Выбрать главу

— Dokąd mnie zabierasz? — zapytała po raz drugi, nieco bardziej natarczywie, zaciskając palce na broni.

— Słodziutka, gdybym chciał ci zrobić krzywdę, już dawno zabrałbym ci tę zabawkę. — Wskazał na spencera. — Zamierzam cię zabrać w miejsce należące do twojego ojca. To znaczy w pewnym sensie. Rusz się wreszcie. Mamy już późne popołudnie, niedługo zacznie się zmierzchać, a to miasto nocą robi się o wiele mniej przyjazne. Musimy się przedostać pod naprawdę paskudnymi rejonami, a o tej porze dnia wszyscy pakują się do tuneli.

— Jest aż tak źle?

— Może być. Zanim zmusiłaś mnie do zmiany tematu, starałem się wyjaśnić, że mamy tutaj istne piekło. Dlatego właśnie musimy obserwować wszystkich nowo przybyłych. Nie chcemy mieć więcej problemów, niż już mamy.

Briar odpoczęła nieco, ale nadal czuła się niepewnie. Najbardziej denerwował ją sposób, w jaki zakończyła się ta rozmowa. Zarzuciła sztucer na ramię, potem to samo zrobiła z sakwą, do której upchnęła maskę. Kapelusz ojca pasował znacznie lepiej, gdy nie miała na twarzy żadnej osłony, więc postanowiła zostawić go na głowie.

— Ja chcę jedynie odnaleźć syna — zapewniła Swakhammera. — Jak tylko go odszukam, zaraz opuścimy miasto.

— Zdaje się, że nie rozumiesz, jak wiele problemów może narobić kobieta, zwłaszcza twojego pokroju, nawet jeśli tego nie chce. Jesteś córką Maynarda, a jego nazwisko jest tutaj najbliższym synonimem słowa „prawo”.

— Przecież on nie żyje. — Aż zamrugała ze zdziwienia. — I to od szesnastu lat.

Swakhammer odsunął skórzaną zasłonę i przytrzymał ją, by Briar mogła przejść, lecz ona nie miała specjalnej ochoty mieć go za plecami. Niestety, nie była w stanie zmienić tej sytuacji. Ruszyła więc przodem. Mroki korytarza rozświetlał teraz wyłącznie płomyk jego lampy.

— Wiem, że nie żyje, ale może to i dobrze, zwłaszcza z naszego punktu widzenia. Ze zmarłym nie można się sprzeczać. Zmarły nie może zmienić zdania ani ustanawiać nowych zasad. Nie zachowa się też jak bydlę, zniechęcając do siebie ludzi. Zmarły może pozostać święty. — Poklepał ją po ramieniu i podał jej lampę. — Trzymaj przed sobą, żebym miał lepsze pole widzenia.

Nagle uniósł palec, jakby sobie przypomniał, że czegoś nie zabrał. Poprosił, by poczekała. Przecisnął się za zasłonę i wrócił po kilku sekundach, cuchnąc dymem.

— Musiałem pogasić świece — wyjaśnił. — Podejdź bliżej z tą lampą.

Przy ścianie tunelu zaraz za zasłoną leżał metalowy pręt. Swakhammer zaczął go przeciągać przez zapętlone końcówki kolejnych pasów skóry.

— Czy… — Briar nie była pewna, jak ma zadać to pytanie. — Czy zamykasz to przejście?

Prychnął rozbawiony jej uwagą.

— Tylko dociążam zasłonę. Im więcej barier dzieli podziemia od zewnątrz, tym czystsze mamy w nich powietrze. A miechy potrafią miotać tymi pasami, kiedy zaczyna się wietrzenie.

Przyglądała się temu, co robił, zwracając uwagę na każdy szczegół. Fascynowała ją technologia stosowana przez tych ludzi: filtry, zapory, miechy… Seattle w dawnych czasach było prostą kupiecką osadą bogacącą się na złocie Alaski, a potem przemieniło się w ciągu zaledwie kilku dni w piekło wypełnione zabójczym gazem i hordami zombie. Mimo to część mieszkańców została za murem. Kolejni wciąż wracali. I adaptowali się do nowych warunków.

— Mogę jakoś pomóc?

— Wystarczy, że trzymasz lampę. Ja już kończę. — Pasy zasłony zostały połączone stalowym prętem, a całość zablokowana, gdy jego końce trafiły do specjalnych wyżłobień w futrynie. — To powinno załatwić sprawę. Możemy już iść. Chcesz nieść lampę? Proszę bardzo. Idziemy prosto, potem na rozwidleniu skręcimy w prawo, jeśli laska.

