Myrelle wyszła z namiotu pierwsza, a za nią jakiś mężczyzna ubrany jedynie w wysokie buty i spodnie, który musiał się pochylić, żeby nie zawadzić o sklepienie wyjścia; w ręku trzymał obnażony miecz, a owłosioną pierś miał pokrytą krzyżującymi się bliznami. Był od niej wyższy o dobrą głowę i ramiona, wyższy od wszystkich innych Strażników. Długie, ciemne włosy, przewiązane splecionym rzemykiem na skroniach, posiwiały mu wprawdzie jeszcze bardziej od czasu, gdy Egwene widziała go po raz ostatni, ale w Lanie Mandragoranie nie było nic miękkiego. Część elementów układanki nagle wskoczyła na swoje miejsce, a mimo to nadal nie widziała całości. Był Strażnikiem Moiraine, Aes Sedai, która wywiozła ją, Randa i pozostałych z Dwu Rzek, zdawało się cały Wiek temu, ale Moiraine poległa podczas walki, w trakcie której zabiła Lanfear, a Lan zaginął tuż po tym w Cairhien. Może Siuan to wszystko rozumiała; dla niej cała sprawa była mętna.
Myrelle mruknęła coś do Lana i dotknęła jego ramienia. Wzdrygnął się nieznacznie, niczym nerwowy koń, ale ani na moment nie odwrócił swego twardego spojrzenia od Egwene. A potem jednak przytaknął i obróciwszy się, odszedł długimi krokami w stronę rozłożystych dębowych konarów. Tam uchwyciwszy oburącz rękojeść miecza, uniósł go w górę, stanął na jednej nodze i w takiej pozycji zastygł w bezruchu.
Nisao przez chwilę patrzyła na niego ze zmarszczonym czołem, jakby i ona widziała tu jakąś zagadkę. Potem jej wzrok napotkał wzrok Myrelle i ich spojrzenia pomknęły ku Egwene. Zamiast jednak do niej podejść, zbliżyły się do siebie i porozumiały gorączkowym szeptem. W każdym razie na początku była to wymiana zdań. Potem Nisao tylko stała, kręcąc głową z niedowierzaniem albo zaprzeczając.
— Ty mnie w to wciągnęłaś — warknęła głośno na koniec. — Byłam ślepą idiotką, że cię posłuchałam.
— Zapowiada się na coś... interesującego — stwierdziła Siuan, kiedy nareszcie zwróciły się ku niej i Egwene. Sposób, w jaki zaakcentowała to ostatnie słowo, sprawił, że zabrzmiało wybitnie nieprzyjemnie.
Myrelle i Nisao pospiesznie dotykały włosów i sukien w trakcie pokonywania tej krótkiej odległości, jakby się upewniały, że wszystko jest w należytym porządku. Wyglądały na osoby na czymś przyłapane — “Na czym?”, zastanawiała się Egwene — ale najwyraźniej zamierzały robić jak najlepszą minę do bardzo złej gry.
— Może zechcesz wejść do środka, Matko — zaproponowała Myrelle, wskazując gestem najbliższy namiot. Jedynie nieznaczne drżenie w głosie zadawało kłam jej chłodnej twarzy. Nie było już na niej potu. Został, rzecz jasna, wytarty, ale nie wystąpił ponownie.
— Dziękuję, ale nie zechcę, córko.
— Trochę winnego ponczu? — spytała z uśmiechem Nisao. Mimo rąk założonych na piersi, wyglądała na zaniepokojoną. — Siuan, idź, powiedz Nicoli, żeby przyniosła ponczu. — Siuan nie ruszyła się z miejsca, a Nisao zamrugała ze zdziwienia, zaciskając wargi. Uśmiech jednak powrócił błyskawicznie i nieznacznie podniosła głos. — Nicola? Przynieś poncz, dziecko. To niestety poncz z suszonych czarnych jagód — dodała na rzecz Egwene — ale całkiem znośny.
— Nie chcę ponczu — odparła szorstkim tonem Egwene. Zza namiotu wyłoniła się Nicola, która ewidentnie nie zamierzała biec, żeby wykonać polecenie. Zamiast tego przystanęła w miejscu i zapatrzyła się na cztery Aes Sedai, zagryzając dolną wargę. Nisao błysnęła wściekłym spojrzeniem, które dawało się określić jedynie słowem “niesmak”, ale nic nie powiedziała. Jeszcze jeden element układanki wskoczył na swoje miejsce, a Egwene zaczęła oddychać nieco swobodniej. — Ja, córko, chcę... ja domagam się wyjaśnień.
Myrelle wyciągnęła rękę w błagalnym geście.
— Matko, Moiraine nie wybrała mnie dlatego, że byłyśmy przyjaciółkami. Dwóch moich Strażników należało pierwotnie do sióstr, które umarły. Avar i Nuhel. Od stuleci żadna inna siostra nie uratowała więcej niż jednego.
