Chyba że... Każdej kobiecie przyłapanej na udawaniu Aes Sedai dawano taką nauczkę, że piszczała jeszcze wiele lat później, a przyłapana Przyjęta mogła taką kobietę uznać za szczęśliwą, ale Nynaeve i Elayne były teraz z pewnością bezpieczne, ponieważ zostały już pełnymi siostrami. Podobnie jak ona sama. Tyle że, niestety, wystarczyłby zaledwie szept i przepadłyby wszelkie szanse na zmuszenie Komnaty, by ta uznała ją za prawdziwą Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Równie dobrze mogłaby zrobić sobie krótki wypad do Randa, a potem powiedzieć o tym Komnacie. Dlatego nie mogła dopuścić, by te dwie dostrzegły jej wątpliwości czy bodaj je podejrzewały.
— Zapomnę o tym — oznajmiła ostrym tonem. — Jeśli jednak usłyszę o tym bodaj słowo, od kogokolwiek... — Wciągnęła urywany oddech; tak naprawdę niewiele by z tym mogła zrobić. Nicola i Areina wzdrygnęły się, a więc potraktowały pogróżkę poważnie. — Wracajcie do łóżek, zanim zmienię zdanie.
W jednej chwili zaczęły miotać się w dygnięciach, mówić “Tak, Matko” i “Nie, Matko” oraz “Jak rozkażesz, Matko”. Uciekły, oglądając się na nią przez ramię, każdy ich krok był szybszy od poprzedniego, aż na koniec zaczęły biec. Egwene musiała wędrować spokojnie, ale miała ochotę zrobić to samo.
10
Niewidzialne oczy
Selame już czekała, kiedy Egwene wróciła do namiotu, chuda jak tyka kobieta o ciemnej, taireniańskiej karnacji, tak pewna siebie, że niemalże bezczelna. Chesa miała rację; naprawdę chodziła z zadartym nosem, jakby ją mdliło od jakiegoś paskudnego zapachu. O ile jednak odnosiła się arogancko do innych służących, przy swojej pani zachowywała się całkiem odmiennie. W momencie gdy Egwene weszła do namiotu, Selame rozpostarła spódnice tak szeroko, jak jej na to pozwoliła zagracona przestrzeń, i wykonała ukłon tak głęboki, że głową niemalże dotknęła dywanu. Zanim Egwene zdążyła zrobić drugi krok do wnętrza, kobieta doskoczyła do jej guzików i zaczęła się nad nimi pastwić. I nad samą Egwene również. Selame miała bardzo mało rozumu.
— Och, Matko, znowu wyszłaś bez nakrycia głowy. — Jakby Egwene kiedykolwiek zechciała się wystroić w jeden z tych naszywanych paciorkami czepków, które upodobała sobie ta kobieta, albo w to haftowane cudo z aksamitu, uwielbiane przez Meri, względnie w kapelusz z pióropuszem Chesy. — Przecież ty masz dreszcze. Nie powinnaś nigdy wychodzić na zewnątrz bez szala i parasolki, Matko. — Niby w jaki sposób parasolka mogła uchronić przed dreszczami? Selame, której pot ściekał z policzków, choćby nie wiadomo jak szybko ocierała je chusteczką, nawet nie przyszło do głowy, by spytać, dlaczego Egwene ma te dreszcze, i całe szczęście. — A na dodatek wyszłaś sama w środku nocy. To nie uchodzi, Matko. Przecież tam są ci wszyscy żołnierze, brutalni mężczyźni, którzy nie żywią należytego szacunku względem kobiet, nawet Aes Sedai. Matko, tobie zwyczajnie nie wolno...
Egwene nie przerywała tego potoku bzdur tak samo, jak się godziła, by ta kobieta ją rozebrała, prawie wcale nie zwracając na nią uwagi. Nic by nie zyskała, gdyby kazała jej się uciszyć, jedynie sprowokowała moc zranionych spojrzeń i oburzonych westchnień. Selame zresztą, poza tym swoim bezmózgim paplaniem, wykonywała swe obowiązki przykładnie, mimo iż okraszała je tyloma ukłonami, że stawały się istnym tańcem afektowanych gestów i służalczych dygnięć. Wydawało się niemożliwe, by ktoś mógł być tak głupi jak Selame, zawsze dbająca o pozory, zawsze przejęta tym, co sobie pomyślą inni. Dla niej na miano ludzi zasługiwały wyłącznie Aes Sedai, arystokraci oraz ich najwyższa rangą służba. Poza nimi nikt inny się nie liczył. To było prawdopodobnie niemożliwe. Egwene nie zamierzała zapomnieć, kto znalazł Selame, podobnie jak tego, kto znalazł Meri. Chesa stanowiła wprawdzie podarunek od Sheriam, ale więcej niż raz dowiodła swej lojalności względem Egwene.
Egwene usiłowała sobie wmówić, że te dygotania, które druga kobieta uznała za dreszcze, to paroksyzmy wściekłości, ale wiedziała, że w brzuchu wije jej się robak strachu. Zaszła zbyt daleko i miała jeszcze zbyt wiele do zrobienia, by pozwolić, żeby Nicola i Areina wsadziły szprychę w jej koło.
