Egwene ledwie ją słyszała. Myśli jej wirowały. To przecież nie mógł być Logain? Nie mógł wiedzieć o Moghedien, a zresztą nie wróciłby po to, żeby ją ratować. A może jednak? Ci mężczyźni, których skrzykiwał Rand, ci Asha’mani. We wszystkich wioskach plotkowano szeptem o Asha’manach i Czarnej Wieży. Większość sióstr starała się udawać, że dziesiątki mężczyzn, którzy potrafią przenosić, zebranych w jednym miejscu, są im obojętne — to, co w tych opowieściach było najgorsze, musiało zostać wyolbrzymione; plotki zawsze wyolbrzymiały — ale Egwene czuła, jak palce u stóp kurczą jej się ze strachu za każdym razem, gdy o nich pomyślała. Jakiś Asha’man mógł przecież... Tylko po co? Skoro Logain nie wiedział, to skąd taki miałby wiedzieć?
Starała się uniknąć jedynego sensownego wniosku. Że zaszło coś znacznie gorszego niż powrót Logaina, względnie pojawienie się Asha’manów. Że Moghedien została uwolniona przez jednego z Przeklętych. Wedle Nynaeve, Rahvin zginął z ręki Randa, który podobno zabił też Ishamaela. A także Aginora i Balthamela. Moiraine zabiła Be’lala. A zatem wśród mężczyzn pozostawali jedynie Asmodean, Demandred i Sammael. Sammael był w Illian. Nikt poza tym nie wiedział, gdzie są pozostali, względnie któraś z pozostałych przy życiu kobiet. Moiraine uśmierciła również Lanfear, a może obie się wzajem uśmierciły, ale na ile ktoś się w tym orientował, pozostałe kobiety nadal żyły. Tylko że to nie była kobieta. To był mężczyzna. Który`? Już dawno temu opracowano plany na wypadek, gdyby któryś z Przeklętych zaatakował obóz. Żadna z obecnych tu sióstr nie dorównałaby Przeklętemu w pojedynkę, ale połączone w kręgi mogłyby całkiem zmienić bieg rzeczy i każdy Przeklęty, który wszedłby do ich obozu, stwierdziłby, że otaczają go z wszystkich stron. Przeklęty albo Przeklęta. Przeklęci z jakiegoś powodu nie zdradzali żadnych objawów starzenia się. Być może był to jakiś efekt związków z Czarnym. Oni...
Takie myśli sprawiały, że ciarki przebiegały jej po grzbiecie. Musi koniecznie zacząć myśleć jasno.
— Chesa?
— ...wyglądasz, jakby znowu dopadł cię ból i trzeba ci było rozmasować skronie... Tak, Matko?
— Znajdź Siuan i Leane. Każ, żeby do mnie przyszły, tylko nie pozwól, żeby ktoś cię usłyszał.
Uśmiechnięta Chesa dygnęła i wypadła na zewnątrz. Raczej nie była w stanie uniknąć prądów, które wirowały wokół Egwene, ale uważała wszystkie te spiski i knowania za coś zabawnego. Nie znaczyło to, że wiedziała coś więcej ponad to, co działo się na powierzchni. Egwene nie wątpiła w jej lojalność, ale Chesa mogła jeszcze zmienić zdanie na temat tego, co jest podniecające; wystarczy, że się dowie, co kryje otchłań pod tymi prądami.
Egwene przeniosła, żeby zapalić lampy oliwne w namiocie, po czym zdmuchnęła latarnię i odstawiła do kąta. Może i wystarczy, że zacznie myśleć jasno, ale i tak ciągle miała wrażenie, że błądzi w ciemnościach.
9
Dwie srebrawy
Egwene siedziała na swoim krześle — na jednym z nielicznych prawdziwych krzeseł w obozie, ozdobionym oszczędnymi rzeźbieniami niczym najlepszy fotel farmera, głębokim i na tyle wygodnym, by miała ledwie cień poczucia winy na myśl o tym, że zajmuje bezcenną przestrzeń w którymś z wozów — siedziała i starała się zebrać myśli, kiedy klapy wejścia rozsunęły się i do wnętrza namiotu wślizgnęła się ukradkiem Siuan. Nie wyglądała na szczególnie uszczęśliwioną.
— Czemu, na Światłość, uciekłaś? — W odróżnieniu od twarzy, jej głos bynajmniej się nie zmienił, potrafiła strofować w najlepsze, nawet jeśli czyniła to tonem wyrażającym szacunek. Niezbyt wielki szacunek. Te niebieskie oczy też pozostały takie jak dawniej; mogłyby posłużyć rymarzowi za szydła. — Sheriam odpędziła mnie niczym natrętną muchę. — Zadziwiająco delikatne usta wykrzywiły się z goryczą. — Poszła sobie niemal zaraz po twoim wyjściu. Czy do ciebie nie dociera, że ona oddała się w twoje ręce? Z pewnością tak się stało. Ona, Anaiya, Morvrin i całe to towarzystwo. Możesz być pewna, że dzisiejszy wieczór spędzą na wybieraniu wody i łataniu dziur. I dopną swego. Nie wiem jak, ale uda im się.
