Выбрать главу

Życie nasze toczyło się monotonnie, w bezczynnym oczekiwaniu na coś, co ma nadejść.

Tak minęły od ostatnich odwiedzin Zoe dwadzieścia trzy dni juventyńskie, czyli ponad miesiąc ziemski. Nie wiedzieliśmy, co w tym czasie działo się z nią i z Lu. Mogliśmy tylko przypuszczać, że dla nich dwojga upłynęły chyba trzy, cztery lata życia.

Według obliczeń Deana ekspedycja Astrobolidu powinna była już wylądować na Błyskającej. Jak było naprawdę, dowiedzieliśmy się niebawem.

Dwudziestego czwartego dnia juventyńskiego, licząc od ostatnich odwiedzin Zoe, w godzinach popołudniowych, gdy powróciliśmy wszyscy do pawilonu po dłuższym spacerze pod murami miasta, nastąpiło to, czego, się najmniej mogliśmy spodziewać. Gdy Jaro jako ostatni z wchodzących przekroczył pionową szczelinę między przezroczystymi ścianami pawilonu, odnieśliśmy wrażenie, jakby ściany nagle się gdzieś rozpierzchły, i niespodziewanie naszym oczom ukazało się wnętrze… Astrobolidu. Przy pulpicie kierowniczym pantoskopu siedział przewodniczący ekspedycji Andrzej Kraw-czyk i rozmawiał z Korą Heto, która stała w drzwiach obserwatorium. Postacie ich były ogromne, jakby oglądane w stereokinie.

Na ekranie pantoskopu świeciła zielonkawym światłem wielka kula Juventy. A więc Astrobolid nie poleciał za nami na Błyskającą! To było pierwsze nasze radosne spostrzeżenie.

Andrzej i Kora rozmawiali, a do naszych uszu docierała ich rozmowa.

— Źródło sygnałów musi znajdować się gdzieś w pobliżu przylądka — mówił Andrzej. Prawdopodobnie nawet na terenie tego miasta.

— Dlaczego jednak nie przechodzą na wizję, a przynajmniej na samą fonię? — zastanawiała się Kora.

— Widocznie nie mogą. Może kosmolot został na Błyskającej i przylecieli tu w statku gospodarzy układu. Ostatnie meldunki słowne pochodzą sprzed lądowania na Błyskającej.

— Nie bardzo mi się to podoba. Przecież z tej odległości byłby już zupełnie możliwy odbiór emisji nawet nadajników skafandrowych. Wszystko wydaje się dość niepokojące. To długie, blisko pięciomiesięczne milczenie… A teraz znów odezwanie się radiolatarni.

— W każdym razie czekać dłużej chyba nie ma sensu. Niech Wład leci na zwiady z łazikiem jako ubezpieczeniem.

— Nie! — zawołała odruchowo Ast.

— Przecież oni nas nie słyszą — rzucił szeptem do mego ucha Dean. Ale Andrzej i Kora usłyszeli. Odwrócili gwałtownie głowy, oczy ich rozszerzyło zdziwienie.

— Andrzej! — krzyknął Jaro.

— Jaro! Szu! Dean! — zawołał astronom. — Co tu się dzieje?

— A więc naprawdę widzicie nas i słyszycie?

— Zupełnie wyraźnie!

— Gdzie nas widzicie?

— Na środku sali. Jakby niewielki, świecący obłok, a w nim wasze postacie. Nawet sprzęty. Zdaje się, że fragment wnętrza kosmolotu. Postacie wasze są małe, bardzo małe. — To prawdopodobnie urpiańska telewizja — usiłował wyjaśnić Jaro.

— Ale skąd we wnętrzu Astrobolidu?

— Gdyby tylko takie zagadki trzeba było rozwiązywać — westchnął Szu. — Tu cały świat jest jedną wielką niewiadomą.

— Mówże jaśniej, co się z wami dzieje?

— Przede wszystkim nie lądujcie! — zawołałam nerwowo, przypomniawszy sobie słowa Andrzeja. — Te sygnały są nie nasze, to Urpianie wprowadzają was w błąd. Nic ufajcie im. Przyślijcie po nas jakiś zautomatyzowany prom, ale sami nie lądujcie na tej przeklętej planecie.

— Przeklętej planecie? — Andrzej nie mógł zrozumieć, co mam na myśli. Tymczasem na ścianach ukazały się plastyczne obrazy z włączanych kolejno wi-deofonów. Nasi przyjaciele, krewni, koledzy, koleżanki, których nie widzieliśmy już od wielu miesięcy. Oto rozpromieniona szczęściem twarz Tai — matki Szu, oto zawsze opanowany mimo wzruszenia Igor Kondratjew ze swą córką Ziną, oto Will Summer-brock, Nym, Suzy, Wiktor, Rita, Hans… Coraz więcej twarzy… W drzwiach pojawili się Ingrid i Allan.

