logainem. Nie... — Zawahała się, po czym dokończyła pospiesznie: — Nawet Komnata o nich nie wie.

Egwene cofnęła się i znowu rozmasowała sobie skronie. Dyskretnie dopilnować. W nadziei, że uda się obalić Elaidę. Nawet nie taki zły plan; mógł się powieść. Ale cały proces zapewne potrwa wiele lat. A poza tym większości sióstr się wydawało, że im dłużej będą żyły, tak naprawdę nie robiąc nic, tym lepiej. I jeśli jeszcze starczy im czasu, przekonają świat, że w Białej Wieży nie doszło do żadnego rozłamu. Może więc, jeśli dać im dość czasu, jakoś wszystko naprawią i będzie tak, jakby nic się nie stało.

— Dlaczego trzymacie to w tajemnicy przed Komnatą, Sheriam? Nie sądzisz chyba, że któraś zdradziłaby Elaidzie wasz plan? — Jedna połowa sióstr popatrywała z ukosa na drugą połowę, ze strachu, że są wśród nich zwolenniczki Elaidy. Częściowo ze strachu przed tym właśnie.

— Matko, siostra, która by stwierdziła, że to, co robimy, jest błędem, nie nadawałaby się raczej na Zasiadającą. Każda taka dawno temu by odeszła. — Sheriam nie uspokoiła się, ale jej głos nabrał cierpliwej, pouczającej barwy, dzięki której, jak jej się zdawało, miała najsilniejszy wpływ na Egwene. Zazwyczaj jednak bywała bardziej pomysłowa, gdy przychodziło do zmiany tematu. — Te podejrzenia to najgorszy problem, z jakim się aktualnie borykamy. Nikt nikomu nie ufa, tak naprawdę. Gdybyśmy tylko mogły...

— Czarne Ajah — wtrąciła cicho Siuan. — Od nich człowiekowi stygnie krew, jakby mu srebrawa wpełzła pod spódnicę. Kto może wiedzieć, która należy do Czarnych, i kto wie, do czego Czarne siostry są zdolne?

Sheriam rzuciła jeszcze jedno twarde spojrzenie na Siuan, ale po jakiejś chwili cała siła jakby z niej wyciekła. Czy raczej przepełniające ją napięcie ustąpiło miejsca napięciu innego rodzaju, powodowanemu czym innym. Zerknęła na Egwene, a potem z niechęcią przytaknęła głową. Sądząc po kwaśnym grymasie jej ust, uciekłaby się do kolejnego uniku, gdyby nie było jasne, że Egwene tego nie zdzierży. Większość sióstr w obozie już uwierzyła, ale po dobrych trzech tysiącach lat zaprzeczania istnieniu Czarnych Ajah, ta wiara przyprawiała je o mdłości. I niezależnie od tego, w co wierzyły, prawie żadna nie miała ochoty poruszać tematu.

— Należy postawić sobie pytanie, Matko — ciągnęła Siuan — co się stanie, jeśli Komnata rzeczywiście się dowie. — Zdawała się znowu myśleć na głos. — Nie wyobrażam sobie, by jakakolwiek Zasiadająca przełknęła wymówkę, jakoby nie można jej było o niczym powiedzieć, bo przecież może być po stronie Elaidy. A co do oskarżenia, że mogłaby należeć do Czarnych Ajah... Tak, myślę, że porządnie się zdenerwują.

Sheriam zbladła lekko. Aż dziw brał, że śmiertelnie nie zbielała. Słowo “zdenerwują” nawet w małej części tego nie opisywało. Tak, Sheriam miałaby do czynienia z czymś znacznie gorszym niźli zdenerwowaniem, gdyby ta sprawa wyszła na jaw.

Nadszedł czas, żeby wykorzystać przewagę, ale Egwene przyszło do głowy jeszcze jedno pytanie. Jeżeli Sheriam i jej przyjaciółki wysłały — kogo właściwie? Nie szpiegów. Fretki raczej, wysłane w pogoń za szczurami — jeżeli więc Sheriam wysłała fretki do Białej Wieży, to czy mogła...?

