Выбрать главу

Jaro stanął i patrzył na nią w milczeniu dłuższą chwilę.

— Najlepiej będzie, gdy opowiesz o wszystkim po kolei — rzekł wreszcie.

— To niełatwa sprawa. Wiele scen pamiętam jak przez mgłę.

— Mów to, co pamiętasz. Od chwili gdy położyliśmy się wszyscy spać, po tej awanturze z Ast.

Przez twarz Zoe przeszedł wyraz smutku.

— Wówczas… Ja też zasnęłam. Jak długo spalam, nie wiem. Obudziłam się nagle.. Czułam, że muszę iść, że ktoś mnie wzywa, choć nie wiedziałam kto. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie. Tak jakby człowiek utracił własną wolę. Wzięłam Lu na rękę i wyszłam za palisadę. Ro biegł za mną. Przeszłam tak pięćdziesiąt, może sto kroków, gdy ujrzałam niespodziewanie przed sobą niebieskie światło. Było ono jaskrawe, bardzo jaskrawe. Po ciemności oślepiło mnie od razu. Wydało mi się, że słyszę czyjś głos. Nakazywał mi, abym położyła dziecko na trawie. Bałam się tego głosu, panicznie bałam, a jednak nie usłuchałam polecenia. Ro gwałtownie ujadał. Zaczęłam cofać się ku palisadzie.

Chciałam uciec, ale… — Zoe umilkła na chwilę i zacisnęła nerwowo powieki. Widocznie wspomnienie tamtych wydarzeń było bardzo przykre. — Ale nie było już palisady.

— Nie było palisady?

— Nie było naszego obozu, wzgórza, puszczy… Czułam, a później widziałam, że znajduję się w jakiejś zamkniętej przestrzeni. Otaczały mnie przezroczyste ściany jakby rozległego podwórza. Przede mną wznosiły się dziesiątki kondygnacji gigantycznej wieży. Zbudowana była jakby ze szklanych wielościanów ustawionych jeden na dru-gim. Wydawała się kryształowa, pełna kolorowych, mrugających światełek, a sięgały tak wysoko, że nie dostrzegłam jej szczytu. Nagle uświadomiłam sobie, że bynajmniej nie stoję przed wieżą, lecz znajduję się w jej wnętrzu. To przechodzenie z jednej sytuacji w drugą następowało w mgnieniu oka. Odczuwałam wrażenie podobne do tego, jakie przeżywa człowiek, gdy wbrew swej woli zaśnie na moment. Niby wszystko czuje, widzi i oto niespodziewanie stwierdza, że się budzi. Tak właśnie przebudziłam się w jakiejś pięciokątnej sali. Zupełnie pustej. Nie było tam żadnych maszyn, kloszów ani przewodów. Stałam w środku tej sali i rozglądałam się dokoła. W tym momencie uświadomiłam sobie, że nie mam już Lu na rękach. Wrażenie było wstrząsające. Kto tego nie przeżył, nie potrafi sobie chyba wyobrazić, co czuje matka, której odebrano dziecko. Zaczęłam bić pięściami w kryształowe ściany, wołać, domagać się, aby oddano mi Lu. Byłam chyba wówczas bliska obłędu.

— Straszne — wyszeptała Ast ze współczuciem.

— Na szczęście nie trwało to długo. Ściany jak gdyby się rozstąpiły. Ujrzałam przed sobą długi, niski korytarz. Tak niski, że idąc musiałam się pochylać. Był jasno oświetlony i kończył się małą salką. Znajdowało się w niej kilka sprzętów do złudzenia przypo-minających sprzęty z kosmolotu. A przecież kosmolot w moich oczach został zniszczony.

— Oni potrafią świetnie naśladować nasze wytwory — zauważył Jaro.

— Tak. To wszystko przygotowali dla mnie. Ściany pokoju były również przezroczyste. Roztaczał się z nich widok na niewielki teren pokryty bogatą roślinnością. Coś w rodzaju ogrodu. Dziecka nigdzie nie dostrzegłam. Zaczęłam znów nawoływać rozpaczliwie. Czytałam i słyszałam nieraz o rozpaczy matki po utracie dziecka, ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że to takie straszne przeżycie. Naraz stało się coś dziwnego. Ujrzałam w głębi ogrodu maleńką postać. Przypominała nieco małpę, tylko że poruszała się z niewiarygodną szybkością. To nawet nie był bieg. Istota ta wpadła wprost na ścianę mego pokoju, przeniknęła przez nią i stanęła przede mną. Zatrzymała się na chwilę. Trwało to krótko, bardzo krótko, niemal moment. Jeszcze szybciej odwróciła się i pobiegła z powrotem. Nim zdążyłam zareagować, odezwać się do tej istoty — już jej nie było. Co to była za istota, nie miałam najmniejszej wątpliwości. Trzy nogi, dwoje długich, czteropalczastych rąk, krótki, niewielki tułów porośnięty szarym puchem. Nad tułowiem spłaszczona duża głowa o szeroko rozstawionych oczach, dwa wyrostki wargowe i niewielka kępka jasnorudej szczeciny na szczycie nagiej czaszki. Wzrost około metra.

