— Ten wybór jest jak najbardziej oczywisty, Birgitte — kontynuowała Elayne. — Nynaeve i ja jesteśmy Aes Sedai, a Aviendha równie dobrze może być za takową uważana. Nam się to raczej nie uda. Nie wspominając już o zachowaniu stosownej godności. Nie w jego przypadku, przynajmniej. Wiesz, jaki on jest. — A cóż się stało z całym gadaniem o zdecydowanym, niewzruszonym głosie? Aviendha zresztą nie stwierdziła dotąd, żeby to działało w przypadku kogokolwiek innego niż Sorilea. Z pewnością zaś, na ile się orientowała, reakcja Mata Cauthona mogłaby dalece odbiegać od oczekiwań tamtej. — Birgitte, on nie mógł cię rozpoznać. Gdyby tak było, coś by już na ten temat powiedział.
Cokolwiek znaczyły te słowa, Birgitte znowu usiadła swobodniej, oparła się o ścianę i splotła dłonie na brzuchu.
— Powinnam wiedzieć, że mi się odpłacisz, już wtedy gdy ci powiedziałam, że to bardzo dobrze, iż twoje pośladki nie są... — Urwała, a na jej ustach zaigrał lekki, pełen satysfakcji uśmiech. Wyraz twarzy Elayne nie zmienił się ani na jotę, najwyraźniej jednak Birgitte uznała, że zemściła się dostatecznie. Zapewne coś dawało się odczuć przez więź zobowiązań łączącą Aes Sedai z jej Strażnikiem. Niemniej jednak, Aviendha za nic nie potrafiła odgadnąć, co mają z tym wszystkim wspólnego pośladki Elayne. Mieszkańcy mokradeł byli tacy... dziwaczni... przynajmniej czasami. Birgitte tymczasem ciągnęła dalej, wciąż uśmiechając się w ten sam sposób: — Ty po prostu nie potrafisz pojąć, dlaczego on zaczyna się denerwować, kiedy tylko spojrzy na którąś z was. Nie chodzi przecież o to tylko, że przywlekłyście go tutaj. Egwene była zaangażowana we wszystko równie mocno jak ty czy Nynaeve, a widziałam na własne oczy, że traktował ją z większym szacunkiem niźli niektóre siostry. Poza tym czasami widywałam go, jak wychodził z “Wędrownej Kobiety”’ wszystko wskazywało na to, że świetnie się bawił. — Jej lekki uśmiech zamienił się w szeroki grymas, który sprawił, że Elayne parsknęła z niesmakiem.
— To jest kolejna rzecz, którą musimy zmienić. Dla każdej przyzwoitej kobiety przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu to jawny dyshonor. Och, zmaż ten uśmiech z twarzy, Birgitte. Przysięgam, czasami zachowujesz się równie paskudnie jak on.
— Ten mężczyzna urodził się chyba tylko po to, aby być naszym utrapieniem — kwaśno wymruczała Nynaeve.
Nagle Aviendzie aż nadto boleśnie przypomniano, że znajduje się na pokładzie łodzi, gdyż wszystko dookoła niej szarpnęło; zakołysało się, zakręciło, a potem zatrzymało. Kobiety podniosły się, wygładziły suknie i porwały lekkie płaszcze, które zabrały ze sobą na wyprawę. Ona nie włożyła swojego; słońce w tych okolicach nie świeciło tak jasno, by musiała chronić kapturem oczy przed jego blaskiem. Birgitte natomiast przewiesiła swój przez ramię, po czym pchnęła drzwi kajuty i pierwsza ruszyła w górę. Udało jej się zrobić trzy kroki, gdy Nynaeve przepchnęła się obok, przyciskając dłonie do ust.
Elayne zatrzymała się, żeby zawiązać wstążki płaszcza i nasunąć kaptur na głowę.
— Nie odzywałaś się zbyt wiele, prawie-siostro.
— Powiedziałam to, co trzeba było powiedzieć. Decyzja należała do ciebie.
— Jednak ty poddałaś kluczowy pomysł. Czasami wydaje mi się, że wszystkie oprócz ciebie stajemy się powoli półgłówkami. — Na poły zwrócona w stronę schodów, patrząc, a jakby nie patrząc na nią, Elayne urwała... — Takie duże odległości, kiedy znajduję się nad wodą, potrafią mnie rozstroić. Wydaje mi się, że czasami wystarcza już sam widok statku. Statku i niczego więcej.
Aviendha skinęła głową — jej prawie-siostra potrafiła okazać wiele delikatności — a potem poszły razem na górę.
