– O której godzinie mamy wyruszyć?
– Chyba koło wpół do dwunastej. Nie wiem. Dlaczego ja jej to zrobiłem?
Tak skazić sobie… Po co mnie było wtedy, pierwszej nocy, na korytarzu… zaczynać… (Ba, postępki nasze są z początku płoche i kapryśne, jak konik polny, dopiero powolutku, w miarę powracania do nich, przybierają naturę konwulsyjną, chwytającą, jak kleszczami, nie popuszczającą – więc cóż można wiedzieć? – tam, wtedy, w nocy, na korytarzu kiedy po raz pierwszy połączyły mi się jej usta z ustami Katasi, och, kaprys, fantazja, drobiazg, przelotne takie skojarzenie! Dziś? Co można zrobić teraz, Boże wielki, co robić? Teraz, kiedy ja ją już miałem sobie zepsutą i to tak dalece, że podejść, złapać, napluć w usta – dlaczego ja ją sobie tak zepsułem? Było to gorsze, niż zgwałcić małą dziewczynkę i był to gwałt mnie wyrządzony, ja ją zgwałciłem „sobie”, to słowo ukazało mi się na tle księdza, zaleciało grzechem, domyśliłem się, że jestem w stanie kościelnego grzechu śmiertelnego, to zaś nasunęło mi kota i kot się pojawił).
Ziemia… grudki… dwie grudki w odległości kilku centymetrów… ilu?… dwa, trzy… Trzeba się przejść trochę… Trzeba przyznać, że powietrze… Inna grudka… ile centymetrów?
– Zdrzemnęłam się po obiedzie.
Powiedziała ustami, o których wiedziałem (i już nie mogłem nie wiedzieć) że są zepsute tamtymi ustami, miała te usta…
– Ja też się zdrzemnąłem.
To nie była ona. Ona była tam, w domu, w ogrodzie z małymi drzewkami ubielonymi, przywiązanymi do palików. Mnie też tu nie było. Ale, wskutek tego właśnie, byliśmy tutaj stokroć donioślejsi. Jakbyśmy byli symbolami nas samych. Ziemia… grudki… trawa… wiedziałem, że, wskutek oddalenia, trzeba się przejść, co ja tu stoję, że wskutek oddalenia, waga dzisiejszego tutaj staje się olbrzymia. I decydująca. I ta olbrzymiość, ta jej potęga, och, dajmy temu spokój, chodźmy już! Olbrzymiość, co to za ptaszek, olbrzymiość, słońce już się zniża, spacerek… Jeśli kota zadusiłem – powiesiłem, to i ją trzeba będzie zadusić – powiesić… Sobie.
W krzakach przy drodze, on, wróbel, wisi, i wisi też patyk we wnęce muru, wiszą, ale nieruchomość w tej nieruchomości przekracza wszystkie granice nieruchomości, jedną granicę, drugą granicę, trzecią granicę, przekracza czwartą, piątą, szósty kamyk, siódmy kamyk, trawki… już chłodniej… Obejrzałem się, jej już nie było, odeszła ze swoimi ustami rozpustnymi i gdzieś tam była z ustami. Odszedłem tj. odszedłem od miejsca, w którym byłem, i szedłem po łące, w słońcu, ale już mniej dokuczliwym – i w ciszy łona gór. Pochłonęły moją uwagę drobne przypadłości terenu, głównie kamyki w trawie, utrudniające chodzenie, jaka szkoda, że ona mi nie stawia oporu, ale, z drugiej strony, jak może stawiać opór ktoś komu mówienie służy tylko za pretekst dla głosu, ha, ha, ha, jak to ona „zeznawała” wtedy, po zabiciu kota, no, cóż, nie stawia oporu, nie będzie oporu. Jakie przykre było to spotkanie nasze, bokiem, bez patrzenia, jakby ślepe – coraz więcej kwiecia w trawie, niebieskiego i żółtego, kępy świerków, jodeł, grunt zniżał się i byłem dość daleko, niepojęta substancja inności i dalekości, w ciszy motyle fruwające, wietrzyk muskający, ziemia i trawa, lasy przemieniające się w szczyty, a pod drzewem łysina, binokle – Leon.
Siedział na pniu i palił papierosa.
– Co pan tu robi?
– Nic, nic, nic, nic, nic, nic – odparł i uśmiechnął się błogo.
– Co pana tak cieszy?
– Co? Nic! Właśnie to: nic! He, kalambur, proszę, hm… Cieszy mnie „nic”, uważa dobrodziejuchna, czcigodny kompan i birbant i dorożka, bo „nic” to jest właśnie to coś, co się robi przez całe życie. Człowiekuś stoi, siedzi, mówi, pisze… i nic.
Człowiekuś kupuje, sprzedaje, żeni się, nie żeni się – i nic.
Człek siedzium na pniusium – i nic. Woda sodowa.
Cedził z wolna, z nonszalancją, jak z łaski. Powiedziałem: – Mówi pan, jakby pan nigdy nie pracował. – Pracować? A juści! A jakże! A owszem! Bankuniuś! Banczek! Bankuchno głuche z firypały do brzucha! Wieloryb. Hm. Trzydzieści dwa lata! Ale co? Nic! Zastanowił się i dmuchnął na rękę.
