Odległość między Deanem a tą uciekającą istotą zwiększała się tak szybko, że zanim zdołał zbiec z pagórka, już dzieliło ich co najmniej pięćset metrów. Po kilku sekundach tajemnicza postać zniknęła wśród drzewiastych roślin.
Dean biegł coraz wolniej, potem zatrzymał się i długo patrzył w dolinę.
— Co to było? — zawołałam, gdyśmy się do niego zbliżyły. Nerwowy grymas przebiegł mu przez twarz.
— To była Zoe — wykrztusił zmienionym głosem.
— Przecież „to” poruszało się z jakąś niezmiernie wielką prędkością!
— Tak. Ale ja widziałem wyraźnie Zoe. Zatrzymała się na moment przy wejściu do obozu. Potem zaczęła uciekać. Nie potrafiliśmy znaleźć wytłumaczenia niezwykłego zjawiska. Czyżby była to halucynacja?
Po południu, gdy wrócili Szu i Jaro, okazało się jednak, że i oni widzieli sylwetkę biegnącej dziewczyny.
Zagadka rozwiązana została szybciej, niż mogliśmy się tego spodziewać.
Następnego dnia koło południa Zoe przyszła do obozu. Przyszła już normalnym, zwykłym krokiem. Zjawiła się nie wiadomo skąd, zupełnie niespodziewanie. Ubrana była w elastyczny strój przylegający ściśle do ciała. Zmieniał on przezroczystość i barwę zależnie od warunków oświetlenia. Okazało się później, że stanowił idealną ochronę przed upałem czy zimnem.
Nie strój jednak przykuł naszą uwagę.
Zoe prowadziła za rękę niedużego chłopca. Oceniając na oko, mógł on mieć ze cztery lata. Ubrany byt tak jak ona w strój z owego niezwykłego tworzywa.
Spostrzegła ich pierwsza Ast. Zoe podeszła do niej i uścisnęła ją serdecznie. Dopiero po chwili Ast odzyskała mowę.
— Kto to? — zapytała, wskazując na chłopca.
— Nazywam się Lu — odpowiedział malec, patrząc z uwagą skośnymi oczami w twarz Ast. Geofizyczka uświadomiła sobie w tej chwili, że chłopiec jest bardzo podobny do Szu.
— Lu? — powtórzyła z ogromnym zdziwieniem.
Coś ścisnęło mnie za gardło. Patrzyliśmy oniemiali na tę scenę.
— Tak. Ja jestem Lu. Czy mnie nic znasz? Bo ja cię znam. Ty jesteś Ast.
— Znam cię — Ast spoglądała z przerażeniem to na Zoe, to znów na jej syna. — Przecież półtora miesiąca temu to było niemowlę!
Zoe patrzyła gdzieś poza głowę Ast. Odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili, jakby w zadumie:
— Półtora miesiąca… Dla nas obojga w tym czasie upłynęły chyba lata. Parę długich lat… Przygarnęła do siebie dziecko:
— Parę lat!
Podeszliśmy wszyscy do Zoe i Lu.
— Co się z tobą działo? Co to wszystko znaczy?
— Cóż miało się dziać? — odparła Zoe z przejmującym spokojem. — Byłam u Nich…
— U kogo?!
— U Urpian. Już wam kiedyś, dawno temu, mówiłam, że to Urpianie.
— Ale gdzie oni są?
— Na tej planecie.
— Na tej planecie? Gdzie ich szukać?
Zoe zrobiła nieokreślony ruch ręką, jak gdyby zataczała koło.
— Wszędzie — powiedziała cicho.
— Czy nawiązałaś z nimi kontakt? — zawołał Dean. — Czy wreszcie oni nam pomogą?
— Czy nam pomogą? — Zoe uśmiechnęła się sztucznie, jakby z ironia. - Czyż oni w ogóle rozumieją ludzi? Czy w ogóle starają się nas zrozumieć?
— Więc uciekłaś od nich. Jak ci się to udało?
— Uciekać od nich? Po prostu chciałam, bardzo chciałam do was wrócić. Zobaczyć się z wami choć na chwilę. Bardzo chciałam… — powtórzyła. — I to wystarczyło, aby się tu znaleźć.
— Ale to dziecko? — zawołałam. — Skąd to dziecko? Ma chyba ze cztery lata? Przecież przeminęło zaledwie siedem tygodni ziemskich!
— Siedem tygodni… W tamtym świecie czas biegnie inaczej. Dłużej wszystko się przeżywa.
