Выбрать главу

— Logain jest w drodze do Czarnej Wieży — powiedziała głośno. Miała nadzieję, że on naprawdę jedzie do Czarnej Wieży, bo wtedy przynajmniej można by go było jakoś sprawdzić, a gdyby został złapany i ponownie poskromiony, Rand nie mógłby za to obwiniać żadnej z towarzyszących jej sióstr. — Moghedien zaś nie ma jak się dowiedzieć, gdzie ja teraz jestem. — Starała się myśleć o tym z jak największym przekonaniem.

— Dlaczego miałabyś się bać Tych, Którzy Dusze Oddali Cieniowi? — spytał ją czyjś głos za plecami i w tym momencie Egwene najwyraźniej postanowiła sprawdzić, jak to jest wspinać się w powietrzu. Była spacerującą po snach, znajdowała się w Tel’aran’rhiod, a jednak podskoczyła, zanim zdołała się opanować.

“O tak — pomyślała, lewitując — zaiste, daleko mi do błędów początkujących”.

Jeszcze trochę, a podskoczy, kiedy Chesa powie jej “dzień dobry”.

Z nadzieją, że nie czerwieni się zbyt mocno, opadła powoli; może dzięki temu odzyska choć trochę godności.

Może... tymczasem jednak na wiekowej twarzy Bair pojawiło się jeszcze więcej zmarszczek niż zazwyczaj od uśmiechu tak szerokiego, że aż koniuszki jej ust niemalże stykały się z uszami. W odróżnieniu od dwóch towarzyszących jej kobiet, nie potrafiła przenosić Mocy, ale ta umiejętność nie miała nic wspólnego ze spacerowaniem po snach. Była w tym równie wprawna jak inne spacerujące, a pod niektórymi względami nawet lepsza. Amys też się uśmiechała, aczkolwiek nie tak szeroko, za to słonecznowłosa Melaine odrzuciła głowę w tył i ryknęła śmiechem.

— W życiu nie widziałam nikogo... — tyle tylko zdołała wykrztusić. — Zupełnie jak królik. — Wykonała podskok i wzbiła się w powietrze na wysokość pełnego kroku.

— Ostatnio obchodziłam się dość brutalnie z Moghedien. — Egwene była dumna ze swego opanowania. Lubiła Melaine; ta kobieta stała się znacznie mniej drażliwa, odkąd spodziewała się dziecka, czy raczej dzieci, a jednak w tym momencie Egwene byłaby w stanie udusić ją z radością. — Razem z kilkoma przyjaciółkami poskromiłyśmy nieco jej dumę, choć z pewnością nie tylko. Myślę, że chętnie by mi się odpłaciła. — Pod wpływem impulsu zmieniła raz jeszcze odzienie, na coś w rodzaju sukni do konnej jazdy, którą obecnie wkładała codziennie, uszytą z lśniącego, zielonego jedwabiu. Na palcu pojawił się złoty pierścień z Wielkim Wężem. Nie mogła im powiedzieć wszystkiego, ale te kobiety były przyjaciółkami i należało im powiedzieć tyle, ile mogła; zasłużyły sobie na to.

— Rany zadane dumie pamięta się o wiele dłużej niż rany na ciele. — Bair mówiła cienkim i piskliwym głosem, a mimo to silnym niczym trzcina z żelaza.

— Opowiedz nam o tym — powiedziała Melaine, zachęcając ją uśmiechem. — Co takiego zrobiłaś, że sprowadziłaś na nią hańbę? — Bair była równie uradowana. W okrutnym kraju człowiek albo uczył się śmiać z okrucieństwa, albo przez całe życie płakał; w Ziemi Trzech Sfer nauczono się śmiać dawno temu. A zhańbienie wroga poczytywano za sztukę.

Amys przez chwilę przypatrywała się nowemu ubraniu Egwene, po czym orzekła:

— To chyba może poczekać. Musimy pomówić, tak powiedziałaś. — Wskazała gestem miejsce, gdzie Mądre lubiły rozmawiać, tuż poza zasięgiem szerokiej kopuły nad samym środkiem komnaty.

Powód, dla którego wybierały to właśnie miejsce, stanowił jeszcze jedną zagadkę, której Egwene nie potrafiła rozwiązać. Trzy kobiety usadowiły się na skrzyżowanych nogach, starannie rozpościerając spódnice, w odległości zaledwie kilku kroków od pseudomiecza z połyskliwego kryształu, wbitego w posadzkę. Niby nie zwracały nań uwagi — nie stanowił elementu ich proroctw — nie większą w każdym razie niż na ludzi, którzy materializowali się znienacka w wielkiej komnacie, a jednak przychodziły zawsze właśnie tutaj.

