Выбрать главу

Szła akurat przez otwartą przestrzeń wytyczoną przez sznury przywiązane do palików wbitych w ziemię, gdy srebrny błysk przeciął ciemność; otwarta w tej samej chwili brama obróciła się i otworzyła. Nie było to tak naprawdę światło, gdyż nie rzucało cienia. Zatrzymała się tuż za narożnym słupkiem, żeby się przypatrzeć. Nikt przy pobliskich ogniskach nawet nie podniósł głowy, już się przyzwyczaili do takich widoków. Z bramy wysypał się tuzin albo i więcej sióstr, dwa razy tyle służących i kilku Strażników; wracali z wieściami i wiklinowymi koszami, w których trzymali gołębie wyhodowane w Salidarze, położonym na południowym zachodzie w odległości dobrych pięciuset mil.

Brama jeszcze się nie zamknęła na dobre, a one już się rozchodziły we wszystkie strony, niosąc swe ciężary do Zasiadających, do swoich Ajah, kilka do własnych namiotów. Na ogół towarzyszyła im Siuan; rzadko kiedy ufała komuś do tego stopnia, by posyłać inne osoby po przeznaczone dla niej wieści, nawet jeśli większość była spisana szyfrem. Czasami zdawało się, że na świecie jest więcej siatek szpiegowskich niż samych Aes Sedai, aczkolwiek spora ich liczba w rezultacie najrozmaitszych okoliczności została poważnie okrojona. Większość agentek działających z ramienia poszczególnych Ajah najwyraźniej starała się nie zdradzać, dopóki “trudności” w Białej Wieży nie skończą się, a całkiem sporo agentek poszczególnych sióstr nie miało pojęcia, gdzie aktualnie znajduje się kobieta, której służą.

Kilku Strażników dostrzegło Egwene i starannie się jej ukłoniło, okazując szacunek stosowny dla stuły; siostry mogły popatrywać na nią z ukosa, ale to Komnata wyniosła ją na Tron Amyrlin i Gaidinowie nie potrzebowali niczego więcej. Służba kłaniała się i dygała. Żadna z Aes Sedai śpiesznie opuszczających bramę nawet nie spojrzała w jej kierunku. Może po prostu jej nie zauważyły. Może.

Fakt, że w ogóle którakolwiek mogła utrzymywać kontakty ze swoimi agentkami, pod pewnym względem stanowił “prezent’’ od Moghedien. Te siostry, które dysponowały poziomem siły wystarczającym do tworzenia bram, przebywały w Salidarze dostatecznie długo, by dobrze poznać wioskę. Te, które potrafiły utkać bramę użytecznych rozmiarów, mogły Podróżować niemal wszędzie z Salidaru i trafiać od razu tam, gdzie trzeba. Niemniej jednak próba Podróżowania do Salidaru, nowego obozu, równałaby się spędzaniu połowy nocy albo i dłużej na rozpoznawaniu każdorazowo najdrobniejszych szczegółów nowego, ogrodzonego sznurami terenu. Informacje, które Egwene wydobyła od Moghedien, dotyczyły wypraw z miejsca, którego nie znało się dobrze, do miejsca, które się znało. Przemykanie, wolniejsze od Podróżowania, nie zaliczało się do utraconych Talentów — nikt w ogóle o nim nigdy nie słyszał — dlatego więc nawet ten termin przypisywano Egwene. Każdy, kto potrafił Podróżować, znał się też na Przemykaniu, toteż siostry co noc Przemykały do Salidaru, gdzie sprawdzały gołębniki z ptakami, a potem Podróżowały z powrotem.

Taki widok powinien sprawić jej przyjemność — zbuntowane Aes Sedai posiadały te Talenty, które w przekonaniu Białej Wieży zostały utracone na zawsze, a oprócz nich wciąż poznawały nowe. Wszystko to razem miało kosztować Elaidę utratę Tronu Amyrlin, zanim się cała rzecz dokona, a jednak zamiast satysfakcji, Egwene poczuła gorycz. Afront ze strony sióstr nie miał z tym nic wspólnego, a w każdym razie niewiele. W miarę jak szła dalej, odstępy między ogniskami stawały się coraz to większe, aż wreszcie wszystkie łuny zbladły za nią; otaczały ją teraz ciemne bryły wozów, przeważnie nakrytych płóciennymi plandekami rozpiętymi na żelaznych obręczach i namioty jaśniejące blado w świetle księżyca. Za tym wszystkim ogniska w obozowisku armii wspinały się na okoliczne wzgórza, podobne do gwiazd ściągniętych na ziemię. Cisza od strony Caemlyn, cokolwiek o niej myśleli inni, sprawiała, że ściskał jej się żołądek.