Na pokładzie Nynaeve właśnie gwałtownie odrzuciła ofertę pomocy ze strony Birgitte, a po chwili przechyliła się przez burtę. Dwaj wioślarze przypatrywali się jej rozbawieni, kiedy ocierała usta wierzchem dłoni. Obnażeni do pasa mężczyźni, każdy z brązowym kółkiem w lewym i prawym uchu, z pewnością często musieli czynić użytek z zakrzywionych sztyletów wetkniętych za szarfy, którymi byli obwiązani w pasie. Większość swej uwagi poświęcali jednak długim wiosłom, machając nimi to w tył, to w przód, żeby jak najzgrabniej zacumować przy kadłubie statku tak wielkiego, że jego widok niemalże zaparł Aviendzie dech w piersiach. Górował nad ich jakże maleńką łódką; trzy wysokie maszty sięgały wyżej niźli większość drzew, jakie kiedykolwiek zdarzyło jej się widzieć na mokradłach. Wybrały właśnie ten, ponieważ był największym z setki statków Ludu Morza zakotwiczonych w zatoce. Na okręcie tak wielkim z pewnością uda się zapomnieć o otaczającej ich zewsząd wodzie. Chyba że...
Elayne tak naprawdę nie ujawniła jej hańby, a nawet gdyby tak się stało, prawie-siostra powinna znać sytuacje nawet najbardziej godnego pożałowania poniżenia i nie dbać o to, wszakże... Amys powiedziała o niej, że jest zbyt dumna. A więc zmusiła się, by odwrócić głowę i spojrzeć przez burtę łodzi.
W całym swoim życiu nie widziała dotąd tak wielkich połaci wody... Jakby wszystkie istniejące krople zebrano w jednym miejscu, wszystkie w przetaczających się szarych zieleniach, tu i ówdzie spienionych białym pióropuszem. Oczy same umknęły przed tym widokiem; ze wszelkich sił próbowała natychmiast o nim zapomnieć. Nawet niebo zdawało się tutaj większe, bezkresne, a płynne, złote słońce pełzło po nim powoli ze wschodu. Poczuła na twarzy podmuch porywistego wiatru, odrobinę chłodniejszego niźli na lądzie i nie cichnącego ani na moment. W powietrzu kołowały stada ptaków, szare, białe, niekiedy nakrapiane czernią; one to właśnie wydawały te przeszywające krzyki. Jeden z nich, cały czarny, z wyjątkiem łebka, przemykał nisko ponad powierzchnią wody, rozcinając ją dolną częścią dzioba, a niezgrabne, brunatne ptaszyska lecące w nierównym szeregu — Elayne nazwała je pelikanami — znienacka zwinęły jeden po drugim skrzydła i zanurkowały pod wodę z głośnymi pluskami, potem zaś wyprysnęły na jej powierzchnię, gdzie unosiły się, kłapiąc dziobami niewiarygodnych wręcz rozmiarów. Wszędzie, gdzie spojrzała, były statki, w tym wiele równie potężnych jak ten, u którego burty dryfowali — nie wszystkie należały do Atha’an Miere — a także liczne mniejsze łodzie z jednym lub dwoma masztami wspierającymi trójkątne żagle. A oprócz nich małe łódki w ogóle bez masztów, tak jak ta, na której przybyły, z ostrymi dziobami oraz niskimi, płaskimi nadbudówkami na rufach; mknęły po wodzie niczym pająki, napędzane wymachami wioseł, dwóch, czterech, rzadziej sześciu. Jeden długi, wąski okręt, który musiał mieć chyba ze dwadzieścia par wioseł, wyglądał niczym śpiesząca dokądś stonoga. I był tam ląd. Promienie słońca odbijały się od ścian tynkowanych na biało budynków odległego może o siedem lub osiem mil miasta. Siedem czy też osiem mil wody.
Przełykając z trudem ślinę, odwróciła się od tego widoku znacznie energiczniej, niźli przedtem zdecydowała się go zakosztować. Pomyślała, że jej policzki muszą być bardziej zielone niż poprzednio oblicze Nynaeve. Elayne obserwowała ją, wyraźnie próbując zachować niewzruszoną twarz, niemniej jednak mieszkańcy mokradeł nie potrafili skrywać emocji, toteż jej troska była widoczna aż nadto.
— Jestem głupia, Elayne. — Nawet w intymnej rozmowie, kiedy zwracała się do niej tylko po imieniu, Aviendha czuła się nieswojo... Gdyby były pierwszymi-siostrami, gdyby były siostrami-żonami, wszystko z pewnością byłoby łatwiejsze. — Mądra kobieta posłuchałaby mądrej rady.
— Jesteś odważniejsza, niż ja kiedykolwiek będę — odparła Elayne zupełnie poważnie. Ona też negowała własną odwagę. Może to jakiś obyczaj mieszkańców mokradeł? Nie, Aviendha słyszała przecież na własne uszy, jak mówią głośno o własnej brawurze; mieszkańcy Ebou Dar, na przykład, wydawali się niezdolni do wypowiedzenia trzech słów, by przy okazji nie wygłosić jakiejś przechwałki. Elayne zrobiła głęboki wdech, przygotowując się do tego, co miała za chwilę powiedzieć: — Tej nocy będziemy musiały porozmawiać o Randzie.