— Jakie stanowisko w tej sprawie zajmował dotychczasowy sekretarz Światowego Komitetu Obrony Ludzkości, Tom Mallet?
— Usiłował pogodzić oba kierunki.
— Jakie wyjście z sytuacji widzi Organizacja Obrony Wolności?
— Na razie całkowitą ewakuację Ziemian. Równocześnie trzeba zbadać istotę działania mido i przyjąć jego metody walki z krzemowcami. Pomoc Urpian chcemy ograniczyć do działania pośredniego. Nie zgadzamy się na tworzenie inspirowanego przez nich ośrodka kierowniczego. Wprawdzie zdaniem załogi Astrobolidu zbudowanie Pamięci Wieczystej jest niezbędne, aby walkę doprowadzić do zwycięstwa, ludzie ci są jednak niewątpliwie pod silnym, choć niedostatecznie wyjaśnionym wpływem Urpian. Być może działają w transie.
— Kiedy spodziewane jest przybycie Astrobolidu?
— Za cztery miesiące.
— Jakie zadania stawia sobie Organizacja Obrony Wolności na najbliższy okres?
— Przeszkodzić budowie Centralnego Ośrodka Kierowniczego. I Io przeszkodzić za wszelką cenę, przynajmniej do chwili powrotu wyprawy międzygwiezdnej. Wtedy wiele rzeczy się wyjaśni, a przede wszystkim osobisty kontakt z astronautami pozwoli ocenić, czy ludzie ci nie działają pod przymusem psychicznym Urpian. Domagamy się, aby w ciągu kwartału przynajmniej wszystkie dzieci przewieziono na Wenus. Dorosłych będziemy ewakuować w miarę technicznych możliwości. Poza tym zobowiązaliśmy się powiadamiać opinię publiczną o wszystkich naszych zamierzeniach i czynnościach.
— Czy mogą nastąpić zmiany w komitecie?
— Na razie nie jest to przewidziane. Zresztą w skład komitetu wchodzą osoby zasłużone, które niewątpliwie działają w dobrej wierze. Kto wie, czy większość ludzi nie stanęłaby po ich stronie.
WIELKI MILCZĄCY
— Jest!.. Jest! — zabrzmiał podniecony głos Franka. Rem pochyliła się nad ekranem.
— Przypatrz się. Przecząco potrząsnęła głową.
— Nie widzę. Pokaż, gdzie? Franek przesunął dłonią po płytce ekranu i obraz nabrał kontrastowych barw.
— Tu — powiedział już spokojnie. Po chwili zastanowienia dodał:
— Chyba się nie mylę. Myślisz, że to skała? Z kolei Rem zaprzeczyła.
— Wykluczone. Oczywiście, że on. Już na pierwszy rzut oka widać duże podobieństwo do bloku Rama Gori.
— Może nawet to ten sam egzemplarz?
— Chyba nie. Masa mniejsza o połowę, a struktura krystaliczna warstwy powierzchniowej, choć zbliżona, różni się od tamtego okazu.
Rem zamyśliła się. A więc to dziwne spotkanie wreszcie nastąpiło. Gdy tylko powstało przypuszczenie, że natknęli się na Silihomida, nie dopuszczała myśli, aby to mogła być nieprawda. Koniecznie chciała ujrzeć rozumnego krzemowca z jakiejś ogromnie dalekiej planety, nie znanej żadnemu człowiekowi. Tego, który miał za sobą podróż międzygwiezdną, zapewne liczącą bardzo wiele lat świetlnych, i przeleżał ponad sto milionów lat w ziemi sam, skamieniały, okryty skalną powłoką jak wiekiem trumny. Tego, który powrócił do życia po to, aby wygubić życie na Ziemi.
Rem wiedziała, że wcale nie musi to być właśnie ten, który najpierw podróżował skroś próżni, potem leżał w ziemi i wreszcie powstał, aby wydać wojnę ludziom. Podejrzewano już wówczas, że owym Silihomidem był rzekomo ukradziony sprzed instytutu profesora Rama Gori w Antarktydzie blok i że on właśnie, szykując napad, nie tylko wyprodukował nieprzeliczone zastępy posłusznych sobie krzemowych mikrobów, lecz także rozmnożył się na tyle, iż zespoły mido notowały grasowanie większej liczby tych stworów. Dla Rem wszakże był to zawsze on, jeden jedyny sprawca powszechnego ludzkiego nieszczęścia. Ten, który rozpoczął walkę i na razie odnosił w niej same sukcesy.
