— Jak szybko mnie to zabierze do Ebou Dar?
— Nie do samego Ebou Dar — odparła i przeniosła, żeby przymknąć skrzydła bramy, a potem ją zatrzasnąć. — Nie do samego miasta. — W czerni nie widziało się żadnego ruchu; nie wiał tam wiatr, nic się nie czuło. A mimo to znajdowali się w ruchu. I to w szybkim ruchu; poruszali się prędzej, niż mogła sobie wyobrazić. Mieli przed sobą z sześćset albo i więcej mil do pokonania. — Mogę cię przenieść do miejsca, od którego będzie cię czekało jeszcze pięć albo sześć dni drogi na północ do Ebou Dar. — Widziała tkanie bramy, kiedy Nynaeve i Elayne Podróżowały na południe, i zapamiętała dostatecznie dużo, by móc teraz Przemknąć do tego samego miejsca.
Lan skinął głową, wytężając wzrok, jakby był w stanie dojrzeć miejsce ich przeznaczenia. Przypominał jej strzałę nasadzoną na napiętą cięciwę.
— Lan, Nynaeve mieszka w Pałacu Tarasin, jest gościem Królowej Tylin. Zapewne będzie zaprzeczać, że coś jej grozi. — I tak zapewne uczyni, z wielkim oburzeniem, na ile Egwene znała Nynaeve, i będzie miała do tego prawo. — Postaraj się nie czynić z tego najważniejszej sprawy; wiesz sam, jaka jest uparta, ale nie musisz się tym przejmować. Jeżeli to się okaże konieczne, chroń ją w taki sposób, by o tym nie wiedziała. — Nic nie powiedział, nawet na nią nie spojrzał. Ona na jego miejscu zadałaby sto pytań. — Lan, powiedz Nynaeve, kiedy już ją znajdziesz, że Myrelle odda jej twoją więź, gdy tylko wszyscy troje znajdziecie się w jednym miejscu. — Wpadła na pomysł, że sama jej przekaże tę informację, ale zdawało się, że lepiej nie uprzedzać Nynaeve o jego przybyciu. Tak była ogłupiała na jego punkcie jak... jak... “Jak ja na punkcie Gawyna” — pomyślała ze smutkiem. Gdyby Nynaeve wiedziała, że Lan jedzie do niej, w głowie nie zostałoby jej wiele miejsca na cokolwiek innego. I mimo najlepszych chęci obarczyłaby Elayne całym trudem szukania. Co wcale nie znaczyło, by zwinęła się w kłębek i oddała marzeniom; po prostu szukałaby, niczego nie dostrzegając. — Czy ty mnie słuchasz, Lan?
— Pałac Tarasin — powtórzył obojętnym głosem, nie podnosząc wzroku. — Gości u Królowej Tylin. Może zaprzeczać, że coś jej grozi. Jest uparta, o czym sarn wiem. — W tym momencie spojrzał na nią, a ona niemalże zapragnęła, żeby tego nie robił. Była pełna saidara, pełna ciepła, radości i siły, czystego życia, a tymczasem w tych zimnych, niebieskich oczach wściekało się coś szalonego i pierwotnego, coś co zaprzeczało życiu. Jego oczy były przerażające; nic więcej. — Powiem jej wszystko, co powinna wiedzieć. Sama widzisz, że słucham.
Zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy i nie wzdrygnąć się przy tym, ale on znowu się odwrócił. Na karku miał sporego siniaka. To mogło być — chyba — ukąszenie. Może powinna go ostrzec, powiedzieć mu, że nie musi... podawać zbyt wielu szczegółów... kiedy będzie opowiadał o sobie i o Myrelle. Zaczerwieniła się pod wpływem tej myśli. Starała się nie widzieć tego sińca, ale kiedy już go zauważyła, nie mogła oderwać od niego wzroku. Przecież Lan nie okaże się taki głupi. Trudno się spodziewać rozsądku ze strony mężczyzny, ale nawet mężczyźni nie są tak trzpiotowaci.
Płynęli w milczeniu, przemieszczali się, trwając w miejscu. Nie bała się, że nagle pojawią się tutaj Przeklęci ani ktokolwiek inny. Przemykanie miało swoje osobliwości, ale one właśnie częściowo zapewniały bezpieczeństwo. Nawet kiedy dwie siostry tkały bramy w jednym miejscu w odstępie zaledwie kilku chwil, z zamiarem Przemknięcia do tego samego miejsca, nie widziały się nawzajem, o ile to nie było dokładnie to samo miejsce, a sploty identyczne, a wszak takiej precyzji raczej nie osiągało się łatwo.
