Od chwili opuszczenia Astrobolidu aż do wejścia i usadowienia się w przezroczystej „szpuli” otaczały nas obłoki jakby rzadkiej mgły, zastępujące skafandry. Podobny obłok widzieliśmy już poprzednio, gdy Lu przybył do nas po raz pierwszy.
Miasto Zespolonej Myśli było ogromnym skupiskiem kryształowych budowli. Niby tysiące tęczowych baniek na powierzchni przezroczystego płynu piętrzyły się one na równinie z jakąś zawiłą symetrią.
Dziwne to było miasto. Nigdzie nie mogliśmy dostrzec żadnych arterii komunikacyjnych ani nawet wąskich „uliczek”, spotykanych tak często wśród zespołów budowli przemysłowych na Błyskającej. Kryształowe gmachy stykały się ze sobą, nawet wznosiły jedne na drugich, a „spojenia” ich zarastały wąskie pasy roślinności, najczęściej o żółtych i zielonych, rzadziej pomarańczowych barwach.
Nie dostrzegliśmy żadnych urządzeń transportowych. W czasie kilkuminutowego lotu nad miastem udało nam się sfilmować zaledwie dwie postacie Urpian, poruszające się szybko w powietrzu bez jakichkolwiek aparatów silnikowych.
Całe miasto miało kształt ogromnego koła, otoczonego gęstym lasem. W centrum tego koła wznosiła się gigantyczna wieża. Jej skośne, kryształowe ściany załamywały promienie Tolimana, grając tęczową gamą barw. Środkowa część wieży wypełniona była czymś, co przypominało zwoje przewodów, łączonych różnej wielkości kulami i foremnymi ośmiościanami. W owych przewodach i kulach, jak to zaobserwowaliśmy jeszcze z Astrobolidu, poruszały się wielobarwne światełka, przykuwając w nocy wzrok fantastyczną wizją.
Nasza latająca „szpula” okrążyła ogromną budowlę i zatrzymała się na poziomie przedostatniej kondygnacji. Jakaś niewidzialna siła pociągnęła pojazd ku wieży. W chwili zetknięcia z kryształowymi blokami rozpłynął się, wchłonięty przez jej ściany.
Znaleźliśmy się niespodziewanie na środku pięciokątnej sali. Architektura była tu prosta, niemal surowa. Za przezroczystymi ścianami roztaczał się niezmiernie rozległy widok na miasto. Wypełniało ono przestrzeń niemal aż po widnokrąg, zamknięty ciemnym pierścieniem puszczy.
Staliśmy pośrodku sali, nie wiedząc, co z sobą począć. Lu, oparty o ścianę, z przymkniętymi oczami, zdawał się drzemać.
Czas upływał, a nikt się nie zjawiał. Czuliśmy, jak wzrasta w nas niepokój. Wreszcie Andrzej nie wytrzymał nerwowego napięcia. Podszedł do Lu i, kładąc mu dłoń na ramieniu, zapytał:
— Gdzie są Urpianie?
— Wszędzie — odparł Lu, nie otwierając oczu.
— Chcielibyśmy ich widzieć. Przecież nie po to tu przylecieliśmy, żeby rozmawiać z pustymi ścianami. Lu uniósł powieki.
— Zaraz ich zobaczycie. Zdejmijcie jednak hełmy. Niewiele wam pomogą, a utrudniają kontakt.
Wymieniłam z Korą znaczące spojrzenia. A więc jednak owa telepatia związana jest z kontrolą prądów czynnościowych mózgu.
— Jeśli boicie się, wystarczy, że zdejmie hełm Andrzej — odezwał się znów Lu, widząc nasze wahanie.
Andrzej bez słowa wykonał polecenie.
W tej samej chwili sufit jakby się rozwarł i na podłogę spłynęła mała trójnoga postać o ciele pokrytym szarym puchem. Z dużej, spłaszczonej głowy patrzyło przenikliwie dwoje szeroko rozstawionych oczu. Długie, sięgające niemal ziemi ręce o pięciu prze gubach zwisały nieruchomo. Tylko cztery przeciwstawne palce u każdej dłoni poruszały się szybko, zataczając jakieś zawiłe, niewidzialne linie.