Rem wpatrywała się w ekran z podziwem i lękiem. Odruchowo, jakby szukając obrony przed potworem, przytuliła się do Skiepurskiego. Dopiero gdy poczuła usta Franka na swoich, cofnęła się powoli, ale stanowczo, opierając dłonie na jego ramionach.
— Rem… — wyszeptał Franek z nutą żalu, a może i gniewu. Za chwilę powiedział nieco spokojniej:
— Rem… Dlaczego tak? Zapomniałaś wyspę nad Ahaggarem?
— Nie. Nigdy nie zapomnę — odparła szczerze.
— Źle ci było ze mną? — indagował w dalszym ciągu. Zniecierpliwiła się.
— Widzisz… Było mi bardzo dobrze. Ale po co zmuszasz mnie do akcentowania tego.
— Czy to się nie może powtórzyć? — spytał z niemą prośbą w oczach.
— Teraz nie — powiedziała prawie z wysiłkiem.
— Więc kiedy? — nie ustępował.
— Och, nie męcz mnie. Sądziłam, że jesteś subtelniejsży. Czyżbyś chciał, abym żałowała tamtego? A przecież to było piękne…
— Nie kochasz mnie — powiedział niemal do siebie.
— Nie — odparła krótko, niechętnie. Po chwili dodała miękko:
— Czemu zmuszasz mnie do takich wynurzeń?
— Ja wiem, że kochasz Bera — rzucił z żalem.
— Chyba tak — powiedziała w zamyśleniu.
— Czy tylko chyba? — podchwycił Franek. Spoważniała.
— Wyznałam to bardzo szczerze. Na pewno kochałam go czternaście lat temu.
— Tak dobrze pamiętasz?
Rem nie dostrzegła rozdrażnienia w głosie Franka. Odparła natychmiast:
— O, pamiętam każdy dzień!.. To było najpiękniejsze pół roku w moim życiu. Skończyło się niepotrzebnie. Przez mój kaprys czy fałszywą ambicję, już sama nie wiem. Ale nie zmuszaj się…
Umilkła nagle, przerywając w pół zdania. Bo oto tajemnicze coś na ekranie drgnęło nieznacznie i leniwym ruchem jakby uniosło się ku górze.
— Porusza się — wyszeptała Rem z przejęciem.
— Chyba oddycha.
— Wątpić. Raczej początek kolejnego ożywienia. Jeśli potrwa ono tak długo, jak to zaobserwowali odkrywcy, powinniśmy dotrzeć tam, zanim znieruchomieje.
— No to lećmy. Nie ma chwili do stracenia. Osiemset kilometrów… — Franek popatrzył na mapę.
Baza naukowa do wstępnych badań znaleziska została zainstalowana tysiąc osiemset metrów od żywego bloku odkrytego przez studentów. Położona była przez latający dźwig za niewysokim pagórkiem, mającym chronić uczonych przed zagrożeniami ze strony potwora. Przywiezione helikopterami transportowymi cztery pancerne pojazdy gąsienicowe, zdalnie sterowane przez badaczy, otaczały półkolem płytkie zagłębienie skalne, z którego wyrastał kilkunastometrowy obelisk przypominający surowy kamienny monolit, przygotowany do obróbki rzeźbiarskiej.
W zapadającym zmroku szarawe cielsko oświetlone z czterech stron reflektorami z wolna pęczniało.
Ber, śledzący z napięciem niezwykłe zjawisko na ekranach monitorów, odwrócił głowę, słysząc dźwięk rozsuwanych drzwi.
— Jesteś pewien, że to Silihomid? — spytał Franek bez wstępów, podchodząc do Bernarda.
— W każdym razie biokrzemowiec — stwierdził Kruk. — O jego rozumności nie przekonaliśmy się dotąd.
— Bardzo przypomina blok Rama Gori — zauważyła Rem oglądając z napiętą uwagą parametry wyświetlane na tablicy zbiorczej. — Myślę, że alternatywą byłoby tylko narzędzie sterowane przez krzemowy Rozum.
— Zobaczymy, co powie Bandore. Ma tu być za kwadrans. Jak na warunki polowe zgromadziliśmy sporo sprzętu badawczego i sądzę, że powinniśmy dojść do pewnych konkluzji.
— Czy robiliście już jakieś doświadczenia?
— Nie chcę podejmować ryzykownej decyzji. Nie powinniśmy zrobić niczego, co mogłoby być uznane przez tego stwora za oznakę wrogości. Być może uda się nawiązać kontakt z kosmitą. Najwięcej do powiedzenia ma tutaj Bandore.