Выбрать главу

Aviendha przytaknęła, ale nie potrafiła pojąć, skąd taki wniosek z rozmowy na temat odwagi. Jak inaczej miałyby siostry-żony poradzić sobie z mężem, gdyby nie rozmawiały o nim szczegółowo? Tak w każdym razie mówiły starsze kobiety, w tym również Mądre. Oczywiście nie zawsze były tak bezpośrednie. Kiedy poskarżyła się Amys i Bair, że chyba się rozchorowała, ponieważ wydaje jej się, iż Rand al’Thor zabrał ze sobą jakąś jej cząstkę, omalże nie umarły ze śmiechu.

“Nauczysz się jeszcze — chichotały, dodając: — Nauczyłabyś się już dawno, gdybyś się wychowała w spódnicy”.

Jakby to ona chciała kiedykolwiek żyć innym życiem niż życie Panny, obracającej się tylko w towarzystwie sióstr-włóczni. Być może Elayne odczuwała taką samą pustkę. I nawet kiedy się o nim tylko mówiło, ta pustka zdawała się rozrastać, mimo iż przecież słowa powinny ją zapełnić.

Od jakiejś już chwili musiała słyszeć rozlegające się w pobliżu głosy, dopiero teraz jednak zdołała pojąć treść słów.

— ... ty zakolczykowany bałwanie! — Nynaeve potrząsała pięścią w kierunku mężczyzny o bardzo ciemnej skórze, spoglądającego na nią sponad wysokiej burty statku. Najwyraźniej nie wzruszały go wyzwiska, ale przecież nie mógł dostrzec otaczającej ją poświaty saidara. — Nas nie interesuje dar przewozu, toteż nie ma najmniejszego znaczenia, czy odmówicie go Aes Sedai, czy nie! W tej chwili masz spuścić drabinkę! — Z twarzy mężczyzn przy wiosłach zniknęły uśmieszki. Najwyraźniej na kamiennym molo nie dostrzegli z początku pierścieni z Wielkim Wężem, — a teraz bynajmniej nie byli uszczęśliwieni, przekonawszy się, że mają na pokładzie Aes Sedai.

— Och, Światłości — westchnęła Elayne. — Muszę się tym zająć, Aviendha, w przeciwnym razie stracimy ten ranek, tak jak ona straciła swoją poranną owsiankę. — Sunąc dostojnie po pokładzie — Aviendha była bardzo z siebie dumna, że zna już stosowne nazwy części łodzi — Elayne zwróciła się do mężczyzny na statku: — Jestem Elayne Trakand, Dziedziczka Tronu Andoru i Aes Sedai z Zielonych Ajah. Moja towarzyszka mówi prawdę. Nie interesuje nas dar przewozu. Musimy jednak porozmawiać z waszą Poszukiwaczką Wiatrów w kwestiach nie cierpiących zwłoki. Powiedz jej, że wiem, na czym polega Splatanie Wiatrów. Powiedz jej, że wiem, kim są Poszukiwaczki Wiatru.

Mężczyzna przy burcie zmarszczył brwi, po czym znienacka, bez jednego słowa, zniknął.

— Ta kobieta pewnie boi się, że rozgadasz jej tajemnicę — mruknęła Nynaeve, nerwowo poprawiając płaszcz i zawiązując wstążki. — Sama wiesz, jak one się boją, że Aes Sedai zechcą je wszystkie zawlec do Wieży, jeżeli się dowiedzą, że większość z nich potrafi przenosić. Elayne, tylko zupełna idiotka mogłaby sądzić, że może straszyć ludzi i coś w ten sposób osiągnąć.

Aviendha wybuchnęła głośnym śmiechem. Z zaskoczonego spojrzenia, jakim obrzuciła ją Nynaeve, wynikało najwyraźniej, że nie pojęła komizmu swych słów w zestawieniu z zachowaniem sprzed chwili. Niemniej jednak Elayne zadrżały usta, niezależnie od tego, jak bardzo starała się zapanować nad sobą. Nigdy nie można było być pewnym, czy dobrze się rozumie humor mieszkańców mokradeł; śmieszyły ich często dziwne rzeczy, a te najśmieszniejsze czasami wcale nie.

Niezależnie od tego, czy Poszukiwaczka Wiatru poczuła się zastraszona, w czasie, gdy Elayne płaciła wioślarzom i nakazywała im zaczekać na ich powrót — a Nynaeve sarkała nad wysokością sumy i groziła, że oberwie im uszy, jeśli odpłyną; ta wizja doprowadziła Aviendhę do kolejnego wybuchu śmiechu — na górze najwyraźniej podjęto określoną decyzję. Nie pojawiła się wszakże żadna drabinka, zamiast niej jednak z pokładu zsunął się kawałek deski z dwoma przymocowanymi linami, które splatały się nieco wyżej w jedną, biegnącą do grubego słupa zamocowanego u wielkiego masztu. Nynaeve zasiadła na desce, jednocześnie nie przestając napominać wioślarzy, na wypadek gdyby któremuś zachciało się choćby zerknąć pod jej spódnice, natomiast Elayne, która usiadła obok niej, spłonęła rumieńcem i owinęła swoje ciaśniej wokół nóg, kuląc się tak bardzo, że wydawało się, iż w każdej chwili może spaść głową w dół. I tak razem uniosły się w powietrze, a potem zniknęły z oczu Aviendhy za burtą okrętu. Jeden z dwóch mężczyzn mimo wszystko spróbował jednak patrzeć w górę, póki Birgitte nie rozkwasiła mu nosa pięścią. Z pewnością na jej podniesienie patrzeć nie będą.