— Urpianin!

— Oczywiście, że Urpianin. Przecież na Urpie znaleźliśmy ich ciała zakonserwowane w lodzie.

— No i cóż było dalej?

— Gdy Urpianin znikł, rzuciłam się ku ścianie. Próbowałam przebić ją głową. Wydawało mi się, że wystarczy przedrzeć się przez ścianę, a odnajdę Lu. Niestety, głowa moja odbijała się od tej ściany jak pitka. Znów zaczęłam walić pięściami w ten niezwykły, elastyczny kryształ, prosić, błagać. I może w tej chwili wyda wam się dziwaczne, niezrozumiałe, niegodne człowieka naszych czasów, ale ja padłam na kolana, gdy znów zobaczyłam Urpianina za ścianą. Wolałam, żeby oddał mi moje dziecko, a zabrał oczy. Byłam chyba wówczas naprawdę w stanie półobłąkania. Urpianina już dawno nie było, a ja leżałam jeszcze na kryształtowej podłodze i miotałam się w rozpaczy. Niespodziewanie dobiegł mych uszu jakiś pisk. Krótki, urywany, powtarzał się raz po raz.

Zerwałam się z podłogi. Na tapczanie leżał Lu. Rzuciłam się ku niemu radośnie, gdy naraz poczułam, jak przerażenie chwyta mnie za gardło. Lu poruszał rączkami i nóżkami dziwnie gwałtownie, niezmiernie szybko. Tak samo szybko poruszał swymi trzema nogami biegnący Urpianin. Skądś wyskoczyła ciemna, futrzana kula. Ro jak pocisk przeleciał przez Lu, dopadł jego brzuszka, zawirował i… nim zdążyłam dosięgnąć go ręką, już był na ziemi. Pies skoczył ku mnie, odbijając się łapkami od podłogi jak piłka. Z usteczek Lu wybiegały nieprzerwanie piski i jazgot.

Pochwyciłam go na ręce. Poruszał całym ciałem tak gwałtownie, jakby chciał wyrwać się z mych objęć. Podałam mu pierś, ale natychmiast uczułam ostry ból. Lu ciągnął ustami pokarm jak maszyna ssąca. Ogarnęła mnie rozpacz. W zachowaniu dziecka było coś niesamowitego. Padłam obok niego na tapczan i zaczęłam płakać. Jak długo to trwało, nie wiem. W pewnej chwili jakbym się ocknęła ze snu. Wokół nic się nie zmieniło, a jednak… Lu leżał obok mnie na tapczanie i kwilił cichutko. Był zupełnie normalny. Podałam mu pierś. Ssał wolno, spokojnie, bez wysiłku.

— A Ro? — zapytał Dean.

— Ro był też normalny. Położył głowę na mych kolanach i lizał rękę.

— Co się stało z Ro? — zapytałam, rozglądając się wokoło. — Dlaczego z tobą nie przyszedł?

— Nie widziałam go już dawno. Nie wiem. Może zdechł… Zestarzał się bardzo. Gdyśmy się znaleźli na Juvencie, miał dwadzieścia sześć lat. A później tyle czasu upłynęło. Urpianie przywracali go do życia chyba z osiem razy. Później zabrali go gdzieś… Lu początkowo bardzo płakał.

Mówiła to spokojnie, a jednak widać było, że zniknięcie wiernego towarzysza zabaw musiała odczuć bardzo boleśnie.

— I więziono cię z Lu przez cały czas w tym pokoju? Zoe pokręciła przecząco głową.

— Mogłam poruszać się swobodnie, gdzie chciałam. Nauczyłam się przekraczać owe ściany. Nawet to nietrudne, trzeba tylko wybierać odpowiednie momenty, gdy pole słabnie. Mogłam spacerować po ogrodach, nawet spływać „ciągiem” na dachy i tarasy budowli mieszkalnych.

— Dlaczego więc wcześniej do nas nie przyszłaś?

— Poruszać się swobodnie, to nie znaczy znać drogę. Miasto Urpian to ogromny labirynt, a raczej gigantyczny ul. To tysiące komórek połączonych ze sobą tylko drogą powietrzną i przede wszystkim falami elektromagnetycznymi. Urpianie chodzą na swych trzech nogach tylko wewnątrz pomieszczeń mieszkalnych czy ogrodów, i to w bardzo ograniczonym zakresie. Chyba traktują ten sposób ruchu raczej jak ćwiczenie fizyczne niż konieczność.