Выбрать главу

— Kontakt to mrzonki — rzucił sarkastycznie Franck.

— Nie powiem. Oczywiście, czy dojdzie do kontaktu i w jaki sposób, nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć. Ale musimy się liczyć z taką możliwością, gdyż może ona stworzyć szansę znalezienia płaszczyzny porozumienia czy czegoś na kształt kompromisu.

— Jesteś niebezpiecznym głupcem — wybuchnął Skiepurski. — Tu nie może być kompromisu. To jest walka na śmierć i życie.

— Bez eksperymentalnego sprawdzenia reakcji na działanie różnych bodźców nie będziemy w stanie stwierdzić, czy jest to rzeczywiście Silihomid — odezwała się Rem, próbując sprowadzić rozmowę na właściwy temat.

— Możemy sprowokować go do nowych działań niszczycielskich — zauważył Ber.

— Boisz się o własną skórę? — zapytał Franek złośliwie.

— Wiesz, że tak nie jest. Podejrzewam nawet, iż ten stwór nie jest zdolny do samodzielnej napaści. I w tym cały problem. Gdyby ryknął, machnął ogonem, pluną) lawą, bluznął płomieniem, sprawa byłaby prostsza.

— Gdyby… — powtórzyła Rem, nie odrywając wzroku od wykresów. — Myślisz, że on nie może?

— Może za to spopielić całą Ziemię. Jeśli nie zmusimy go do rezygnacji z tych szatańskich planów — zawołał Franek porywczo. Rem spojrzała na niego. W głęboko osadzonych piwnych oczach gorzała pasja czynu. Przez chwilę wyobraziła sobie nawet, że pasja zemsty, lecz to było złudzenie. Franka pochłaniał bez reszty cel, dla którego tu przybył. Chciał zabrać Silihomida. Chciał zmusić do uległości tego niezrozumiałego mocarza. Spokojne, ściągnięte rysy twarzy Franka znamionowały odwagę. Rem uczuła, że zazdrości mu tej odwagi.

Przeniosła wzrok na ekran monitora, który przekazywał obraz monolitu widzianego przez kamerę pojazdu pancernego z odległości zaledwie kilku metrów.

Kto miał rację: Ber czy Franek? — zastanawiała się Rem. — Gdyby Silihomid był najbardziej drapieżną bestią błyskającą ślepiami, szczerzącą kły, pokazującą pazury, ba! — gdyby nawet był wypluwającym ogień smokiem, właśnie takim, jakim kiedyś straszono dzieci, nie budziłby grozy. Bo cóż znaczy krwiożerczy lew i smok ognisty wobec chociażby tylko miotacza plazmowego zdolnego stal zamienić w parę?

Teraz nie było najmniejszej pewności, że ludzie panują nad tym, co mają. Ze gdyby trzeba było użyć broni, wywrze ona pożądany skutek; że nie ugodzi w nich samych. Nadto nie było wolno — przynajmniej w tej fazie badań — podejmować żadnych poczynań mogących spowodować śmierć Silihomida. Zostało to postanowione jako kardynalna zasada postępowania, oczywiście czyniąc przedsięwzięcie znacznie bardziej niebezpiecznym. Wydawało się, że wszelkie środki chemiczne paraliżujące nerwy i mięśnie węglowców mogły być obojętne dla istot krzemowych. Celowość oddziaływania prądem elektrycznym pozostawała również pod znakiem zapytania.

Beczkowaty kształt zmienił barwę na brunatnopiaskową. Prawie już się nie poruszał. Jedynie wolne, nieregularne wydymanie się tego cielska w górę i na boki świadczyło o istnieniu życia w tej bardzo dziwnej sylwetce.

Silihomid w niczym nie przypominał jakichkolwiek ziemskich organizmów żywych. Nawet jego ruch sprawiał wrażenie działania jakiegoś mechanizmu czy też nadymania powłoki balonu. Teraz było jasne, dlaczego tak długo nie udało się go wytropić. Z powodzeniem mógł być błędnie rozpoznany na niejednym zdjęciu jako skała, zabłocony rurociąg, wielka stara beczka, agregat jakiejś maszyny, lecz w żadnym razie żywa istota.

Silihomid od kilkunastu minut miarowo, coraz wolniej się przypłaszczał.

— Zróbmy coś wreszcie — usłyszała głos Franka. — Jak długo będziemy stać bezczynnie nad tą bryłą krzemowego mięsa? Kamienny potwór trwał teraz nieruchomo, obcy i groźny w swej milczącej potędze.

— Cofnijcie maszyny — nagle rozległ się za nimi głos Bandorego. Obejrzeli się. W drzwiach stał egzobiolog.

— Czy coś się stało? — zapytała z niepokojem Rem.

