W czasie tej dyskusji Wład zachowywał się bardzo niespokojnie. Podchodził raz po raz do Renego, Ingrid, do Andrzeja, wreszcie znikł.
— Czy możecie podać choćby w przybliżeniu jakieś dane dotyczące waszego położenia planetograficznego? — Andrzej zmienił temat.
— Z niedużą dokładnością mogę określić szerokość — odparł Dean. — Według moich obliczeń znajdujemy się na trzydziestym szóstym stopniu szerokości północnej.
— Czy możesz zmierzyć wysokość Tolimana nad horyzontem?
— Owszem. Już pędzę.
Dean wybiegł z pawilonu na polanę, gdzie wysoki słup wkopany w ziemię służył mu za gnomon. Wkrótce powrócił.
— Około dwudziestu pięciu stopni nad horyzontem — oświadczył od progu.
— Pora dnia?
— Południe.
Andrzej przebiegł palcami po klawiaturze.
— W tym samym miejscu, skąd biegną sygnały! — powiedział po chwili. — To chyba jest największe miasto Juventy.
— W mieście tym znajduje się wieża ogromnych rozmiarów. Czy ją widzicie?
— Oczywiście! W jakim położeniu znajduje się ona od was?
— Mniej więcej na północo-zachód.
— To wystarczy.
Andrzej pospiesznie połączył się z Władem.
— Możesz startować? Prowadź łazika wprost na radiooznacznik! Później szukaj ich na południo-wschód od wieży!
— Już się robi! — oczy Włada zabłysły. Obraz rozpłynął się we mgle.
— Wilia! Przygotuj prom do startu — wydał nowe polecenie Andrzej.
— Nie możecie wylądować! — ostrzegała Ast. — To bardzo ryzykowne.
— Wiktor będzie prowadził prom zdalnie — wyjaśnił Andrzej. — Sądzę, że nic można zwlekać. Wład ma rację!
— Myślicie, że ich zaskoczycie? — zaśmiał się ponuro Dean. — Oni z góry przewidują każdy nasz ruch!
— Nie przesadzaj — zaoponował Rene, ale w głosie jego nie było już takiej pewności siebie, jak w czasie dawnych sporów z Deanem.
— Przecież nas obserwują! — wtrąciłam dla poparcia Deana.
— Wszystko jedno — przerwał Andrzej. — Niech sobie widzą i przewidują. Jeśli radiolatarnia wskazali nam miejsce waszego pobytu i użyczyli swoich telewizorów, to chyba jasne, że chcą, abyśmy połączyli się w jedną grupę.
— Przecież to jest wyraźny dowód ich dobrej woli — dorzuciła Ingrid.
— Nie wiem — odparł Jaro. — Może chcą was ściągnąć na Juventę i zamienić w króliki doświadczalne tak jak nas.
— Nie! Nie! Był to okrzyk Zoe.
Stała w progu pawilonu, blada i wysmukła, w swym dziwnym, obcisłym stroju. W jej czarnych, niemal kruczych włosach widniały wyraźnie siwe pasma.
— Zoe! — zawołała Ingrid radośnie. — Jak ja się cieszę! Powiedz, co z tobą było?
— Mamo — odrzekła Zoe dziwnie obojętnie. — Cieszę się, że cię widzę… i ojca… I was wszystkich…
— Co z tobą było? — powtórzyła Ingrid i naraz spostrzegła, że wzrok Zoe przesuwa się z twarzy na twarz. — Ty widzisz?
— Widzę, mamo! Oni oddali mi moje oczy.
— A wy mówicie, że oni są źli, podstępni, złośliwi — wybuchnęła Ingrid. — Moja córka dzięki nim widzi! Czy to nie cudowne? Powiedzcie! Powiedzcie!
— Chciałabym do was wrócić. Do Astrobolidu — przerwała Zoe jakoś szorstko.
— A ten twój Lu? — zapytał Rene.
— Lu też wróci na Ziemię. Będzie tam miał dużo do zrobienia. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze musi przez pewien czas pozostać wśród Urpian. To nie będzie trwało długo… — dla nas. Kilka miesięcy…
— Co się z tobą dzieje? — zawołał rozpaczliwie Jaro, podbiegając do Zoe.
— Nic. Już nic. Już po wszystkim… Teraz wiem… Czuję… Spojrzała na niego spokojnie, badawczo.
— Ach to ty? Allan… Jesteś tu — ściągnęła brwi. — Ty mnie zawsze kochałeś… szczerze… A ja? No cóż? Jeśli Lu nam każe…
— Co ty mówisz?
