Выбрать главу

Nie znaleźliśmy jednak żadnych świeżych śladów bytności gospodarzy planety na tym terenie. Może niechęć tych istot do opuszczania swych siedzib osiągnęła aż taką krańcowość, że niektóre obszary tego globu zmieniły się w dzikie, pierwotne puszcze?

Następnego dnia juventyńskiego przeprawiliśmy się z niemałym trudem przez szeroką, wartką rzekę. Za rzeką rozciągał się gęsty las potężnych roślin o fantastycznie powyginanych pniach i konarach, ciągnących się poziomo setkami metrów. Zza wierzchołków tych drzew widzieliśmy już jednak błyszczące w promieniach zachodzącego Tolimana przezroczyste mury ogromnego miasta.

Las obfitował w różne owoce i chociaż dotąd nie spotkaliśmy żadnych większych zwierząt, z żywnością kłopotu nie było. Szczególnie przypadły nam do smaku potężne jak głowa ludzka owoce, podobne w budowie do pęcherza wypełnionego wodą. Zawierały kwaskowy płyn i stąd nazywaliśmy je kwasocystami. Jak się później okazało, owe kwasocysty zawierały szczególnie pożywny napój stanowiący główny pokarm Urpian, nim przeszli oni na odżywianie całkowicie syntetyczne.

Przebycie dwukilometrowego pasa między rzeką a murami miasta zajęło nam blisko całe przedpołudnie następnego dnia. Nagrodą za wytrwałość była jednak niespodzianka, jaką znaleźliśmy pod miastem. Niespodzianka, co się zowie — iście w stylu urpiańskim!

W jaki sposób Urpianie przewidzieli, w którym miejscu dotrzemy do murów, trudno dociec. Szu raczej skłaniał się do przypuszczeń, że oddziałując w jakiś niedostrzegalny sposób na nasze mózgi, prowadzili nas z góry zaplanowaną przez siebie trasą.

Pozostaje faktem, że w końcu wędrówki spotkaliśmy przygotowany dla nas „dom” Był to pawilon o kolisto wygiętych, przezroczystych ścianach i dachu, ustawiony na oczyszczonej z drzew, rozległej polanie. Jak obliczył Szu, polanę tę przygotowali Urpianie przed dwoma dniami, a więc gdy jeszcze przebywaliśmy za rzeką.

Pawilon nie był pusty. Wypełniały go liczne sprzęty skopiowane drobiazgowo na wzór sprzętów kosmolotu. Jak się później okazało, to minimum komfortu życiowego zawdzięczaliśmy interwencji Zoe i Lu.

Jakkolwiek nasza sytuacja materialna uległa znacznej poprawie, możliwości ruchu były ograniczone. Zbytnie oddalanie się od pawilonu i błądzenie po puszczy nie należało do przyjemności. O przedostaniu się zaś do miasta nie było mowy. Poszczególne bloki stały jeden przy drugim niby wysoki mur obronny dawnej twierdzy. Żadnej arterii komunikacyjnej ani bramy, żadnych drzwi prowadzących do wnętrza domów. Mogliśmy obserwować przez przezroczyste ściany, co dzieje się na poszczególnych kondygnacjach tych budowli i nic poza tym. Byliśmy w rzeczywistości tak samo odizolowani od świata jak poprzednio wśród dzikich wzgórz. Zoe powiedziała nam później, że choćbyśmy okrążyli całe miasto, nigdzie nie znaleźlibyśmy do niego wejścia.

Przychodziła teraz do nas częściej, przynosząc nowiny dotyczące Urpian i Lu. Zjawiała się w sposób niezwykły, trudny do zrozumienia mimo jej tłumaczeń. Przenikała przez owe niedostępne dla nas ściany, poruszając się znów, jak już to kiedyś widzieliśmy, w sposób niewiarygodnie szybki i gwałtowny. Po przekroczeniu przejrzystego muru biegła jeszcze czas jakiś z taką samą prędkością, a potem nagle wracała do normalnego stanu. Przy powrocie do miasta proces ten powtarzał się w odwrotnej kolejności.

Na nasze pytania Zoe odpowiadała, że w niektórych miejscach ścian dostrzega coś w rodzaju drzwi. Są to prawdopodobnie silne pola, które na krótkie momenty zanikają, ukazują się, znów zanikają itd. Tych „mrugających” niezmiernie szybko drzwi nie może w ogóle zauważyć, a co dopiero przekroczyć zwykły człowiek, odbierający wrażenia znacznie wolniej niż Urpianie. Z chwilą jednak, gdy znajduje się w stanie wzmożenia tempa procesów fizjologicznych i czas płynie dla niego pozornie wolniej, dostrzega te otwory i może przebiec je, zanim się zamkną.