Nagłe ukłucie bólu w kieszonce doznań ukrytej gdzieś w zakamarku głowy sprawiło, że wszystko inne zaczęło jakby fruwać. Ten ból byłby ją sparaliżował, gdyby poczuła go bezpośrednio. A tak tylko oczy wyszły jej z orbit. Mężczyzna, który potrafił przenosić, dotykał naszyjnika na szyi Moghedien; w połączeniu tego typu mężczyzna nie mógł uczestniczyć. Ból i coś, czego Moghedien dotychczas nie odczuwała. Nadzieja. A potem wszystko ustało, świadomość, emocje. Ktoś zdjął naszyjnik.

— Ja... potrzebuję świeżego powietrza — wybąkała. Sheriam zaczęła się podnosić i razem z nią Siuan, ale pokazała im skinieniem ręki, że mają zostać. — Nie, chcę być sama — zaprotestowała pospiesznie. — Siuan, dowiedz się wszystkiego, co Sheriam wie na temat fretek. Światłości, miałam na myśli te dziesięć sióstr. — Obie wytrzeszczyły oczy, ale, dzięki Światłości, nie podążyły za nią, kiedy porwała z haka latarnię i natychmiast wyszła.

Amyrlin nie uchodziło biegać, a mimo to Egwene była tego bliska; podkasała spódnice i ruszyła przed siebie, nieledwie truchtając. Bezchmurne niebo sprawiało, że księżyc świecił jaskrawo, znacząc namioty i wozy cieniami. Większość ludzi w obozowisku spała, ale tu i ówdzie nadal płonęły małe ogniska. Kręciła się przy nich garstka Strażników, kilku służących: zbyt wielu ludzi mogłoby zauważyć, jak biegnie. Propozycja pomocy była ostatnią rzeczą, jaką chciała w tym momencie usłyszeć. Dotarło do niej, że dyszy, ale ze strachu, a nie z wyczerpania.

Zaglądając do maleńkiego namiotu “Marigan”, stwierdziła, że nie ma w nim nikogo. Koce tworzące legowisko zostały odrzucone przez kogoś, kto się bardzo śpieszył.

“A jeśli ona jeszcze tu gdzieś jest? — zastanowiła się. — Bez naszyjnika i w towarzystwie tego, kto ją uwolnił?”

Cała drżąc, wycofała się powoli. Moghedien miała dość powodów, żeby jej nie cierpieć, bardzo osobistych powodów, a jedyna siostra, która dorównałaby w pojedynkę Przeklętej, kiedy w ogóle była w stanie przenosić, znajdowała się w Ebou Dar. Moghedien mogła zabić Egwene i nikt by tego nawet nie zauważył; gdyby jakaś Aes Sedai wyczuła przenoszenie, nie dostrzegłaby w tym niczego niezwykłego. Co gorsza, Moghedien mogłaby wcale jej nie zabić. I nikt by o niczym nie wiedział dopóty, dopóki by nie odkryto, że obydwie zniknęły.

— Matko — marudziła za jej plecami Chesa — nie powinnaś wychodzić na nocne powietrze. Nocne powietrze to złe powietrze. Mogłam przecież przyprowadzić Marigan, jeśli chciałaś się z nią widzieć.

Egwene omal nie podskoczyła. Nie miała pojęcia, że Chesa za nią idzie. Przyjrzała się ludziom przy najbliższych ogniskach. Zebrali się tu w poszukiwaniu towarzystwa, nie zaś ciepła w tym niemiłosiernym upale, i wprawdzie nie siedzieli blisko, ale któryś mógł zauważyć, kto wszedł do namiotu “Marigan”. Rzadko miewała gości, a mężczyźni nie odwiedzali jej nigdy. Mężczyzna zostałby zauważony.

— Myślę, że ona uciekła, Chesa.

— A to nikczemna kobieta! — zakrzyknęła Chesa. — Zawsze powtarzałam, że ma wredne usta i podstępne spojrzenie. Oczy jej biegały jak złodziejowi, kiedy człowiek na nią spojrzał. Głodowałaby przy drodze, gdyby nie ty. Żadnej wdzięczności!

Doszła za nią aż do namiotu, w którym Egwene spała, po drodze cały czas zrzędząc na temat nikczemności w ogóle i niewdzięczności “Marigan” w szczególności, a także radząc, jak należy traktować takie osoby; miała na myśli coś pośredniego między ćwiczeniem ich rózgą tak długo, aż się nie opamiętają, a pozbyciem się ich, zanim same zdążą uciec. I wszystko to okrasiła jeszcze uwagą, że Egwene powinna sprawdzić, czy ma swoją biżuterię.