— Ona jest chyba obłąkana — usłyszałam czyjś szept. Lecz Zoe nie zwracała na to uwagi. W tej chwili zdawał się dla niej istnieć tylko Allan.
— Pytałeś mnie, co będzie z nami — powiedziała z powagą. — Czy kiedyś zostanę twoją żoną?
— Ależ ja nie pytałem!
— Pomyślałeś jednak. A to wszystko jedno dla mnie… teraz…
Osiem godzin później byliśmy już wszyscy sześcioro w Astrobolidzie. Po raz pierwszy od wielu miesięcy ustąpiła jakby na plan dalszy świadomość nie znanej groźby wiszącej nieustannie nad naszymi głowami.
Czy było to jakieś realne poczucie bezpieczeństwa? Na pewno nie. Sytuacja, w jakiej znajdowała się ekspedycja, pozostawała nadal nie wyjaśniona, a mogła być bardzo poważna. Poprawiło się tylko nasze samopoczucie w związku z powrotem do ludzkiego, znanego nam dobrze, cywilizowanego świata. Po raz pierwszy od roku zjadłam normalny obiad. Po raz pierwszy od wielu miesięcy wykąpałam się w czystej jak kryształ wodzie naszego basenu. Po raz pierwszy od wielu miesięcy uczestniczyłam w odbiorze audycji nadanej z Ziemi.
Na wypoczynek i beztroskę mieliśmy jednak niewiele czasu. Trzeba było poważnie naradzić się nad sytuacją i dalszymi krokami, jakie należało podjąć.
Zebrali się wszyscy w klubie. Przed naradą Kora i Rene przeprowadzili za pomocą medautomatu szczegółowe badania stanu psychicznego Zoe. Poddawała się chętnie wszelkim próbom i doświadczeniom. Jakkolwiek niektóre zjawiska występujące u niej trudno było zaliczyć do naturalnych, żadnych objawów choroby umysłowej nie stwierdzono.
Opowiedziała nam szczegółowo o tym, co się z nią działo w ostatnim okresie.
— Kilka lat temu, jeśli mierzyć czas intensywnością odbierania wrażeń, Lu stał się wobec mnie zimny i szorstki. Coraz trudniej było mi go zrozumieć. Mówiąc do mnie połykał prawie całe fragmenty zdań. Widocznie wypowiadał je elektromagnetycznie. Na moje prośby, aby częściej przychodził do naszego pokoju i okazywał mi więcej serdeczności, odpowiadał, że ja zachowuję się jak Ro i że muszę się zmienić, jeśli chcę zrozumieć swego syna. Gdy mówił o Urpianach, wyczuwałam w jego głosie po-dziw i oddanie. Pewnego razu powiedział mi, że Urpianie postanowili zmienić moją psychikę. Dał mi przy tym do zrozumienia, że jest to jego inicjatywa i powinnam traktować ją jako dowód przywiązania do mnie. Potem kazał mi iść za sobą.
— I poszłaś? - zapytał Rene. — Nie bałaś się?
— Bałam się bardzo, ale… chciałam być razem z Lu. Wprowadził mnie do niedużego, zamkniętego pomieszczenia przypominającego owe kabiny, w których Urpianie tkwią całymi dniami. Pomieszczenie to wypełnił wkrótce mleczny opar. Możliwe zresztą, że oparu wcale nie było, tylko mój mózg odbierał fałszywe informacje. Tak czy inaczej wszystko wokół rozmazało się i znikło. Czułam tylko, że czaszki mojej dotykają jakieś zimne, twarde ostrza. Całe ciało ogarnął paraliż.
Usłyszałam głos Lu: — Niech się mama nie boi. Niech mama tylko myśli o tym, co widzi. — W tej samej chwili mgła pierzchła i ujrzałam przed sobą otwartą, pustynną przestrzeń. Ale trwało to krótko. Przestrzeń wypełniły wielkie, przezroczyste bloki jakichś budowli, potem miejsce ich zajęli Urpianie, to znów czteropalczaste ręce. Ukazywały się, znikały jakieś rysunki, schematy, wykresy, potem napisy w ludzkim języku Zetha.
Jednocześnie przez mózg mój przebiegały myśli zupełnie niezależne od woli w sposób uporczywy, natrętny. Niektórym napisom, obrazom i myślom towarzyszył jakby wstrząs elektryczny przebiegający przez ciało. Było to nieprzyjemne, męczące uczucie. Mimo to powoli oswajałam się z tym wszystkim. Zaczynałam stopniowo rozumieć, kojarzyć obrazy z pojęciami ludzkimi i impulsami. Ale to trwało krótko. Szybko ogarniało mnie zmęczenie, w głowie czułam coraz większy chaos.