W momencie, gdy wysunęła głowę z otworu świeżej koszuli nocnej, do ucha wpadł jej fragment paplaniny chudej kobiety i wtedy wytrzeszczyła oczy.
— Czyżbyś powiedziała “owcze mleko”?
— Ależ tak, Matko. Masz tak delikatną skórę, nic jej nie zachowa w takim stanie oprócz kąpieli w owczym mleku.
Może naprawdę była skończoną idiotką. Wyrzuciwszy z namiotu protestującą Selame, Egwene sama wyszczotkowała sobie włosy, pościeliła łóżko, schowała obecnie bezużyteczną a’dam do małej szkatułki wyrzeźbionej z kości słoniowej, w której trzymała swoją nieliczną biżuterię, a na koniec pogasiła lampy.
“Wszystko sarna — pomyślała sarkastycznie w ciemnościach. — Selame i Meri dostaną ataku histerii”.
Zanim się jednak położyła, podreptała jeszcze do klapy namiotu i uchyliła ją nieznacznie. Na zewnątrz panowała martwota i cisza, znienacka zakłócona okrzykiem nocnej czapli, który nagle przerodził się z skrzek, a potem umilkł. W tych ciemnościach kryły się drapieżniki. Po chwili coś się poruszyło w cieniu obok namiotu po drugiej stronie drogi. Kobieta, sądząc po sylwetce.
Być może głupota dyskwalifikowała Selame nie mniej niźli ta kwaśna mina — Meri. Mogła to być jedna lub druga. Albo ktoś całkiem inny. Nawet Nicola albo Areina, chociaż to było raczej nieprawdopodobne. Opuściła klapę namiotu z uśmiechem. Obserwatorka, kimkolwiek była, nie zobaczy, dokąd się uda tej nocy.
Sposób na układanie się do snu, którego nauczyła się od Mądrych, był bardzo prosty. Najpierw zamykała oczy, potem czuła, jak odprężają się po kolei wszystkie części ciała, oddech dostosowuje do bicia serca, umysł dekoncentruje i odpływa, cały oprócz jednego maleńkiego zakamarka, odpływa. Sen morzył ją już po kilku chwilach, ale to był sen spacerującej po snach.
Pozbawiona kształtu wpłynęła do samych głębin oceanu gwiazd, ku niezliczonym świetlnym punktom połyskującym na tle nieskończonego morza ciemności, ku nieprzebranym świetlikom migoczącym pośród bezkresnej nocy. To były sny, sny wszystkich, którzy teraz spali gdzieś w świecie, może wszystkich we wszystkich możliwych światach, a to miejsce stanowiło lukę, która dzieliła rzeczywistość od Tel’aran’rhiod, przestrzeń między światem jawy a Światem Snów. Gdziekolwiek nie spojrzała, dziesiątki tysięcy świetlików znikało w momencie, w którym ludzie się budzili, i rodziły się dziesiątki tysięcy nowych, by zająć ich miejsce. Wielowymiarowa, podlegająca bezustannym zmianom procesja roziskrzonego piękna.
Nie marnowała jednak czasu na podziwianie. W tym miejscu kryło się wiele niebezpieczeństw, w tym niektóre śmiertelnie groźne. Była przekonana, że wie, jak ich uniknąć, ale jeżeli będzie się ociągała zbyt długo, jedno z nich ją tu dopadnie, a to byłoby, mówiąc najoględniej, żenujące. Rozglądając się ostrożnie — cóż, rozglądałaby się ostrożnie, gdyby miała oczy — płynęła dalej. Nie czuła ruchu. Miała wrażenie, że stoi nieruchomo i że ten połyskujący ocean wiruje wokół niej, aż w pewnym momencie jedno ze światełek przystanęło jakby tuż przed nią. Wszystkie mrugające gwiazdy wyglądały dokładnie tak samo, a jednak wiedziała, że to jest sen Nynaeve. Skąd wiedziała, to była już całkiem inna sprawa; nawet Mądre nie rozumiały, na czym polega ta intuicyjna zdolność rozpoznania.
Zastanawiała się, czy nie odszukać snów Nicoli i Areiny. Potrafiłaby za ich pośrednictwem wsączyć im strach do głowy i ani trochę nie dbała, że było to zabronione. Niemniej jednak znalazła się tu w pewnym określonym celu, nie zaś ze strachu przed tym co zakazane. Zrobiła coś, czego nikt dotychczas nie robił, i była pewna, że uczyni to raz jeszcze, jeżeli okaże się to niezbędne. Rób, co musisz, a potem za to płać, tego ją właśnie nauczyły te same kobiety, które odgrodziły zakazami te tereny. Tylko odmowa przyznania się do długu, odmowa jego spłacenia, często zmieniała konieczność w zło. Ale nawet jeśli te dwie spały, znalezienie czyichś snów po raz pierwszy stanowiło zajęcie co najmniej żmudne, a na dodatek bez gwarancji powodzenia. Całe dni — czy raczej noce — wysiłku przeważnie nie dawały żadnych rezultatów. To akurat było prawie pewne.