Zoe nie wiedziała, w jaki sposób następowała u niej zmiana tempa procesów życiowych. Podejrzewała, że wiązało się to z działaniem owego przezroczystego stroju, który miała na sobie. Nie chciała jednak dokonywać eksperymentów, a tym bardziej zdjąć go z siebie, gdyż obawiała się, że nie mogłaby później powrócić do Lu.

Nie dziwiliśmy się jej obawom. Wiedzieliśmy z doświadczenia, jakie nieprzyjemne figle potrafią płatać nam Urpianie, jeśli coś nie odpowiada ich woli. Domaganie się zaś od Zoe pozostawienia Lu wśród Urpian byłoby żądaniem nieludzkim. I tak od pewnego czasu żaliła się, że Lu coraz częściej i na coraz dłuższy okres znika.

Właściwie już w piątym tygodniu naszego pobytu pod murami miasta oświadczyła otwarcie, że z Lu dzieje się coś niedobrego. Co prawda, fizycznie i umysłowo rozwijał się normalnie (jeśli w ogóle można mówić o normalnym rozwoju w tempie od trzydziestu do sześćdziesięciu razy szybszym), rósł i stawał się coraz mądrzejszy, ale jednocześnie, zwłaszcza po dłuższej nieobecności, nabierał, jak twierdziła Zoe, jakichś nieludzkich, nieprzyjemnych cech. Nie było to już dziecko pragnące matczynej pieszczoty, igrające niegdyś z Ro i odczuwające potrzebę wypowiedzenia wszystkiego, co przeżyło, lecz baczny obserwator, rzeczowy, zimny krytyk, a nawet zdecydowanie ukształtowana indywidualność, dążąca do narzucenia swej woli innym ludziom. Lu stawał się coraz obojętniejszy wobec matki, coraz bardziej obcy i pozbawiony uczuć ludzkich, a jednocześnie zachowanie jego nabierało wręcz cech urpiańskich. Coraz częściej traktował Zoe jak istotę niższą. Zauważyła również, że zaczyna tak jak Urpianie tkwić nieruchomo przez niepokojąco długie okresy w owych ciasnych, kryształowych salkach.

My ze swej strony podjęliśmy systematyczne próby nawiązania z Urpianami bliższego kontaktu. Nie było to ani łatwe, ani trudne. Widzieliśmy Urpian stale. Zdarzało się również czasem, bardzo co prawda rzadko, iż przenikali przez ściany i przebiegali z ogromną szybkością przez puszczę, zwinnie skacząc z gałęzi na gałąź na swych pięciu kończynach. Jednak wszelkie wysiłki zmierzające do skoncentrowania ich uwagi na tym, co do nich mówimy, czy znakach, za pomocą których usiłujemy się z nimi porozumieć, spełzły na niczym.

Nawet ci, którzy patrzyli na nas, zachowywali się dziwacznie. Zatrzymywali się na moment, potem znów pędzili dalej. W ogóle nie wykazywali zainteresowania naszymi próbami nawiązania kontaktu. Niemałą rolę odgrywało tu różne tempo przeżyć, ale przecież, jak wynikało z opowiadań Zoe, obojętność ta występowała również względem niej.

W związku z tym najbardziej niepokoił nas bliski termin przylotu Astrobolidu. Czy całą ekspedycję czeka ten sam los?

Liczyliśmy tylko na Zoe, a raczej na wpływ, jaki wywierała na Lu. Niestety, wpływ ten kurczył się w zastraszającym tempie, choć nie ustawała w wysiłkach, wykorzystując każde z nim spotkanie. Byliśmy przekonani, że robi, co może.

Mówiła nam, że Lu coś wie o Astrobolidzie, jednak nie chce jej nic powiedzieć. Podobno twierdził wręcz, że nasze obawy, iż Urpianie doprowadzą do zniszczenia ekspedycji, są naiwne, a nawet parokrotnie oświadczył, że powinniśmy być Urpianom posłuszni, a najlepiej na tym ludzkość wyjdzie. Zoe nie dowiedziała się jednak, na czym to posłuszeństwo ma polegać. Z każdą kolejną wizytą była coraz bardziej zdenerwowana i zaniepokojona. Na nasze pytania coraz częściej odpowiadała półsłówkami. Wreszcie w ogóle przestała przychodzić.