Nóż, który Aviendha nosiła u pasa, był niewielki, klinga nie miała więcej jak pół stopy długości, jednak wioślarz zmarszczył niespokojnie czoło, kiedy go wyciągnęła. Zrobiła wymach ręką i nagle obaj padli płasko na pokład, a nóż zawirował ponad ich głowami i z tępym “łup” zagłębił się w krótkim, grubym pachołku na dziobie łodzi. Zarzuciwszy płaszcz na ramiona niczym szal, uniosła swoje suknie wysoko ponad kolana, aby móc się wspiąć ponad wiosłami i odzyskać ostrze, po czym zajęła miejsce na kołyszącej się desce. Noża jednak nie wsadziła z powrotem do pochwy. Z jakiegoś powodu dwaj mężczyźni wymienili zmieszane spojrzenia, ale oczy trzymali cały czas spuszczone, kiedy deska jechała do góry. Być może zaczynała już powoli rozumieć, na czym polegają obyczaje mieszkańców mokradeł.

Gdy stanęła w miarę pewnie na pokładzie statku, z zaskoczenia omalże nie zabrakło jej tchu w piersiach i prawie zapomniała, że powinna zejść z wąskiego siodełka. Czytała już o Atha’an Miere, jednak lektura w najmniejszej mierze nie przygotowała jej na to spotkanie, podobnie jak dramatycznie odmienne jest czytanie o słonej wodzie i smakowanie jej. Wszyscy byli smagli, to po pierwsze, mieli znacznie ciemniejszą skórę niźli mieszkańcy Ebou Dar, ciemniejszą nawet od większości Tairenian, włosy zaś zupełnie czarne, podobnie oczy, a ręce gęsto tatuowane. Mężczyźni byli obnażeni do pasa, bosi, ich workowate spodnie z jakiejś ciemnej, wyglądającej jak natłuszczona materii podtrzymywały w pasie jaskrawe, wąskie szarfy, kobiety zaś nosiły bluzki tak barwne jak ich szarfy, a wszyscy poruszali się kołyszącym, pełnym gracji krokiem dostosowanym do chybotania statku. Kobiety Ludu Morza miały dziwne obyczaje, jeśli chodziło o mężczyzn, takie wnioski wyciągnęła z rozmaitych lektur. Dziwił ją na przykład taniec prawie zupełnie nago, z jedną tylko szarfą za całe okrycie, jednak to widok kolczyków wywołał u niej największe zaskoczenie. Większość miała po trzy lub cztery w każdym uchu, często zdobione wypolerowanymi kamieniami, a niektóre nosiły małe kółka wkłute w płatek nozdrzy! Mężczyźni również szczycili się podobną biżuterią, no, przynajmniej kolczykami, a także równą mnogością złotych łańcuchów wokół szyi. Mężczyźni! Niektórzy z mieszkańców mokradeł nosili kolczyki w uszach, prawda — odnosiło się to zwłaszcza do mieszkańców Ebou Dar — ale żeby mieć ich tak dużo! I naszyjniki! Doprawdy, dziwne obyczaje. Lud Morza nigdy nie opuszczał swoich statków — nigdy! — tak przynajmniej czytała, z lektur dowiedziała się również, iż najprawdopodobniej zjadali swoich zmarłych. W to nie była do końca skłonna uwierzyć, jeśli jednak mężczyźni mogli nosić naszyjniki, to któż mógł orzec, na co ich jeszcze było stać?

Kobieta, która wyszła im na spotkanie, także była odziana w spodnie, bluzkę oraz szarfę, jednak jej ubiór uszyty został ze zdobionego brokatem żółtego jedwabiu, szarfę zaś spinał misternie spleciony węzeł, jej końce natomiast opadały aż do kolan; na jednym z naszyjników zawieszone było maleńkie, złote puzderko, pokryte wzorem z małych otworków. Otaczała ją słodka woń piżma. We włosach połyskiwały liczne pasma siwizny, a twarz znaczył ponury grymas. Każde z uszu zdobiło pięć złotych kolczyków, przy czym od jednego z nich do identycznego kółka w płatku nozdrzy biegł misternie spleciony łańcuszek. Maleńkie medaliony z wypolerowanego złota, kołyszące się na łańcuszkach, oślepiły blaskiem oczy Aviendhy.