Niemal w tym samym momencie, w którym wypowiedziała ostatnie słowo, do namiotu weszła Leane. Wysoka, szczupła kobieta, z twarzą o miedzianej karnacji, równie młodzieńczą jak twarz Siuan (z identycznych zresztą przyczyn). A wszak miała dość lat, by móc być matką Egwene. Leane spojrzała raz na Siuan i wyrzuciła ręce w górę, tak wysoko, na ile pozwalało jej sklepienie namiotu.
— Matko, to głupio tak ryzykować. — Jej zazwyczaj rozmarzone ciemne oczy słały teraz groźne błyski. ale mimo zirytowania w głosie słyszało się leniwe i ospałe tony. Zdarzało się wszak, że potrafił on rozbrzmiewać czystą zmysłowością. — Jeżeli ktoś zobaczy mnie i Siuan tutaj...
— Nic mnie to nie obchodzi, czy cały obóz się dowie, że wasze scysje to oszustwo — wtrąciła ostro Egwene, tkając cienką barierę przeciwko podsłuchiwaniu wokół nich trzech. Z czasem ktoś mógł się przez nią przebić, ale nie uda mu się zrobić tego niepostrzeżenie, póki wciąż podtrzymywała splot, miast go podwiązać
Tak naprawdę to bardzo ją obchodziło, toteż być może rzeczywiście nie należało wzywać obu naraz, ale taka była pierwsza, na poły tylko spójna myśl — wezwanie jedynych sióstr, na które mogła liczyć bezwarunkowo. Nikt w obozie nawet nie podejrzewał. Wszyscy wiedzieli, że była Amyrlin i jej była Opiekunka nienawidzą się wzajem w równym stopniu, jak Siuan nie znosiła wprowadzania w tajniki bycia Amyrlin swojej następczyni. Gdyby któraś siostra poznała prawdę, czekałaby je bardzo długa i bynajmniej nie lekka pokuta — Aes Sedai jeszcze mniej niż inni ludzie lubiły, gdy ktoś starał się je okpić; nawet władcom coś takiego nie uszłoby na sucho — ale dotychczas te dzielące je rzekome animozje dawały im niejakie wpływy u różnych sióstr, łącznie z Zasiadającymi. Jeżeli. obydwie mówiły to samo, wówczas pozostałe skłonne były dać temu wiarę. Ujarzmienie miało jeszcze jeden efekt uboczny, który okazał się bardzo użyteczny, a o którym nikt nie miał pojęcia. Nie obowiązywały ich już Trzy Przysięgi, mogły teraz łgać jak kupcy wełną.
Konszachty i oszustwa gdzie nie spojrzeć, z każdej strony. Obozowisko przypominało cuchnące bagno, w którym kiełkowały dziwaczne narośla, niewidoczne, bo skryte za mgłą. Może wszędzie, gdzie zbierały się Aes Sedai, sytuacja wyglądała tak samo. Po trzech tysiącach lat spiskowania, jakby ono nie było niezbędne, raczej nie dziwiło, że knucie stało się dla większości sióstr drugą naturą. Potworne natomiast było to, że Egwene odkryła w sobie upodobanie do wszelkich machinacji. Nie dla nich samych, bawiły ją, bo traktowała je jak łamigłówki i to o wiele bardziej intrygujące od zwykłych powykręcanych kawałków żelaza. Wolała nie wiedzieć, jakie wynikają stąd wnioski odnośnie do jej natury. No cóż, była Aes Sedai, cokolwiek ktoś sobie myślał, i musiała przyjąć tego dobre i złe strony.
— Moghedien uciekła — ciągnęła dalej bez chwili przerwy. — Jakiś mężczyzna zdjął z niej a’dam. Mężczyzna, który potrafi przenosić. Moim zdaniem, jedno z tych dwojga zabrało naszyjnik; nie było go w namiocie, na ile mogłam się zorientować. Musi istnieć jakiś sposób na jego znalezienie za pomocą bransolety, ale jeżeli nawet, to ja go nie znam.
Oczywiście natychmiast straciły ochotę na zwykłe zaczepki. Leane, której nogi odmówiły posłuszeństwa, osunęła się niczym pusty worek na zydel, którego czasami używała Chesa. Siuan usiadła powoli na posłaniu, z bardzo sztywno wyprostowanymi plecami i rękoma ułożonymi nieruchomo na kolanach. Egwene, z jakiegoś absurdalnego powodu, zauważyła, że jest ubrana w suknię haftowaną w małe, niebieskie kwiatki, tworzące szeroki pas taireniańskiego labiryntu u samego dołu, dzięki któremu dzielone spódnice wyglądały jak całość, kiedy się nie ruszała. Jeszcze jeden taki pas zachodził kusząco na staniczek. Dbałość o to, by jej stroje były nie tylko stosowne, ale również piękne, stanowiła z pewnością drobną zmianę, jeśli spojrzeć na to z jednej strony — zwłaszcza że Siuan nie doprowadziła jej do przesady — z drugiej jednakże była czymś równie drastycznym jak jej twarz. I zagadkowym. Siuan nie znosiła zmian i wiecznie stawiała im opór. Wyjąwszy tę jedną.