— Później się z nimi bawię.
— Bawisz się? A co oni robią?
— Pokazują mi różne rzeczy. Są to… a więc… — mówił tak, jakby połykał jakieś słowa.
— Na przykład? Opowiedz.
— No… różne takie rzeczy… Czasem nawet was pokazują. I tych innych też.
— Jakich innych?
— Takich jak mama i wy, ale innych.
— Gdzie ci inni są?
— Daleko. Ale mają przyjść.
— Skąd to wiesz?
— Od Urpian.
— Więc oni mówią coś do ciebie?
— No, chyba!
— Rozumiesz ich?
— Tak. Chyba że coś bardzo dużo kręcą.
— Jak to kręcą?
— No, nie wiesz? Przecież oni… Ja z nimi… Wyraźnie połykał jakieś fragmenty zdań.
— Nie boisz się ich?
— Czemu miałbym się bać?
— Powiedziałaś, że Urpianie przeprowadzają na Lu jakieś eksperymenty — zwróciłam się do Zoe. — Na czym opierasz to podejrzenie?
— Niestety, istnieje niezbity dowód. Gdy o tym myślę, ogarnia mnie strach. Otóż pewnego dnia dostrzegłam u niego we włosach coś… Zobaczcie zresztą sami.
Podeszłam do chłopca i sięgnęłam mu do głowy. Odsunął się ode mnie pośpiesznie.
— Nie dotykaj! Nie ruszaj tego! — zawołał z ogromną powagą.
— Lu, pokaż Daisy, co masz na głowie! — powiedziała ciepło Zoe. Chłopiec spojrzał na nią niechętnie. Chwilę jakby się wahał.
Jednak w końcu usłuchał.
Rozgarnął palcami włosy, odsłaniając niewielką kępkę czerwonawej szczeciny, ale tylko na chwilę, bo natychmiast zakrył ją z powrotem włosami.
— Rozumiecie? — powiedziała drżącym głosem Zoe. — Teraz chyba wszystko rozumiecie? Milczeliśmy.
— Skąd Lu wie, że Szu jest jego ojcem? — zapytała nagle Ast.
— Na pewno nie ode mnie — odparła pośpiesznie Zoe. — O tym dowiedział się od Urpian.
— Nie rozumiem, do czego potrzebne im dziecko? Bo chyba to nie tylko eksperyment — zastanawiał się Jaro.
— Może chcą po prostu wychować sobie tłumacza — odrzekł Dean. — Może szukają bliższego kontaktu z nami? Na ustach Zoe pojawił się znów ironiczny uśmiech.
— Dziecinnie naiwne byłyby to środki w porównaniu z ich wiedzą i techniką.
— W jaki sposób oni się rozmnażają? Czy dużo mają dzieci?
— Trudno odpowiedzieć, czy dużo mają dzieci. Oni sami swych dzieci nie rodzą. Nie wiem, w jaki sposób rozmnażali się kiedyś, przed wiekami, ale teraz nie spostrzegłam w budynkach mieszkalnych żadnego młodego osobnika żyjącego w towarzystwie starszych. Za to w jednym punkcie miasta istnieje wielki, złożony z setek kondygnacji gmach, w którym ogromna większość osobników wydaje się niedojrzała fizycznie. Widziałam ten gmach, niestety tylko dwa razy i to krótko.
— Przypuszczasz, że rozwój embrionalny i proces wychowania odbywa się u nich zbiorowo w jakimś scentralizowanym ośrodku hodowlanym?
— Bardzo możliwe. Może nawet zautomatyzowanym.
— Więc nie ma u nich rodziny, miłości? — wtrąciła Ast z ogromnym zdziwieniem.
— Nie wiem. Wiele ich obyczajów znam tylko z powierzchownych, przypadkowych spostrzeżeń. Są to, zdaje się, istoty dwupłciowe, nie zróżnicowane.
— Hermafrodyci?
— Chyba tak. Łączą się jednak w pary. Właśnie takie pary Lu nazywa „partnerami radości”.
— Mówiłaś, że bardzo rzadko opuszczają swoje domy. Skąd to wiesz?
— Ściany domów są przezroczyste.
— Więc nie ma u nich żadnego życia społecznego? Żadnych zebrań, spotkań, narad?
— Owszem. Spotykają się czasami, ale przeważnie współdziałają ze sobą za pomocą radiotelewizji. Oczywiście ich telewizję trudno porównać z naszą. Raczej mam tu na myśli funkcję, jaką spełnia. Najczęściej jednak tkwią samotnie w małych i pustych po-koikach.
— Co oni właściwie tam robią? Może śpią?
— Chyba nie. Nie widziałam nigdy Urpian śpiących. Ale w tych pokoikach spędzają ponad osiemdziesiąt procent życia. Wątpię, by istoty rozumne, wysoko cywilizowane marnowały na sen tyle czasu.
