Выбрать главу

— Pytała pani o niego lotników? Kapitan Clay… tak chyba nazywa się kapitan „Naamah Darling”, jeśli się nie mylę… widzi i słyszy znacznie więcej niż inni. Może dlatego, że jest tak niesamowicie wysoki?

— Proszę się nie wygłupiać — burknęła Briar i natychmiast zbeształa się w myślach za tę dziecinną odzywkę. Opryskliwość w niczym nie pomoże, już prędzej zniechęci go do niej, tyle że ta odwieczna zabawa miała ściśle określony przebieg, a ona nie potrafiła znaleźć innego rozwiązania. Była wściekła, ale jeszcze bardziej wystraszona, a w tych warunkach groziło to reakcjami, których zawsze się wstydziła. — Pytałam go o to, podobnie jak każdego innego lotnika, który poświęcił mi przysłowiową minutkę. Nikt go nie widział, co nie jest aż tak dziwne, skoro dostał się za mur nie od góry, tylko starym kanałem burzowym.

Nagłe drgnienie widoczne za niebieskawymi podświetlonymi szkłami musiało oznaczać uniesienie brwi.

— Dlaczego zatem nie skorzystała pani z tej samej drogi co on? Z pewnością byłby to o wiele mniej stresujący sposób na dotarcie do naszego pięknego miasta Zguby.

— Tamtej nocy było trzęsienie ziemi. Tunele się zawaliły, więc musiałam znaleźć inną drogę. Może mi pan wierzyć, że spadanie z wysokości tysiąca stóp rurą prowadzącą do paleniska nie należy do moich ulubionych rozrywek.

— Z tym tysiącem stóp to lekka przesada — mruknął w odpowiedzi. — Rura ma góra dwieście. Ale dziękuję za wiadomość o tym tunelu. Muszę go naprawić, im szybciej, tym lepiej. Dziwi mnie tylko, że pani pierwsza wspomina mi o tym. Sądziłem, że… — cokolwiek chciał powiedzieć, pozostało jego tajemnicą. Zamiast tego dodał: — Zadbam, żeby tunel został naprawiony. Proszę mi jednak powiedzieć, pani Briar, jak zamierzała pani opuścić miasto? Jak chciała pani zabrać stąd syna, wiedząc, że przejście pod murem jest zasypane?

— Gdzie jest mój syn? — zapytała bez ogródek zaskoczona tak nagłą zmianą tematu.

— Dlaczego uważa pani, że wiem?

Jego odpowiedź była zbyt teatralna, by mogła uznać ją za prawdziwą.

— Gdyby pan nie wiedział, już dawno mielibyśmy tę sprawę za sobą. A skoro wie pan, gdzie on jest, ale nie chce powiedzieć wprost, musi pan czegoś od niego chcieć…

— Pani Briar — przerwał jej nieco głośniej, niż musiał. Natarczywość, z jaką wypowiedział te słowa, w połączeniu z ich dziwnym brzmieniem pozbawiła ją głosu. Nie chciała ulegać jego nakazom.

— Po co ta złość? Możemy porozmawiać o pani synu, skoro pani chce, ale proszę mnie o nic nie oskarżać ani nie wysuwać żądań. Jest pani gościem w moim domu. I dopóki będzie się pani zachowywała stosownie do tego statusu, może pani liczyć na odpowiednie traktowanie.

Oddech Lucy stał się tak płytki i spazmatyczny, że można było nim mierzyć czas lepiej niż tanim zegarkiem. Nadal siedziała na ławce za stołem, wydawać się mogło, że nie jest w stanie podnieść się z niej. Tak bardzo pozieleniała na twarzy ze strachu, że Briar była pewna, iż za moment zacznie wymiotować.

Na szczęście nie zrobiła tego. Wstała z trudem i wyszeptała:

— Proszę cię, Briar, zachowajmy spokój. Krzykiem niczego nie zwojujesz. Jak wspomniał doktor, jesteśmy jego gośćmi.

— Słyszałam, co powiedział.

— Zatem proszę cię, przyjmij do wiadomości, że on tu jest gospodarzem. Skoro powiedział, że porozmawiacie o twoim synu, na pewno się z tego nie wycofa. Ale proszę cię jak matka: zachowaj maniery.

Sposób, w jaki kazała jej panować nad nerwami, nie miał nic wspólnego z matkowaniem. Zachowywała się raczej jak wystraszone dziecko w obliczu awantury pomiędzy rodzicami.