W dniu, w którym opuścili Salidar, przyszedł list, aczkolwiek Sheriam raczyła go jej pokazać zaledwie przed kilkoma dniami i z wielokrotnie powtarzanym ostrzeżeniem, że jego treść winna być zachowana w tajemnicy. Komnata wiedziała, ale poza nią nikt inny nie musiał. Jeszcze jedna tajemnica oprócz tych dziesięciu tysięcy innych, które niczym plaga nawiedzały ich obóz. Egwene była pewna, że tego listu nigdy by nie zobaczyła na własne oczy, gdyby stale nie zabiegała o sprawy Randa. Spamiętała wszystkie starannie dobrane słowa, spisane drobną dłonią na papierze tak cienkim, że dziw brał, iż pióro nie przedarło go na wylot.

“Rozgościłyśmy się na dobre w oberży, o której rozmawiałyśmy i spotkałyśmy się też z kupcem wełną. To zaiste niezwykły młodzieniec, dokładnie tak, jak mówiła Nynaeve. A jednak okazał się dworny. Moim zdaniem, obawia się nas, co działa tylko na naszą korzyść. Pójdzie dobrze.

Być może słyszałyście pogłoski o tutejszych mężczyznach, wliczając w to pewnego jegomościa z Saldaei. Obawiam się, iż są one aż nadto prawdziwe, ale dotąd żadnego nie spotkałyśmy i będziemy ich unikać, jak się tylko da. Kiedy człowiek ściga dwa zające, to uciekają mu oba.

Są tu Verin z Alanną, towarzyszy im liczna grupa młodych kobiet z tych samych okolic co kupiec wełną. Będę się starała podesłać je wam na przeszkolenie. Alanna znalazła punkt zaczepienia u kupca wełną, który może się okazać użyteczny, aczkolwiek może też nastręczyć kłopotów. Poza tym wszystko pójdzie dobrze, jestem tego pewna.

Merana”.

Sheriam podkreśliła, że jej zdaniem to dobre wieści. Merana, doświadczona negocjatorka, dotarła do Caemlyn i została dobrze przyjęta przez Randa, czyli “kupca wełną”. Sheriam uważała wręcz, że to wspaniałe wieści. A Verin i Alanna wiozą do nich dziewczęta z Dwu Rzek, które mają zostać nowicjuszkami. Sheriam była przekonana, że podążają tą samą drogą, którą oni się kierowali i spodziewała się nawet, że Egwene będzie cała promieniała w oczekiwaniu na twarze z rodzinnych okolic. Merana poradzi sobie z wszystkim. Merana wiedziała, co robi.

— To wiadro końskiego potu — mruknęła Egwene w nocny mrok. Jakiś szczerbaty osobnik, który niósł wielkie drewniane wiadro, wzdrygnął się i zagapił na nią, tak zdumiony, że aż zapomniał się ukłonić.

Rand i dworskie maniery? Była świadkiem jego pierwszego spotkania z Coiren Saeldain, emisariuszką Elaidy. “Arogancki”, oto słowo, które go najlepiej określało. Niby czemu miałby inaczej traktować Meranę? A tymczasem Merana sądziła, że on się boi i uważała, że tak jest dobrze. Rand rzadko kiedy się czegoś bał, nawet wtedy, kiedy miał ku temu powody i jeżeli bał się teraz, to Merana powinna pamiętać, że najłagodniejszy mężczyzna potrafi stać się niebezpieczny pod wpływem strachu, pamiętać, że Rand jest niebezpieczny już przez to, kim jest. I co to za punkt zaczepienia stworzony przez Alannę? Egwene nie do końca ufała Alannie. Ta kobieta robiła niekiedy nadzwyczaj dziwne rzeczy, może wiedziona impulsem, a może jakimiś głębszymi motywami. Egwene nie zdziwiłaby się, gdyby jakoś wślizgnęła mu się do łóżka; w rękach takiej kobiety stałby się miękki jak glina. Elayne skręciłaby jej wtedy kark, ale to jeszcze nie byłoby takie najgorsze. Najgorsze z wszystkiego było to, że w gołębnikach Salidaru nie pojawiły się już żadne inne gołębie od Merany.