— Opowiadaj po kolei! Co się z tobą działo? — rzekł Jaro, siląc się wyraźnie na spokój.
— To nie takie proste. Nie wiem, czy my, ludzie, będziemy mogli kiedykolwiek zrozumieć to całkowicie.
— A to skąd masz? — zapytał Dean, dotykając palcami miękkiej materii. — To pewno ich stroje?
— Oni używają strojów tylko wówczas, gdy jest to niezbędne z jakichś przyczyn fizycznych.
— A więc stykałaś się z nimi? Czy rozmawiałaś? Próbowałaś przekonać ich, by traktowali nas jak istoty cywilizowane?
Zoe spojrzała na mnie tak przejmująco, że uczułam nerwowy dreszcz.
— „Rozmawiałaś?” „Próbowałaś przekonać?” „Traktować jak cywilizowane istoty?” To nie da się w ten sposób powiedzieć. Płaszczyzna kontaktu z nimi przebiega inaczej. Tak jak gdyby z człowiekiem stykał się… Nie! Lepiej nie porównywać!
— Co chcesz przez to powiedzieć? — Jaro zmarszczył brwi.
— Lepiej nie zastanawiać się nad tym — odpowiedziała Zoe z rezygnacją i zniechęceniem.
Zapanowało nieprzyjemne milczenie. Przerwał je Lu:
— Ty się nazywasz Jaro — powiedział, wskazując na Jarosława. — A ty, Daisy? — zwrócił się do mnie. Skinęliśmy głowami.
— A to jest Dean, twój „partner radości”? — wskazał na mego męża.
— Co on rozumie prze/ określenie ”partner radości”— zwróciłam się do Zoe. Wydało mi się, że zadrżała.
— Nie wiem. Chyba małżonek — powiedziała obojętnie. — On tworzy wiele różnych określeń, których nie rozumiem.
— Jak to tworzy?
— Bliżej styka się z Urpianami i wyraża niektóre ich pojęcia w ludzkim języku. Przypuszczam, że w sposób uproszczony.
— I nie pytałaś go, co te określenia oznaczają?
— Niewiele można się z tych tłumaczeń dowiedzieć. Może jak będzie większy…
— Gdzie jest Szu? — zapytał naraz chłopiec. Zanim zdążyliśmy mu odpowiedzieć, dorzucił tak jakoś dziwnie, jakby usłyszał wyjaśnienie:
— Ach, rozumiem. Ma zabić zwierzę.
— Poszedł na polowanie — powiedział Dean.
— Szu to mój najbliższy, tak jak mama — pochwalił się Lu.
— Skąd ty wiesz, jak się nazywamy?
— Ja was dobrze znam!
— Znasz? Skąd? Gdzie nas widziałeś?
— Tu. Jeśli chcę, to zawsze mogę was widzieć. Tylko że… — urwał.
— Że co?
— Że to jest zupełnie inaczej… Wy się nie ruszacie…
— Śpimy?
— Nie. Nie. Tak jakoś wolno chodzicie, że… że wcale się nie ruszacie.
— Czy to możliwe, aby on nas widział? Skąd wiedział, co robi Szu? — zwróciłam się szeptem do Zoe.
— Widzę was, kiedy chcę! — powiedział Lu z uporem dziecka, patrząc w naszą stronę, mimo że zajęty był rozmową z Deanem.
— Co on mówi? — szeptałam dalej do ucha Zoe. — To chyba niemożliwe?
— A jednak tak jest — powiedziała Zoe, patrząc na mnie w zamyśleniu. — Mówił mi kiedyś, że przygląda wam się często.
— Widocznie Urpianie obserwują nas za pomocą jakichś ukrytych urządzeń.
— Nie wiem. To też możliwe. Coraz częściej przebywa z nimi.
— Skąd wiedział o Szu? Dlaczego jednak pytał? A potem sam odpowiedział?
— On tak często robi. Chwilami wydaje się, że dostrzega znacznie więcej od nas, że potrafi nawet…
Urwała, bo oto zbliżył się do niej Jaro.
— Zoe, powiedz wreszcie, jak wygląda sytuacja? Co oni mają zamiar z nami zrobić? I wogóle, co to za istoty, ci
Urpianie? Dlaczego się kryją przed nami?
— Do nich nie można stosować tej samej miary co do ludzi. Ja ich też nie rozumiem, choć zdaje mi się, że wiele lat tam spędziłam.