Выбрать главу

— Oby to nie była biosfera krzemowa — dość obcesowo wtrącił Ber. Rem drgnąła nerwowo. Twarze Franka i Bandorego powlekły się mgłą smutku. Wszyscy spojrzeli na Silihomida. Mógł się wydawać jeszcze większy i jeszcze Straszniejszy, choć w rzeczywistości nie zmienił się ani trochę.

— Co on myśli? — rzuciła Rem tonem trochę zalęknionym, jakby do siebie.

— Chyba w tej chwili nic — odparł Bandore z przekonaniem. Rem speszyła się.

— Rzeczywiście, jaka może być mowa o pracy mózgu w tym kamiennym stanie? Ale być może zachodzą tam bardzo powolne, niedostrzegalne dla nas procesy.

Znowu ludzkie spojrzenia objęły nieludzką wielkość obelisku. Wielkość wciąż tak samo tajemniczą, tak samo niemą, tak samo wyzywającą.

— Jak to się stało, że on skamieniał? — spytała Rem. — Wszak ruszał się, wyginał, spłaszczał i rozciągał zdumiewająco elastycznie. Bandore ożywił się.

— Tak. O tym wiem od was oraz z zapisów wideo. I tytko to świadectwo upewnia mnie, że on żyje. A przynajmniej, że żył przed czterema dniami. W przeciwnym razie uważałbym go za mumię zakonserwowaną przez przyrodę: za taką skamieniałość jak każda inna.

— Jak to? Więc nawet nie wiesz, czy on żyje? — zdziwił się Franek.

— Pomyśl tylko: skąd mogę wiedzieć? Aparatura nie zarejestrowała jakichkolwiek zmian fizycznych bądź chemicznych w jego ustroju poza takimi, jakie zachodzą w każdym martwym przedmiocie. Myślę o wietrzeniu, parowaniu gazów, rozbijaniu jąder atomowych na skutek silnej promieniotwórczości powietrza…

Biolog przerwał na chwilę. Potem podjął powoli, akcentując każde słowo:

— Namyślcie się po tym, co powiem, abyście nie działali impulsywnie. Chodzi mi o najbardziej obiektywną odpowiedź: czy w czasie spotkania z Silihomidem działaliście w pełni świadomości? Ściślej mówiąc, czy okoliczności nie wskazywały na to, że wasza wola jest osłabiona, a zdolność postrzegania i odbierania wrażeń narzucona bądź kontrolowana przez kogoś?

Ber i Franek spojrzeli na Rem, która wyznała:

— Wspomniałam wtedy, tuż przed załadowaniem Silihomida, że przywidziało mi się jego zwycięstwo nad ludźmi. Coś jakby koszmarny sen na jawie…

Urwała spostrzegłszy, że Bandore przestał słuchać: wstał, cofnął się o krok i znieruchomiał.

Kto znał opanowanego zazwyczaj egzobiologa, mógł z niespokojnej gry mięśni twarzy odczytać, że coś nader ważnego doniósł mu zespół subtelnych aparatów kontrolnych, mających w swej pieczy rozumnego krzemowca.

— To chyba najgorsze, że on jest tak beznadziejnie skamieniały — przerwał chwilowe milczenie Ber, patrząc na tajemniczy posąg, w którym nawet najuważniejsze spojrzenie żadną miarą nie dostrzegłoby jakichś zmian.

Ale bardziej zagadkowa była lakoniczna odpowiedź profesora Bandorego:

— Nie!

Powiedział to krótko, ostro i zamilkł, jak gdyby lękając się uzasadnić swe stanowisko. Upłynęła minuta, która nieznośnie dłużyła się trójce nie wtajemniczonych; z napiętą uwagą patrzyli teraz nie na Silihomida, lecz na egzobiologa. Aż nagle ten, ze sztucznym spokojem, Jednocześnie wykluczającym wszelki sprzeciw, wyrzucił z siebie rozkaz:

— Musicie natychmiast odlecieć!

Było to wypowiedziane takim tonem, że wszyscy troje podnieśli się z miejsc. Bandore leciutko skinął głową.