Po jakimś czasie — trudno było określić, jakim dokładnie, ale miała wrażenie, że około pół godziny — barka zatrzymała się nagle. Jej odczucia pozostały takie same i nic się też nie zmieniło w tkanych przez nią splotach, a mimo to po prostu wiedziała, że w jednej chwili mknęli przez czerń, w następnej stali bez ruchu. Otworzyła bramę tuż przy dziobie barki — nie była pewna, dokąd prowadziłaby brama otworzona przy sterze, i szczerze mówiąc, wcale nie miała ochoty tego sprawdzać; Moghedien uważała taki pomysł za przerażający — po czym dała znak Lanowi, że ma iść przed siebie. Barka istniała tylko tak długo, jak ona tam była obecna; kolejna rzecz podobna do rzeczywistości w Tel’aran’rhiod.
Otworzył bramkę w burcie, żeby wyprowadzić Mandarba, a kiedy ruszyła w ślad za nim, już siedział w siodle. Pozostawiła bramę otwartą, by móc powrócić. Wszędzie, gdzie spojrzała, widziała niskie, łagodne wzgórza, porośnięte zwiędłą trawą. Nigdzie natomiast nie widziała żadnego drzewa, tylko skarlałe zarośla. Podkowy ogiera Lana wzbijały niewielkie tumany kurzu. Poranne słońce na tym bezchmurnym niebie prażyło jeszcze mocniej niż w Murandy. Sępy o długich skrzydłach krążyły na południu i jeszcze w innym miejscu na zachodzie.
— Lan — zaczęła, chcąc się upewnić, że zrozumiał, co ma przekazać Nynaeve, ale on ją ubiegł.
— Pięć albo sześć dni, powiadasz — powiedział, spoglądając w stronę południa. — Dojadę tam szybciej. Ona będzie bezpieczna, obiecuję. — Mandarb przebierał nogami, niecierpliwy podobnie jak jeździec, ale Lan trzymał go bez trudu. — Długą drogę pokonałaś od Pola Emonda. — Spojrzał na nią z uśmiechem, ale całe ciepło tego uśmiechu niszczył wyraz oczu. — A teraz jeszcze zapanowałaś nad Myrelle i Nisao. Nie pozwól im więcej się z tobą sprzeczać. Wedle twego rozkazu, Matko. Warta się jeszcze nie skończyła. — Ukłonił się nieznacznie i uderzył piętami boki Mandarba, oddalając się powoli na taką odległość, by jej nie zakurzyć, po czym zmusił konia do galopu.
Zamknęła usta, patrząc, jak mknie ku południu. No tak... Obserwował wszystko podczas tych swoich ćwiczeń z mieczem, obserwował i wyciągał słuszne wnioski. W tym również takie, których nie byłby w stanie wysnuć, dopóki nie zobaczył na niej stuły. Niech Nynaeve lepiej uważa, jej się zawsze wydawało, że mężczyźni są głupsi niż w byli rzeczywistości.
— Przynajmniej te dwie nie wpakują się w prawdziwe kłopoty — powiedziała na głos. Lan wjechał na szczyt wzgórza i zniknął po drugiej stronie. Gdyby w Ebou Dar istniało jakieś prawdziwe niebezpieczeństwo, wówczas Elayne albo Nynaeve powiedziałyby coś. Nie spotykały się często, miała zbyt dużo roboty, ale wypracowały sposób na zostawianie wiadomości w Salidarze z Tel’aran’rhiod za każdym razem, gdy zachodziła taka potrzeba.
Wiatr, który równie dobrze mógł dąć z samego wnętrza pieca, nawiewał wielkie tumany kurzu. Kaszląc, zakryła usta i nos rąbkiem pasiastej stuły Amyrlin i pospiesznie weszła przez bramę na prom. Powrotna podróż była cicha i nudna; nie miała nic innego do roboty oprócz martwienia się, czy postąpiła słusznie, wysyłając Lana, i czy dobrze robi, trzymając Nynaeve w niewiedzy. “Nie ma odwrotu”, stale sobie powtarzała, ale to nie pomagało.
Kiedy znowu znalazła się w niecce pod dębami, zauważyła, że do dwóch Strażników Myrelle dołączył trzeci, Avar Hachami, mężczyzna o orlim nosie z gęstymi, siwymi wąsami, podobnymi do odwróconych rogów. Wszyscy Gaidinowie musieli się nieźle napracować, bo namioty zostały już rozebrane i porządnie spakowane. Nicola i Areina biegały tam i z powrotem, ładując urządzenia obozowe na furę, wszystko, począwszy od koców, a skończywszy na garnkach do gotowania i czarnym, żelaznym kotle do zmywania. Mimo iż biegały, nie zatrzymując się, co najmniej połowę swojej uwagi skupiały na Siuan i pozostałych dwóch siostrach, stojących bliżej linii drzew. A skoro już o tym mowa, Strażnicy poświęcali siostrom więcej niż tylko połowę swojej atencji. Równie dobrze mogliby strzyc uszami. Można by jednak dyskutować, kto tu kogo uspokaja.