— Korzystają z jakichś środków komunikacyjnych? — spytał Jaro.
— W zasadzie tak. W obrębie miasta przenoszą ich z miejsca na miejsce pewnego rodzaju pola magnetyczne czy antygrawitacyjne, które Lu nazywa „ciągami”. Jeśli chodzi o loty na większe odległości czy podróże międzyplanetarne, niewiele mogę powiedzieć. Widziałam, co prawda, Urpian unoszonych przez coś w rodzaju obłoku pyło- wego, a także przezroczyste latające „szpule” i stożki, ale w dziedzinie komunikacji nic należy szukać analogii z naszą cywilizacją. Urpianie niezmiernie rzadko opuszczają swe siedziby. Można powiedzieć, że niemal całe życie przebywają w swych domach i ogrodach. Najczęściej w dwu-, rzadko w trójosobowych grupach. Nie brak zresztą i samotników. Spotykają się ze sobą telewizyjnie, kierują automatami z własnych mieszkań. Właściwie większą część dnia, jeśli w ogóle to określenie ma sens, przebywają w niewielkich, zamkniętych pomieszczeniach, nie poruszając się prawie wcale. Urpianin taki wygląda zupełnie jak średniowieczny mnich pogrążony w modlitewnej kontemplacji.
— A próbowałaś porozumieć się z nimi?
— To jest właściwie… niemożliwe. Oni nie czynili najmniejszych wysiłków w tym kierunku. Czułam tylko, że stale mnie obserwują. Mowy ludzkiej nie słyszą, gdyż nie mają zmysłu słuchu. Co prawda pewne fakty wskazują, że mogą transponować artykułowane dźwięki, wydawane przez człowieka, na swój język sygnałów radiowych. Nie wiem jednak, w jakim stopniu potrafią nas zrozumieć. Właściwie nigdy nie otrzymałam od nich żadnej odpowiedzi. Choćby w postaci symboli czy znaków. Dopiero gdy Lu zaczął mówić i stał się mądrzejszy, mogłam za jego pośrednictwem rozmawiać z nimi. Jeśli w ogóle można to nazwać rozmową — przekazywanie pewnych próśb czy pytań, na które otrzymujemy odpowiedzi prawie zupełnie niezrozumiałe. W tych warunkach o odnalezieniu drogi do was nie było mowy. Później, gdy Lu był większy, nie chciał opuszczać miasta, więc i ja… Zresztą przyznaję się, że moje życie było wypełnione bez reszty troską o Lu.
— A co wam dawali do jedzenia?
— Odtwarzali nasze pastylki i płyny odżywcze. Potrafią niezmiernie precyzyjnie analizować strukturę każdej materii, a potem odtwarzać ją.
— To jednak wspaniała cywilizacja! — westchnął z podziwem Dean.
— Szu wraca — odezwał się niespodziewanie Lu, zajęty dotąd oglądaniem naszych prymitywnych dzid i łuków.
— Gdzie ty go widzisz? — zapytał Jaro zdziwiony ogromnie, gdyż nic nie wskazywało, żeby Szu miał już teraz się zjawić.
— Ja wiem…
— Ale skąd wiesz?
Lu spojrzał na Jara niepewnie.
— No… wiem. A skąd? — wzruszył ramionami. — To się jakoś czuje… Idę naprzeciw niego — powiedział stanowczo.
— Pójdę z tobą — rzekła Ast.
Po chwili znikli w zaroślach. Lu prowadził pewnie, bez wahania.
— Niewiele się dowiecie od Lu — mówiła Zoe. — Ja też próbowałam wypytywać go, skąd wie to i owo, i nic z tego nie wyszło.
— A sama nigdy nie znajdowałaś się w takim stanie… telepatycznym?
— Nigdy. Raz widziałam was, ale to było na pograniczu snu. Niedawno temu, może z miesiąc lub półtora, według wyczucia fizjologicznego. Niestety, zjawiska astronomiczne przebiegają w tamtym świecie w jakimś ogromnie zwolnionym tempie i trudno mierzyć nimi mniejsze odstępy czasu.
— Jak to było?
— Pragnęłam bardzo odwiedzić was. Mówiłam nawet o tym Lu. I naraz wydało mi się, że znalazłam się tu, na wzgórzu. Spotkałam ciebie, Dean. Stałeś przy tym wielkim pniu. Nie poruszałeś się prawie. Później, gdy już odeszłam na większą odległość, obejrzałam się i zobaczyłam, że zmieniłeś położenie. Poruszałeś się jednak bardzo wolno. Podobnie zresztą Szu i Jaro, których spotkałam przy jakimś płytkim dole z gliną. Te zwolnione ruchy były tak niesamowite, że ogarnęło mnie przerażenie i uciekłam.