Briar zachowała dla siebie to, co miała zamiar powiedzieć. Zajęło jej to chwilkę, tak wiele żalów mogła mu wykrzyczeć prosto w twarz. Potem odezwała się absolutnie spokojnym głosem:

— Doceniam możliwość porozmawiania z panem. I jest mi obojętne, czy stanie się to w pana domu, gdzie jestem gościem, czy też gdziekolwiek indziej. Niemniej proszę pamiętać o jednym: przybyłam tutaj w określonym celu, nie po to, by się zaprzyjaźniać albo cieszyć gościną. Przybywam do pana w poszukiwaniu mojego syna, proszę mi więc wybaczyć, że póki go nie odnajdę, skupiać się będę na czymś innym niż moje maniery.

Błękitne światło pod jego maską — te rozpalone ogniki na miejscu oczu — pozostały całkowicie nieruchome.

— Rozumiem — powiedział. — I wybaczam.

Ledwie skończył mówić, z jego piersi zaczęło dobiegać ciche pikanie.

Przez moment zaskoczona Briar sądziła, że to odgłos pracy jego serca, mechanicznego urządzenia stworzonego rękami geniusza, lecz pozbawionego duszy czy choćby kropli krwi, Minnericht tymczasem po prostu sięgnął do kieszeni, wydobył okrągły złoty zegarek, spojrzał na cyferblat i mruknął coś pod nosem.

— Robi się późno, moje panie. Pozwólcie zatem, że zaoferuję wam gościnę na tę noc. Może nie będą to kwatery porównywalne ze Skarbcami, ale powinny wam się spodobać.

— Nie! — zawołała Lucy zbyt głośno i zbyt szybko. — Nie możemy tak pana wykorzystywać, doktorze. Wrócimy do siebie.

— Daj spokój — zaprotestowała Briar. — Ja tu zostanę, dopóki nie usłyszę, co doktor wie o Ezekielu. Będę jego gościem, wedle życzenia. Nie musisz mi towarzyszyć, jeśli nie chcesz — dodała. Spojrzała Lucy w oczy, znacząco w swoim mniemaniu, i powiedziała już nieco łagodniejszym tonem: — Nie obrażę się, jeśli zechcesz wrócić do domu. Teraz, po naprawie ręki, możesz iść sama.

W oczach barmanki dostrzegła coś więcej niż tylko obawę. Była tam też podejrzliwość i ciekawość zbyt mocna, by zdławił ją strach.

— Nie zostawię cię tu samej — powiedziała. — A poza tym nie chcę wracać po zmroku sama jak palec.

— Mogłabyś, gdyby zaszła taka konieczność. Cieszę się, że możesz mi towarzyszyć, ale nie poprosiłabym cię nigdy o to, gdybym wiedziała, że tego nie chcesz.

Minnericht wstał ze stołka i wyprostował się po raz kolejny. Briar stała tuż przy nim, lecz nie potrafiła zdecydować — w końcu minęło tak wiele lat — czy pasuje wzrostem i sylwetką do Leviticusa.

— Skoro już o tym mowa — wtrącił — miałbym do ciebie prośbę, Lucy.

— Przed chwila powiedział pan, że zapłatą za naprawę ręki ma być przyprowadzenie tutaj Hueya. — Widać było, że ten pomysł jej się nie podoba.

— A ja zauważyłem, że nie raczyłaś wyrazić zgody na tę umowę — odparł z podobnym niesmakiem. — Nie o tym jednak teraz mówię. Albo mi go tu sprowadzisz, albo będziesz żałowała, że tego nie zrobiłaś. Wydawało mi się, Lucy, że szanowałaś bar U Maynarda. Że był coś dla ciebie wart.

— Niech pan nie będzie takim dupkiem — wypluła z siebie, zapominając o manierach w obliczu tak bezczelnej groźby.

— Jeśli zechcę, będę największym dupkiem świata — odparł, a Briar pomyślała, że jest właśnie świadkiem opadnięcia jednej z kurtyn. Że widzi, jak jedna z masek zjeżdża w dół, choć wydawało się, iż mechaniczne części hełmu są przytwierdzone na stałe do Minnerichta. — Jutro albo pojutrze sprowadzisz mi tutaj Hueya, abym mógł z nim porozmawiać o majsterkowaniu, ale dzisiaj udasz się do mojego fortu.

— Do Decaturu? — zapytała Lucy, jakby ta propozycja mocno ją zaskoczyła.

— Tak. Chcę, abyś tam poszła i przekazała wiadomość ode mnie — oświadczył. — Mamy dzisiaj znacznie więcej niespodziewanych gości niż tylko twoją przyjaciółkę, więc wolałbym, żeby znali swoje miejsce w szeregu.

— Czyli jakie? — zapytała.

— Czyli takie, jakie im wyznaczę — odparł, sięgając palcami okrytymi skórą rękawicy do kieszeni po zapieczętowany list. — Dasz go kapitanowi, którego tam spotkasz. Zdaje się, że ktoś wykorzystuje moją dawną siedzibę do naprawiania swojego statku.