— Ja zostanę z nim — powiedział jakoś bardzo dziwnie. — Musimy się przecież dogadać. Rem spostrzegła nerwowe drżenie jego rąk. Wtedy oznajmiła stanowczo:

— Wobec tego i my zostajemy. Chyba że odlecisz z nami…

Profesor już nie oponował. Włączył system alarmowy, zarządzając ewakuację sztucznego księżyca.

Dopiero w kosmolocie, oddalonym sześćdziesiąt kilka kilometrów od laboratorium satelity, egzobiologowi rozwiązał się język. Wiadomość nie stanowiła zresztą sensacji. Po prostu aparatura stwierdziła progresywny wzrost temperatury ciała nieruchomego potwora. W chwili pierwszego sygnału chodziło zaledwie o ułamki stopnia. Ale już po minucie różnica przekraczała czterdzieści stopni. Pozwalało to przypuszczać, że w krótkim czasie osiągnie optimum właściwe dla tego gatunku, które według przewidywań wynosiło znacznie ponad dwieście pięćdziesiąt stopni.

Dokonywane teraz z odległości próby nawiązania jakiegokolwiek kontaktu za pomocą bodźców elektromagnetycznych, infra- i ultradźwięków, a nawet strumieni cząstek elementarnych nie dawały wyników. Sztuczny księżyc wraz z Silihomidem krążył swoją zwykłą trasą wokół Ziemi, a umieszczona tam aparatura pomiarowa donosiła o stałym wzroście temperatury. Potem umilkły wszelkie sygnały.

— Jak to rozumieć? — zapytał Franek.

Bandore zasępił się.

— Znajduję tylko jedno wytłumaczenie: zniszczył lub uszkodził aparaturę. Prawdopodobnie chce, abyśmy nie orientowali się w sytuacji.

— Czy sam wzrost temperatury nie mógł rozregulować przyrządów?

— Wykluczam tę ewentualność. Jeszcze przy — tysiącu stopni powinny normalnie działać. On przygotowuje się do czegoś. I nagle jak gdyby na potwierdzenie słów uczonego stało się coś, co wprawiło obecnych w osłupienie. Patrzącym na ekran pantoskopu zdawało się, że śnią. Sztuczny księżyc przestał być tym, czym uczynili go ludzie. Zmienił kształt, przybierając postać rozżarzonego bolidu o długim, świetlistym ogonie. Stawał się ni mniej, ni więcej tylko rakietą. Jarząc się własnym światłem na całej powierzchni, pluł strugą materii odrzutowej i z rosnącą prędkością oddalał się od Ziemi po nowej orbicie.

— On ucieka! — stwierdził Ber, włączając silniki kosmolotu.

Jednak mimo przyspieszenia sięgającego granic ludzkiej wytrzymałości Szarotka, przeobrażona w gorejącą kulę, oddalała się nadal od kosmolotu. Trzeba było przekazać obserwacje służbom strefy zewnętrznej i wracać na Ziemię.

— Mamy tu jeszcze jeden dowód, że są to istoty inteligentne — zauważył Skiepur- ski. — I to rozporządzające niewiarygodnie wysoką techniką, do tego całkowicie różną od naszej.

— Dlatego tak trudno z nimi walczyć — dorzucił Ber.

— Niczemu się już nie dziwię — oświadczył Bandore. — Zbyt mało wiemy o tej niepojętej cywilizacji, której przedstawiciela wydawało się nam, iż pojmaliśmy, chyba tylko po to, aby wyprowadził nas w pole.

— Tak czy inaczej ryzyko się opłacało — stwierdził Skiepurski. — Wiemy teraz, że w stanie krystalicznym Silihomid nie jest groźny dla ludzi, przynajmniej do pierwszych sygnałów aktywnego życia. To już coś znaczy.

— Obawiam się, że mogą być również następstwa negatywne — rzekł Bandore z powagą. Rem odczuła dreszcz niepokoju.

— Dokąd on leci? — zapytała cicho. Bandore bezradnie rozłożył ręce.

— Dowiemy się tego wkrótce. Miejmy nadzieję, że nie będzie to Wenus lub Mars. Nikt już o nic nie pytał. Milczeli rozumiejąc, że to byłby kres ludzkich nadziei.

OŚWIADCZENIE A-CISA