— Czy Urpianie zwracali na ciebie uwagę, gdy tak wędrowałaś po dachach i ogrodach?
— Owszem. Czasami. Ale była to uwaga obojętnych przechodniów.
— Kiedy uciekłaś od nich? — zapytał Szu.
— Nie uciekłam. Chciałam koniecznie zobaczyć się z wami. Wzięłam Lu na kolana i powiedziałam mu, że pójdziemy i poszukamy drogi do was. Lu odrzekł wówczas: — Nie pójdziemy tam. — I wiedziałam, że nic na Io nie poradzę. Nawet nie próbowałam go przekonywać. To byłoby bezcelowe. Pragnęłam jednak bardzo. Widocznie wiedział o tym, bo już po paru dniach powiedział do mnie: — Mamo, pójdziemy do Szu. — I poszliśmy. On mnie prowadził. Przeważnie po dachach. Potem otoczyły nas świecące pyły i sama nie wiem kiedy znalazłam się tu, na wzgórzu.
— Trzeba zapytać Lu — zaproponował Szu i zwrócił się wprost do chłopca. — Skąd się tu wziąłeś?
— Myśmy tu… — wykonał jakiś nieuchwytny ruch zastępujący słowa. — To jeszcze… tak uniósł nas…
— Lu! Spróbuj opowiedzieć po kolei. Jaśniej!
— Przecież mówię!
— Nic nie rozumiemy.
— Nie rozumiecie? — zdziwił się. — Nie rozumiecie, co mówię? Mama też często mówi, że nie rozumie, co mówię.
— Pokaż chociaż ręką, gdzie są ci twoi Urpianie — podsunął Jaro. Lu spojrzał na niego uważnie, potem wskazał ręką na północo-zachód.
— Daleko stąd?
Lu wzruszył ramionami.
— Spróbuj jeszcze raz powoli wytłumaczyć nam, co się z wami działo, gdy postanowiliście tu przyjść.
— To chciała mama. Ale… musimy już wracać — powiedział nagle stanowczo.
— Pozostańmy jeszcze trochę — prosiła Zoe, patrząc na syna błagalnie.
— Nie. Trzeba wracać.
— Lu! Powiedz im, że my chcemy jeszcze trochę tu zostać.
Rozejrzałam się odruchowo na wszystkie strony. Wydało mi się, że gdzieś w pobliżu, może wśród wysokich krzaków, kryją się małe, trójnogie postacie. Znów mój wzrok zatrzymał się na Lu.
Chłopiec miał przymknięte powieki. Ruchy jego stały się naraz nerwowe, przyśpieszone. Twarz mu spąsowiała, potem szybko zbladła. Otworzył oczy.
— Możemy zostać. Trochę… — powiedział, z trudem przełykając ślinę. — Niedługo…
— Koniecznie chcecie odejść? W oczach Lu pojawiły się złe błyski.
— Musimy wrócić. Ja muszę wrócić do nich. I mama… Musimy. Oni tak mówią. Jaro był zupełnie wytracony z równowagi.
— Zoe, co to wszystko znaczy? Co oni robią z Lu, z tobą? Co oni z nami wszystkimi wyprawiają? Jak nas traktują? Nerwowy skurcz wykrzywił twarz Zoe.
— Jak nas traktują? — powtórzyła z wysiłkiem. — Boję się, że jak króliki doświadczalne.
NA OBRAZ l PODOBIEŃSTWO
Po wizycie Zoe i Lu w naszym życiu zaszły dość zasadnicze zmiany. Zgodnie ze wskazówką Lu wyruszyliśmy jeszcze tego samego dnia na północo-zachód. Teren byt w dalszym ciągu falisty, stepowo-lesisty, poprzecinany licznymi rzeczkami i strumykami, porośnięty miejscami dość gęstą, dziko pieniącą się roślinnością.
Wędrówka nasza nie trwała długo. Już wieczorem drugiego dnia juventyńskiego dostrzegliśmy nad horyzontem dalekie światła jakiejś gigantycznej wieży. Nie mieliśmy wątpliwości, że jest to wieża, o której wspominała Zoe.
W czasie drogi dokonaliśmy interesującego odkrycia archeologicznego. Otóż zarówno w puszczy, jak i na stepie znaleźliśmy sporo śladów jakichś starych, nie używanych od kilku wieków arterii komunikacyjnych o nawierzchni z różowego plastyku. Drogi te były przeważnie całkowicie zarosłe nawet większymi okazami flory juventyńskiej. W trzech miejscach, na skrzyżowaniach dróg, znaleźliśmy wielkie posągi i bloki pokryte płasko rzeźbami, niestety, w dużym stopniu zniszczonymi przez wodę, wiatr, a przede wszystkim zarastające je rośliny. Posągi i płaskorzeźby nosiły cechy wpływów starej sztuki Urpian, której wiele różnych form odkryliśmy poprzednio na ich macierzystej planecie w Układzie Proxima Centauri.