— To nie był sen — powiedział Dean drżącym głosem. — Myśmy też ciebie widzieli, ale za to twoje ruchy wydały nam się ogromnie przyśpieszone, niemal błyskawiczne.
— Słuchaj, Zoe — odezwał się Jaro. — Czy w tamtym, urpiańskim świecie przedmioty upuszczone swobodnie na ziemię spadają tak samo jak w naszym czy wolniej?
— Wolniej. Znacznie wolniej. Zaobserwowałam to zjawisko.
— Nasuwa się więc pewien wniosek.
— Jaki?
— Ze to nie jest żadne wydłużenie jednostek czasu, jak w rakiecie relatywistycznej, a tylko przyśpieszenie tempa procesów fizjologicznych.
— Oczywiście, domyślałam się tego — skinęła głową Zoe.
— Jest to więc działanie zasadniczo odwrotne od naszego przedłużania życia — podjęłam myśl Brabca. — My wprowadzamy organizm w slan anabiozy w czasie wieloletnich lotów, Urpianie niejako skracają i uintensywniają życie.
— My jednak, aby zwolnić tempo procesów życiowych, musimy stosować skomplikowane zabiegi. Człowiek w stanie anabiozy jest nieprzytomny. A oni… — Dean urwał i zamyślił się. — To jest zupełnie inny poziom cywilizacji — powiedział po chwili z westchnieniem.
— Na Ziemi również i w tym kierunku były prowadzone eksperymenty. Oczywiście w zakresie niewspółmiernie mniejszym. Chodziło o zwiększenie sprawności zmysłów i kory mózgowej dla określonego celu. Czasowo. Już zdaje się w dwudziestym wieku dokonywano eksperymentów w celach militarnych, wprowadzając…
— Czy to tempo swego życia przyśpieszają Urpianie sztucznie — przerwał Dean — czy też jest to jakaś ich przyrodzona cecha?
— Nie wiem. Wiele zjawisk jest dla mnie zupełnie niejasnych. Próbowałam je zrozumieć, zbadać. Zwłaszcza gdy coraz częściej znikał Lu. Potem był zawsze taki nerwowy — mówiła chaotycznie.
— Po czym?
— Ach — westchnęła i spojrzała na mnie jakoś dziwnie. — Nie ulega wątpliwości, że oni przeprowadzają na Lu jakieś eksperymenty. Niestety, nie potrafiłam uchronić go przed tym. Prosiłam go, błagałam, aby tam nie chodził…
U wejścia do obozu ukazali się Szu, Lu i Ast.
— Witaj, Szu! — zawołała Zoe.
Szu położył na ziemi upolowanego żółtego potworka o sześciu łapach. Spojrzał niepewnie na Ast, potem jednak podszedł do Zoe i serdecznie ją uścisnął.
— Ast opowiada o tobie niezwykłe historie. Gdybym nie widział Lu i nie stwierdził w praktyce jego umiejętności, nigdy bym nie uwierzył.
— Szu dziś wyjątkowo szybko upolował żółtaka — wyjaśniła Ast. — Dlatego zawrócił zaraz do obozu. Szedł jednak inną drogą. Gdyby nie Lu, na pewno bym go nie spotkała.
Szu patrzył na chłopca z podziwem, pomieszanym zarazem z jakąś satysfakcją.
— Ty i Zoe jesteście mi najbliżsi — powiedział niespodziewanie Lu. — A dlaczego nie jesteście „partnerami radości”?
— Lu! — Zoe spąsowiała.
— Wiem, że nigdy nie byliście „partnerami radości”, chociaż Ast myśli stale, że tak. Pytała mnie w drodze.
— Dziwię ci się, Ast — Jaro spojrzał na nią z oburzeniem. — Jeszcze ci mało do wodów?
— Ależ ja o nic Lu nie pytałam! — zaprzeczyła gwałtownie. — Co on plecie?
— Pytałaś!
— Gdzie? Kiedy?
— Pytałaś — upierał się chłopiec.
— Czy Ast mówiła do ciebie słowami? — zapytał naraz Jaro.
— Słowami? — Lu zastanowił się. — Chyba nie…
— No, to wszystko jasne.
— Powiedz, Lu, co robisz, kiedy cię wzywają Urpianie do siebie? — nawiązalam do tego, o czym mówiła Zoe.
— Co mam robić? Idę.
— A później?