— A ja zaangażowałam się w całą sprawę wyłącznie z powodu jego umysłu — dodała pospiesznie Nisao. — Interesuję się, w pewnym stopniu, chorobami umysłu, a w jego przypadku słusznie będzie tak to nazwać. Myrelle praktycznie wciągnęła mnie w to siłą.
Myrelle wygładziła spódnice i skierowała ponure spojrzenie na Żółtą siostrę.
— Matko, kiedy umiera Aes Sedai jakiegoś Strażnika, to dzieje się tak, jakby on wchłonął jej śmierć i dawał się przez nią pożerać od środka. On...
— Wiem o tym, Myrelle — przerwała jej ostro Egwene. Siuan i Leane sporo jej opowiedziały na ten temat, aczkolwiek żadna nie miała pojęcia, że pyta o to, bo chce wiedzieć, czego się spodziewać ze strony Gawyna. Myrelle nazwała to kiepskim interesem i być może miała rację. Gdy umierał jakiś Strażnik, siostrę, do której należał, ogarniał smutek; potrafiła jakoś nad nim zapanować, jakoś ukryć go w sobie, jednak prędzej czy później ten smutek wyżerał sobie drogę na zewnątrz. Taka Siuan, na przykład, jakkolwiek dobrze sobie radziła, kiedy towarzyszyły jej inne siostry, nadal przepłakiwała całe noce po Alriku, zabitym w dniu, w którym została pozbawiona tronu. Tylko czym były te tygodnie łez w porównaniu z samą śmiercią? W opowieściach roiło się od Strażników, którzy umierali, mszcząc się za swe Aes Sedai, i w rzeczy samej często o to właśnie chodziło. Mężczyzna, który chciał umrzeć, mężczyzna szukający tego, co go mogło zabić, był gotów pójść na takie ryzyko, którego nawet Strażnik nie mógł przeżyć. Jej zdaniem chyba najstraszniejszym elementem tego wszystkiego było to, że oni wiedzieli. Wiedzieli, jaki czeka ich los, jeśli ich Aes Sedai umrze, wiedzieli, co ich będzie napędzało po jej śmierci, i nie znali niczego takiego, co mogłoby to zmienić. Nie potrafiła sobie wyobrazić, ile odwagi wymagała akceptacja takiej umowy.
Stanęła z boku, dzięki czemu widziała wyraźnie Lana. Nadal stał bez ruchu, zdając się wręcz nie oddychać. Nicola, która wyraźnie zapomniała o herbacie, usadowiła się ze skrzyżowanymi nogami na ziemi i w takiej pozycji obserwowała go. Areina przykucnęła na piętach u boku Nicoli, przerzuciwszy sobie warkocz przez ramię, i wpatrywała się weń jeszcze bardziej chciwie. Znacznie bardziej chciwie, jako że Nicola rzucała od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia w stronę Egwene i pozostałych. Inni Strażnicy zbili się w niewielką gromadkę, udając, że także go obserwują, a jednocześnie pilnie strzegli swoich Aes Sedai.
Podniósł się lekki wiatr, który zmierzwił uschłe liście zalegające ziemię, i Lan, z szokującą nagłością, zmieniał jedną formę na drugą, a ostrze jego miecza zamieniło się w wirującą plamę. Robił to coraz szybciej, aż pewnym momencie zaczęło się wydawać, że biegnie pędem od jednej do drugiej, a mimo to wszystkie były bardzo precyzyjne. Czekała, aż przestanie albo przynajmniej zwolni, ale on się nie zatrzymywał. Wręcz przeciwnie, nabierał coraz większej szybkości. Areina powoli otworzyła usta, z oczyma wytrzeszczonymi ze zgrozy; Nicola zareagowała podobnie. Podały się do przodu, niczym dzieci, które wpatrują się w cukierka pozostawionego na kuchennym stole. Nawet inni Strażnicy dzielili teraz swoją uwagę między niego a swoje Aes Sedai, jednak w odróżnieniu od obu kobiet widzieli lwa, który lada chwila mógł ruszyć do ataku.
— Widzę, że zmuszacie go do ciężkiej harówki — stwierdziła Egwene. Wysiłek stanowił jedną z metod ratowania Strażnika. Niewiele sióstr miało chęć podejmować taką próbę ze względu na porażki i koszty, jakie same przy tym ponosiły. A także trud utrzymania go z dala od ryzyka i konieczność ponownego związania go więzią; na tym polegał pierwszy krok. Myrelle bez wątpienia zajęła się tym drobnym szczegółem. Biedna Nynaeve. Całkiem możliwe, że udusi Myrelle, kiedy się dowie. A być może stawi czoło wszystkiemu, kiedy się okaże, że Lan jednak żyje. Może. Lan ze swej strony zasłużył sobie na te wszystkie cierpienia, skoro pozwolił, by inna kobieta związała go więzią, wiedząc, że Nynaeve go sobie upodobała.