— Wobec tego, że nie chcecie mego pośredniczenia, odchodzę! — powiedział Lu.
— Czekaj! — zaniepokoił się Andrzej. — W jaki sposób z nim się porozumiemy?
— Przygotowali zespół translatorów. Chcieliście tego.
— To oni już wiedzą?
Lu uśmiechnął się z satysfakcją.
— Oni bardzo wiele wiedzą.
Zanim zdążyliśmy się obejrzeć, Lu gdzieś znikł i zostaliśmy sami z Urpianinem.
— Chcielibyśmy… — rozpoczął Krawczyk, lecz urwał, bo Urpianin wpatrzył się w jego twarz i astronom odczuł jakby zawrót głowy.
— Życzenie spełnione — popłynął skądś melodyjny głos, przypominający głos Zoe. — Nie będzie badań, eksperymentów. Życzenie niezrozumiałe. Lęk niezrozumiały.
— Również chcielibyśmy, aby… — podjął Andrzej.
— Przystosowano nasze tempo do waszego.
Urpianin nie spuszczał badawczego, spokojnego spojrzenia z Andrzeja. — Nie wszystkie wasze myśli zrozumiałe — popłynął znów głos z niewidocznego głośnika. — Nie wszystko można przetłumaczyć. Zrozumiałe myśli i słowa o prostych czynnościach i pojęciach konkretnych, znanych nam i wam. Wiele pojęć ogólnych, złożonych, specyficznych dla was — bezużytecznych jako środek konwersacji. Mówcie i myślcie prostymi słowami. Ułatwi porozumienie.
Zamilkł na krótką chwilę. Tak krótką, że zanim Andrzej zdążył coś powiedzieć, znów rozległ się głos:
— Nie chcecie przekształcenia i rozwinięcia waszych umysłów? Nie chcecie dać nowego pokolenia?
— Zrozumcie, że…
— Rozumiemy. Wszystko, co mówiliście do Lu i między sobą, nam znane. Nie rozumiemy ciągu myślowego. Dużo luk.
— A wy? — odezwała się Kora.
— Zawsze „tak”, jeśli będzie to doskonalenie…
— O czym myślałaś? — zapytałam Korę, nie mogąc zrozumieć treści rozmowy. Jednocześnie ogarnął mnie niepokój, bo uświadomiłam sobie, że jednak Urpianie potrafili odczytać jej myśli, mimo iż miała na głowie hełm.
— Myślałam, czy oni zgodziliby się na eksperymenty i przekształcenie swego społeczeństwa — wyjaśniła szeptem Kora i zwracając się do Urpianina, powiedziała:
— Właśnie nam również o to chodzi, aby istotnie doskonalić, nie cofać się lub schodzić na fałszywe szlaki.
— Jak pojmujecie doskonałość? Bez przeobrażenia waszych struktur mózgowych? Bez spotęgowania sprawności przez dublomózgi? Połączyć je z obwodami Pamięci Wieczystej, a nie pełzałyby w nich wątpliwości.
— Byłoby to narzucenie nam waszego sposobu myślenia. Nic więcej.
— Boicie się. Mówicie: to nie nasz sposób myślenia. Mówicie: ludzkość rozwija się w innych warunkach. Warunki też można zmienić.
— Jeszcze by tego brakowało! — nie wytrzymałam.
— A Temidzi? — podjął Andrzej. — Przystosowaliście im warunki do potrzeb i co się stało? Zatrzymali się w rozwoju! Są żywym reliktem.
— To przeszłość. Nie wszystkie próby ich ratowania były udane. Nasi przodkowie mogli się mylić. Dziś inaczej.
— Dlaczego Temidów…
— …nie udoskonalamy teraz? Obiekt niegodny wysiłków. Bardzo tępe, prymi-tywniejsze od was istoty. Potrzeba naturalnej ewolucji. Warunki wkrótce zapewnimy. Ale nic poza tym. Synteza chromosomalna. Nie potrafią zrozumieć. Trzeba przekształcić. Całkowicie. Zbyt zawiłe. Za daleko. Pyły autosterowane nie wystarczą.