Выбрать главу

Egwene zrobiła głęboki wdech. Oczywiście. Odpokutowała za swoje kłamstwo zgodnie z ji’e’toh, z własnego wyboru, dzięki czemu było tak, jakby kłamstwo nigdy nie zostało wypowiedziane. Powinna była to przewidzieć. Przejrzały jej sytuację na wylot, jakby przez wiele tygodni przebywały w obozie Aes Sedai. Bair wbiła wzrok w posadzkę, nie chcąc być świadkiem jej hańby. Amys siedziała z podbródkiem wspartym na dłoniach, a przenikliwe spojrzenie jej niebieskich oczu starało się jakby wwiercać w serce Egwene.

— Niektóre widzą mnie właśnie w taki sposób. — Jeszcze jeden głęboki wdech i wyrzuciła z siebie prawdę. — Wszystkie, oprócz garstki nielicznych. Ale do rzeczy. Zanim dokończymy naszą bitwę, będą wiedziały, że to ja jestem ich wodzem, i będą postępowały tak, jak ja zechcę.

— Wróć do nas — powiedziała Bair. — Dla tych kobiet masz zbyt wiele honoru. Sorilea wybrała już dla ciebie kilkunastu młodych mężczyzn, będziesz ich mogła obejrzeć w namiocie-łaźni. Bardzo chciałaby zobaczyć, jak robisz wieniec panny młodej.

— Mam nadzieję, że będzie obecna, gdy będę wychodziła za mąż, Bair. — Za Gawyna, miała nadzieję; wiedziała na podstawie swoich snów, że zwiąże go ze sobą więzią, ale tylko nadzieja i wiara w miłość mówiły jej, że się pobiorą. — Mam nadzieję, że wszystkie tam będziecie, ale ja już dokonałam wyboru.

Bair była gotowa dalej się sprzeczać i podobnie Melaine, ale Amys podniosła rękę i wtedy, niezadowolone, umilkły.

— W jej decyzji jest dużo ji. Ona będzie naginała wolę wrogów do swej woli, a nie uciekała przed nimi. Życzę ci, byś osiągnęła jak najwięcej w swoim tańcu, Egwene al’Vere. — Była kiedyś Panną Włóczni i nadal się za nią uważała. — Siadaj. Siadaj.

— Jej honor należy do niej — stwierdziła Bair, spoglądając krzywo na Amys — ale mam jeszcze jedno pytanie. — Jej oczy miały niemalże barwę wodnistego błękitu, ale ich spojrzenie skierowane na Egwene było ostrzejsze niż kiedykolwiek spojrzenie Amys. — Czy zmusisz te Aes Sedai, by uklękły przed Car’a’carnem?

Zaskoczona Egwene omal się nie przewróciła, zamiast usiąść. W jej głosie nie słyszało się jednak wahania.

— Tego zrobić nie mogę, Bair. I nie chciałabym, nawet gdybym mogła. Nas obowiązuje lojalność względem Wieży, względem wszystkich Aes Sedai, wykraczająca ponad lojalność względem krajów, w których się urodziłyśmy. — To była prawda, albo w każdym razie tak miała brzmieć, aczkolwiek ciekawiło ją, jak takie stwierdzenie zgadza się w ich myślach z wiedzą o niej i o buncie. — Aes Sedai nie przysięgają lojalności nawet wobec Zasiadającej na Tronie Amyrlin, a z pewnością nie uczynią tego wobec mężczyzny. To byłoby tak, jakby jedna z was uklękła przed wodzem klanu. — Zilustrowała to w taki sam sposób, w jaki przedtem uczyniła to Melaine, koncentrując się na rzeczywistości; Tel’aran’rhiod był nieskończenie kowalny, jeżeli się potrafiło to wykorzystać. Za Callandorem trzy Mądre uklękły przed wodzem klanu. Mężczyzna mocno przypominał Rhuarka, a kobiece postacie te trzy siedzące przed nią. Podtrzymywała wizję tylko przez krótką chwilę, ale Bair zerknęła na nią i głośno pociągnęła nosem. Pomysł był absolutnie niedorzeczny.

— Nie porównuj tych kobiet z nami. — Zielone oczy Melaine zalśniły równie złowrogo jak kiedyś; ton głosu był ostry jak brzytwa.

Egwene ugryzła się w język. Mądre zdawały się gardzić Aes Sedai, wszystkimi Aes Sedai oprócz niej. Przyszło jej na myśl, iż mogły nawet żywić odrazę do proroctw, które łączyły je z Aes Sedai. Zanim została wezwana przez Komnatę i wyniesiona do godności Amyrlin, Sheriam i jej przyjaciółki spotykały się regularnie z tymi trzema, ale spotkania urwały się, w równym stopniu dlatego, że Mądre nie chciały ukrywać swej pogardy, jak i dlatego, że Egwene została wezwana. W Tel’aran’rhiod konfrontacja z kimś, kto lepiej znał to miejsce, mogła przysporzyć wielu upokorzeń. Ostatnimi czasy Mądre zaczęły traktować z niejakim dystansem nawet samą Egwene i dlatego właśnie nie chciały poruszać z nią pewnych tematów, na przykład tego, co wiedziały o planach Randa. Przedtem była jedną z nich, adeptką sztuki chodzenia po snach, potem została Aes Sedai, jeszcze zanim dowiedziały się tego, co im właśnie powiedziała.