— Jeszcze nie. Ale nie widzę potrzeby ciągnąć tygrysa za ogon — powiedział Bandore uspokajającym tonem.

— Właśnie na ten temat dyskutowaliśmy — oznajmił Ber, po czym pokrótce streścił przedmiot sporu.

Po wysłuchaniu relacji i zapoznaniu się z wynikami analiz komputerowych egzobio-log stanął na stanowisku, że eksperymenty zmierzające do skłonienia potwora, aby choć trochę ujawnił swe oblicze, są konieczne, ale nie należy ich przeprowadzać w warunkach ziemskich.

— Musimy uniknąć za wszelką cenę takich reakcji, które sprowokowałyby jeszcze większe nasilenie kataklizmów, jeśli się okaże, iż to jest rzeczywiście Silihomid. Najkorzystniejsze w tych warunkach byłoby odcięcie go od zaplecza bakterii krzemoorganicz-nych, czyli narzędzi jego działania — Bandore zaczął podsumowywać swe wywody. — Z dotychczasowych obserwacji zdaje się wynikać, że aktywność stwora nasila się cy-klicznie. Myślę, że wchodzimy teraz w kilkugodzinny okres obniżonego metabolizmu, a może nawet pewnego rodzaju letargu. Jeśli tak jest, przy zachowaniu daleko idących ostrożności może udać nam się przetransportować go na najbliższy kosmodrom, a stamtąd przesłać na odległą orbitę okołoziemską.

Jeżeli zdołamy ten plan zrealizować, znajdziemy się w położeniu o tyle korzystnym, że tak czy inaczej otworzą się nowe możliwości przejęcia inicjatywy w tej bezpardonowej walce. Jeśli bowiem nawet nie uda się nam nawiązać kontaktu z krzemowym Rozumem i skłonić go do jakichś ustępstw, możemy go bądź wysłać w przestrzeń międzygwiezdną — co uważam za najgorsze rozwiązanie, gdyż grożące w niewiadomej przyszłości zagładą innym ożywionym planetom — bądź skierować na Słońce, gdzie znajdzie grób w jego ogniowym huraganie i nikomu już nie zaszkodzi. Istnieje również pewne prawdopodobieństwo — choć, niestety, osobiście w to wątpię — że jest to ten sam twór, który znalazł Rama Gori, tyle że przeobrażony strukturalnie w ostatnich latach. Pozbawienie armii silikoków kierownictwa otwarłoby przed nami możliwość zwycięstwa.

Logice tych wywodów nie można było nic zarzucić. Rem zaproponowała, aby jak naj-spieszniej uzgodnić z Komitetem Obrony Ludzkości szczegóły wywiezienia domniemanego Silihomida w przestrzeń okołoziemską, kiedy Franek przerwał jej w pół słowa:

— Komitet… Co u licha: przecież wszyscy należymy doń! A że nas tutaj zbyt mało, aby tworzyć quorum? Opamiętaj się, sytuacja nie jest do radzenia, tylko do działania. Chcecie się doczekać, że ten diabeł albo nam ucieknie, albo się popisze od strony, z której tak dobrze go znamy?…

Rem przyznała mu rację, a Ber i Bandore poszli za jej przykładem. Pozostało więc przystąpić do działania. Helikopter, który przywiózł bazę służącą im teraz za pomieszczenie i względnie bezpieczny schron, mógł przetransportować Silihomida. Ber upew-nit się tylko, że stosunkowo bliski saharyjski kosmodrom frontowy jest czynny, na razie nie zagrożony przez silikoki i dysponuje odpowiednią rakietą transportową. Tymczasem Bandore porozumiał się z centralą pozaziemskich baz naukowych, aby znaleźć odpowiedniego sztucznego satelitę, który mógłby przyjąć tak niecodzienny i ryzykowny ładunek. Wybór padł na Szarotkę. Ten nowy sztuczny obiekt kosmiczny mający obszerne, świetnie wyposażone laboratoria, stwarzał możliwości eksperymentowania w warunkach znacznego bezpieczeństwa.

Zdecydowano, że załadunkiem monolitu zajmie się Franek. On też wziął na siebie zdalne pilotowanie latającego dźwigu.

I oto zaczęła się najtrudniejsza, jakże ryzykowna operacja. Z pojazdu, nieruchomo stojącego w powietrzu kilkanaście metrów nad zastygłą teraz w bezruchu kamienną bryłą, wysunąły się wielkie plastikowe łapy.

— Staraj się nie uderzyć chwytakiem! — powiedział ostrzegawczo Bandore, stojąc w kabinie sterowniczej tuż za plecami Franka. — Musisz chwycić go z wyjątkową delikatnością.