— Więc wszyscy żyjecie? Jesteście zdrowi? Cóż to za niezwykła telewizja! Co się z wami działo? Gdzie wylądowaliście? Dlaczego nie dawaliście znaku życia? — krzyżowały się pytania.

— Cóż znaczą te wasze brody, długie włosy? Opaski na biodrach?

— Gdzie wasze ubrania? Co to za maskarada?

— Gdzie kosmolot?

— Został zniszczony cztery miesiące temu! Zapanowała na chwilę cisza. — A sprzęty? Przecież to są koje, tapczany i fotele z kosmolotu? — zdziwił się Andrzej.

— Sprzęty zostały odtworzone przez Urpian — wyjaśnił Szu. — Zresztą są one jedynymi przedmiotami ze świata cywilizowanego, z których nam pozwolono korzystać.

— Nie rozumiem.

— Pozbawiono nas wszystkiego! — wybuchnął Jaro. — Te sprzęty to też dopiero niedawno… Przedtem żyliśmy zupełnie jak ludzie pierwotni. W dzikiej puszczy. Nadzy, bezbronni… Gdyby nie Lu…

— Co za Lu?

— Syn Zoe.

Spojrzałam odruchowo na Allana. Twarz jego jakby zszarzała.

— Zoe ma syna? Z kim?

Pytanie padło z ust Renego, który już dłuższą chwilę stał wraz z Władem w drzwiach, patrząc na nas z ogromnym zdziwieniem. Zaległo kłopotliwe milczenie.

— Gdzie jest Zoe? Gdzie jest moja córka? — przerwał ciszę głos Ingrid.

— Zoe jest wśród Urpian — powiedział Jaro jakby z wysiłkiem. Zobaczyłam strach w oczach Allana. Nie odezwał się jednak słowem.

— Wśród Urpian?! Z niemowlęciem? — zawołał Rene. — Kto jest ojcem tego dziecka? Chyba możecie mi to powiedzieć!

— Lu jest synem Zoe i Szu — odpowiedziała nieco drżącym głosem Ast. — Ale to nie ich wina. To te idiotyczne eksperymenty Urpian!

— Jakie eksperymenty? O czym wy mówicie?!

— To długa historia — podjął Jaro. — Straciliśmy wszystko. Jak wiecie, najpierw nastąpiła katastrofa RER. Z przyczyny tego robota, który nam kiedyś uciekł. Potem kosmolot został zniszczony, już tam, na Błyskającej. Urpianie przenieśli nas tu, na Ju-ventę, ale przy okazji zabrali skafandry, ubrania. Słowem, wszystko. Doprowadzili nas do stanu pierwotnego. Potraktowali jak zwierzęta…

— Nie lądujcie tu! Nie lądujcie! — dorzuciła Ast. — Trzeba jak najszybciej stąd odlecieć!

— Najpierw musimy odnaleźć Zoe — powiedział Andrzej, siląc się na spokój.

— Oczywiście. Lecz działajcie tylko poprzez łaziki. Boję się… Ast urwała.

— Czego się boisz?

— Czy Zoe zechce opuścić Lu?

— Przecież niemowlęcia nie zostawimy Urpianom!

— To nie jest już niemowlę. Lu w tej chwili może poziomem rozwoju fizycznego dorównywać kilkunastoletniemu chłopcu. A umysłowo… to w ogóle wielki znak zapytania. On jest dla Urpian po prostu obiektem eksperymentalnym! Chcą, zdaje się, przekształcić go w Urpianina o ludzkim ciele. Człowieka wychowanego na swój obraz i podobieństwo. Wyobraźcie sobie, że obdarzyli go nawet zmysłem radiowym!

Nasi towarzysze z Astrobolidu nie byli jednak zupełnie przygotowani do przyjęcia takich nowin. Dla nich to, co mówił Jaro, oraz fakt, że my słuchamy tego z milczącym potakiwaniem, było zupełnie niezrozumiałe.

— A więc to niemowlę, ten Lu, to już… już prawie dorosły mężczyzna? — zapytała jakimś dziwnym tonem Kora. — Kiedy on się urodził?

— Cztery miesiące temu!

Widziałem, jak Kora i Andrzej spoglądają na siebie znacząco.

— Ależ to nieporozumienie! — zawołałam. — Nie uważajcie nas za wariatów! W krótkich słowach usiłowałam wyjaśnić sytuację. Początkowo nie chcieli wierzyć. Dopiero Kora jako fizjolog potwierdziła, że pewne przyspieszenie tempa życia, biorąc teoretycznie, może być osiągnięte, jednak metody i zakres jego stosowania przez Urpian wydają się zupełnie fantastyczne.