Briar ruszyła korytarzem, którego pokryte mchem i porostami ściany odbijały echem dźwięk spadających nieustannie kropel wody. Czasami skądś z góry dobiegał łoskot albo klekot, lecz Briar się nie przejmowała, widząc, że Swakhammer kompletnie to ignoruje.

— Co miałeś na myśli, mówiąc, że udajemy się do… mojego ojca? — zapytała, oglądając się przez ramię. W migotliwym świetle lampy twarz człowieka w pancerzu wyglądała na znacznie szczuplejszą niż w rzeczywistości.

— Idziemy do baru U Maynarda. To stara knajpa przy placu. Dzisiaj nie wyróżnia się niczym, jest równie martwa jak każde inne miejsce za murem, niemniej w piwnicach wciąż mieszkają ludzie i nadal prowadzą interes. Pomyślałem, że od niej powinniśmy zacząć, bo przydałyby ci się nowe filtry, a kto wie, czy i nie lepsza maska. Poza tym jeśli twój syn opowiadał napotkanym ludziom, że jest wnukiem Maynarda, ktoś mógł go tam właśnie zaprowadzić.

— Tak uważasz? Naprawdę? Obawiam się, że on naprawdę robi wszystko, by dotrzeć do domu Leviego.

Korytarz się rozwidlał, tym razem na trzy.

— Idziemy środkowym — poinformował ją Swakhammer. — Pytanie tylko, czy chłopak wie, gdzie się ten dom znajduje.

— Chyba nie wie, ale mogę się mylić. Jeśli natomiast mam rację, nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, od czego rozpocząłby poszukiwania.

— Od baru U Maynarda — zapewnił ją mężczyzna w pancerzu. — To nie tylko miejsce najbezpieczniejsze, ale i najbardziej uczęszczane.

— A jeśli go tam nie będzie? — zapytała Briar pod nosem, na wpół do siebie, starając się jednocześnie, by ręka, w której trzymała lampę, nie zadrżała zbyt mocno.

Nie odpowiedział od razu. Najpierw podszedł i ostrożnie odebrał jej lampę. Uniósł ją wyżej, jakby czegoś wypatrywał w mroku.

— Tu jesteś — mruknął i Briar także dostrzegła wymalowaną na ścianie nazwę ulicy i strzałkę skierowaną w górę. — Wybacz. Przez chwilę wydawało mi się, że zabłądziliśmy. Nie chadzam tą trasą zbyt często. Zazwyczaj trzymam się bliżej placu.

— Aha.

— A co do twojego syna: jeśli nie będzie go w barze… to go nie będzie. Można jednak popytać, czy ktoś go nie widział albo o nim nie słyszał. Jeśli się okaże, że nie, rozpowiesz o nim obecnym, co może się okazać bardzo pomocne. Jak się bywalcy baru dowiedzą, że bliski krewniak naszego dawcy praw zaginął gdzieś i błąka się po mieście, poruszą niebo, Zgubę i ziemię, aby go odszukać. Zrobią to, żeby móc potem opowiadać, że widzieli go na własne oczy.

— Nie mówisz tego wszystkiego tylko po to, żebym poczuła się lepiej?

— Niby dlaczego miałbym to robić?

Gdzieś nad ich głowami upadło coś tak ciężkiego, że wszystkie rury podskoczyły na leżach.

— Co to było? — zapytała Briar. Przysunęła się bliżej Swakhammera, ostatkiem sił zwalczając potrzebę wydobycia broni.

— Zgnilasy?… Nasi chłopcy?… Minnericht testujący nowe zabawki?… Trudno powiedzieć.

— Minnericht — powtórzyła. Już po raz trzeci słyszała to nazwisko. — Czy to ten człowiek, który stworzył twoją… Stokrotkę?

— Ten sam.

— Zatem to jakiś naukowiec? Wynalazca?

— Ktoś w tym rodzaju.

— Co to miało znaczyć? — Briar zmarszczyła brwi.

— To człowiek, który ma całą masę zabaweczek i bez przerwy wymyśla nowe. Większość z nich jest niebezpieczna jak szlag, ale stworzył też parę przezabawnych rzeczy. Czasami robi takie mechaniczne cudeńka. To dziwak, bywa, że robi się bardzo nieprzyjazny. Zapytaj, jeśli chcesz.

— O co mam zapytać? — Spoglądała prosto przed siebie, w niknący stopniowo w mroku zawilgły tunel.

— O to, co podejrzewasz. Nie jesteś pierwszą osobą, która zauważyła podobieństwo Minnerichta do twojego zaginionego męża.