Osławiony Callandor mógł istotnie funkcjonować jako miecz mimo swego wyglądu, ale tak naprawdę był to męski sa’angreal, jeden z najpotężniejszych, jakie wykonano podczas Wieku Legend. Na myśl o męskim sa’angrealu Egwene przeszył lekki dreszcz. Sprawy miały się inaczej, kiedy w grę wchodził tylko Rand. I rzecz jasna Przeklęci. A teraz pojawili się jeszcze Asha’mani. Dzięki Callandorowi mężczyzna potrafił zaczerpnąć taką ilość Jedynej Mocy, która pozwalała mu w mgnieniu oka zrównać z ziemią wielkie miasto i zniszczyć wszystko w promieniu wielu mil. Ominęła miecz szerokim łukiem, odruchowo podkasując spódnice. Rand zabrał Callandora z Serca Kamienia, tak jak to przepowiedziały Proroctwa, a potem zostawił znów, z sobie tylko znanych powodów. Zostawił i otoczył pułapkami utkanymi z saidina. One też miały własne senne odbicia, takie, które mogły się uaktywnić z równą skutecznością, gdyby ktoś spróbował utkać przy mieczu niewłaściwe sploty. Niektóre rzeczy w Tel’aran’rhiod były naprawdę zbyt prawdziwe.

Starając się nie myśleć o Mieczu, Który Nie Jest Mieczem, Egwene stanęła przed trzema Mądrymi. Te obwiązały się szalami w pasie i rozwiązały tasiemki przy bluzkach. W taki właśnie sposób kobiety Aielów zasiadały z przyjaciółmi w swoich namiotach pod palącym słońcem. Ona sama nie usiadła, mimo iż mogła przez to wyglądać jak petentka albo pozwana przed sąd. A niech tam! W jakiś sposób, w głębi własnego serca, była kimś takim.

— Nie powiedziałam wam, dlaczego mnie od was odwołano, a wy nie pytałyście.

— Powiesz nam, kiedy będziesz gotowa — odparła Amys łagodnym tonem. Wyglądała na równą wiekiem Melaine, mimo iż jej sięgające pasa włosy były siwe jak włosy Bair — zaczęły się srebrzyć, kiedy była niewiele starsza od Egwene — ale to ona dowodziła wszystkimi trzema, nie Bair. Egwene po raz pierwszy zastanowiła się, ile Amys ma lat. Takiego pytania nie zadaje się Mądrej, podobnie jak Aes Sedai.

— Kiedy was opuściłam, byłam Przyjętą. Wiecie o rozłamie w Białej Wieży. — Bair potrząsnęła głową i skrzywiła się; wiedziała, ale nie rozumiała. Żadna z nich nie rozumiała. Dla Aielów było to coś równie nierealnego jak rozłam w klanie albo w społeczności wojowników. Być może stanowiło to dla nich również potwierdzenie, że Aes Sedai są w rzeczywistości gorsze, niż należało zakładać. Egwene mówiła dalej, zdziwiona, że ma taki spokojny, opanowany głos. — Te siostry, które wystąpiły przeciwko Elaidzie, wyniosły mnie na swoją Amyrlin. Po obaleniu Elaidy to ja zasiądę na Tronie Amyrlin w Białej Wieży. — Uzupełniła swój przyodziewek, dodając pasiastą stułę, i czekała. Raz już je okłamała, poważnie naruszając ji’e’toh, i nie była pewna, jak zareagują, gdy usłyszą, co jeszcze przed nimi ukryła. O ile w ogóle w to uwierzą. Tymczasem tylko na nią spojrzały.

— Dzieci mają taki jeden obyczaj — odezwała się po jakimś czasie Melaine. Jeszcze nie było po niej widać, że jest w odmiennym stanie, ale bił od niej wewnętrzny blask, czyniący ją piękniejszą niż dotąd, blask, a oprócz niego niewzruszony spokój. — Wszystkie dzieci chcą rzucać włóczniami i wszystkie chcą być wodzami klanów, ale któregoś dnia dociera do nich, że wódz klanu rzadko tańczy z włóczniami w pojedynkę. Dlatego robią kukłę i stawiają ją na jakimś wzniesieniu. — Posadzka z boku nagle się wypiętrzyła i nie było tam już płytek, tylko spieczona od słońca, brązowa skała. Na jej szczycie stała kukła, wykonana z gałązek i szmatek, przypominająca człowieka. — To jest wódz klanu, który każe im tańczyć z włóczniami, ze wzgórza, skąd może obserwować bitwę. Dzieci jednakże biegają tam, gdzie chcą, i ich wódz klanu to tylko kukła z patyków i szmat. — Podmuch wiatru rozwiał strzępy tkanin, wskazując puste wnętrze kukły, która po chwili zniknęła razem z pagórkiem.