— Egwene al’Vere zrobi to, co musi zrobić — stwierdziła Amys. Melaine obrzuciła ją przeciągłym spojrzeniem, po czym ostentacyjnie poprawiła szal i kilka długich naszyjników, czemu wtórowało poszczękiwanie kości słoniowej i złota, ale nie powiedziała nic. Amys zdawała się mieć na nie większy wpływ niż dotychczas. Egwene nie widziała nigdy innej Mądrej, oprócz Sorilei, której pozostałe ustępowałyby z równą łatwością.

Bair wykreowała wizję herbaty, jakby znajdowały się wśród namiotów: imbryk ze złota, ozdobiony wyrytymi lwami z jednego kraju, srebrną tacę rzeźbioną w skomplikowane zakrętasy z innej części świata, maleńkie, zielone filiżanki z delikatnej porcelany Ludu Morza. Herbata, rzecz jasna, smakowała jak prawdziwa, ale mimo domieszki jakichś słodkich jagód albo ziela, którego nie rozpoznała, była zbyt gorzka jak na gust Egwene. Wyobraziła sobie, że zawiera odrobinę miodu, i upiła jeszcze jeden łyk. Za słodka. Trochę mniej miodu. Teraz smakowała doskonale. Czegoś takiego nie dawało się osiągnąć przy użyciu Mocy. Zdaniem Egwene, raczej nikt nie potrafiłby utkać tak cieniuteńkich splotów saidara, by usunąć miód z herbaty.

Przez chwilę siedziała i zaglądała do filiżanki, rozmyślając o miodzie, herbacie i cienkich splotach saidara, ale nie z tego powodu milczała. Mądre chciały kierować Randem w nie mniejszym stopniu niż Elaida, Romanda i Lelaine oraz najprawdopodobniej wszystkie inne Aes Sedai. Rzecz jasna, one chciały popychać Car’a’carna w stronę najlepszą dla Aielów, za to siostry chciały pokierować Smokiem Odrodzonym ku temu, co było najlepsze dla świata, tak jak one to widziały. Nie oszczędziła siebie. Pomaganie Randowi, niedopuszczanie, by wszedł w nierozstrzygalny konflikt z Aes Sedai, to wszystko także oznaczało kierowanie nim.

“Tyle że ja mam rację — uprzytomniła sobie. — Robię to wszystko nie tylko dla dobra innych, ale także dla niego. One nawet się nie zastanowią, co będzie w jego oczach słuszne”. Lepiej jednak było pamiętać, że te kobiety są kimś więcej niż tylko jej przyjaciółkami i wyznawczyniami Car’a’carna. Egwene nauczyła się już, że nikt nigdy nie jest po prostu tym, kim jest.

— Chyba nie chciałaś nam tylko powiedzieć, że jesteś teraz kobietą — wodzem mieszkańców mokradeł — rzekła Amys, nie odejmując filiżanki od ust. — Co zaprząta twój umysł, Egwene al’Vere?

— To co zawsze. — Uśmiechnęła się, chcąc poprawić nastrój. — Czasami mi się wydaje, że przez tego Randa przedwcześnie osiwieję.

— Gdyby nie mężczyźni, żadna kobieta nie miałaby siwych włosów. — W normalnej sytuacji Melaine wygłosiłaby to w charakterze żartu, a Bair dorzuciłaby inny na temat rozległej wiedzy o mężczyznach, jaką Melaine nabyła podczas kilku miesięcy małżeństwa, ale nie tym razem. Wszystkie trzy kobiety tylko patrzyły na Egwene i czekały.

A więc to tak. Chciały zachować powagę. No cóż, Rand to poważna sprawa. Żałowała tylko, że nie może mieć pewności, iż one patrzą na wszystko w taki sam sposób jak ona. Bawiąc się filiżanką, opowiedziała im o wszystkim. A w każdym razie o Randzie i o obawach, które nią owładnęły, odkąd się dowiedziała o milczeniu ze strony Caemlyn.

— Nie wiem, co on zrobił... albo co ona zrobiła; wszystkie mnie przekonuj ą, że Merana jest niezwykle doświadczona, ale przecież nie miała do czynienia z takimi jak on. Jeżeli idzie o Aes Sedai, spróbujcie ukryć tę filiżankę na jakiejś łące, a jemu i tak uda się na nią nadepnąć w kręgu o promieniu trzech kroków. Wiem, że ja poradziłabym sobie lepiej niż Merana, ale...