– Przeciekło!
– Co panu przeciekło?
Odparł przez nos, monotonnie: – Lata rozpadają się na miesiące, miesiące na dni, dni na godziny, minuty na sekundy, a sekundy przeciekają. Nie złapie pan. Przecieka. Ucieka. Czym jestem? Jestem pewną ilością sekund – które przeciekły.
Rezultat: nic. Nic.
Zaperzył się i wykrzyknął: – Złodziejstwo! Zdjął binokle i trząsł się, staruszkowaty, podobny do oburzonych starszych panów, co to protestują czasem na rogach – ulic, w tramwaju, przed kinem. Mówić do niego? Mówić? Ale co? Ja wciąż błąkałem się nie wiedząc, czy w prawo, czy w lewo, tyle, tyle wątków, powiązań, insynuacji, gdybym chciał wyliczać wszystkie od samego początku, korek, spodek, drżenie dłoni, komin, zgubiłbym się, tuman rzeczy i spraw niedorysowanych, nie dość trzymających się kupy, coraz ten i ów szczegół wiązał się z drugim, zazębiał, ale inne zaraz narastały powiązania, inne kierunki – oto czym żyłem, jakbym nie żył, chaos, kupa śmieci, miazga – wsadzałem rękę w worek wypełniony śmieciem, wyciągałem co popadło, oglądałem czy mi się nadaje do budowy…
domku mojego… który, biedak, fantastyczne przybierał kształty… i tak bez końca… Ale ten Leon? Już od dawna mnie zastanawiało, że on jak gdyby krąży w moim pobliżu i nawet wtóruje, istniało jakieś podobieństwo, chociażby to, że on się gubił w sekundach, jak jaw drobiazgach, ba, ba, były i inne poszlaki, dające do myślenia, te gaiki z chleba podczas kolacji i inne drobiazgi, to Ti-ri-ri, a ostatnio znowu, nie wiedziałem dlaczego, zamajaczyło mi, że owa wstrętnawa „wsobność” („swój do swego po swoje”) podłażąca do mnie od strony Tolów i księdza, także tak jakoś jakby coś ku niemu się miała. Co mi szkodziło zatrącić teraz o wróbla i o wszystkie tamte dziwności w domu? Przyłożyć to do niego i zobaczyć, czy czego nie zobaczę, byłem przecie, jak wróżka, wpatrzona w szklaną kulę, w dym.
– Pan jest zdenerwowany, nic dziwnego… Po tych historiach z ostatnich dni. Z kotem i… Niby drobiazgi, ale łamigłówki, trudno się odczepić, jakby robactwo oblazło…
– Kocium? Detal, kto by się przejmował kociotrupem kociokwika! Spójrz, brateńku, co za bąk i jak trąbi, szelma! Kociościerw jeszcze wczoraj łaskotał mnie system unerwienia drążącą łaskotką – ale dziś? Dziś w niebotycznym zapatrzeniu się moim na góry – córy, hej, hej, hej, jedyne?! Zgodzę się, mam w nerwach rodzaj napięcia, ale świętującego tumtupuli, narabuli, odświętnego, uroczo uroczystościowego, uroczyście uroczego, hejże ha, święto, święto! Święto! Czy panuś kochuś kochanieńki niczego nie zauważymuś?
– Czego?
Pokazał mi palcem kwiatek w butonierce. – I proszę skłonić ku mnie łaskawy nosek, pociągnąć.
Wąchać go? To mnie zaniepokoiło chyba bardziej, niż powinno… – Po co? – zapytałem.
– Jestem z lekka uperfumowany.
– Uperfumował się pan do gości?
Usiadłem na pniu, troszkę dalej. Łysina jego tworzyła z binoklami całość szklisto – kopulastą. Zapytałem, czy zna nazwy gór, nie, nie znał, zapytałem, jak się nazywa dolina, odburknął że wiedział, ale zapomniał.
– Co pan z górami? Z nazwami. Nie o nazwę chodzi.
Już miałem zapytać „a o co?”, ale się wstrzymałem. Lepiej niech sam powie. Tu, w tej odległości „za górami, za lasami, tańcowała Małgorzatka z góralami!” Ach, ach, a jakeśmy doszli z Fuksem wtedy do muru, gdzieśmy patyk odkryli, to też człowiek czuł się, jak na końcu świata – zapachy, szczyn chyba, gorąco, mur – a teraz, tutaj, po co pytać, lepiej niech samo się zacznie… gdyż, nie ulega kwestii, osacza mnie jakaś nowa kombinacja i coś tu zacznie wysnuwać się, wiązać… Ale lepiej cicho. Siedziałem, jakby mnie nie było.
– Ti, ri, ri.
Ja nic. Siedziałem.
– Ti, ri, ri.
Znów milczenie, łąka, lazur, słońce już niżej, ścielące się cienie.
– Ti, ri, ri!
Ale tym razem już na całego, dobitne jak sygnał ataku. I naraz padło:
– Berg!
Wyraziście, głośno… żebym nie mógł nie zapytać, co to znaczy.
– Co?
– Berg!
– Co, berg?
– Berg!
– A tak, pan mówił, że dwóch Żydów… Żydowski witz.
– Jaki tam witz! Berg! Bergowanie bergiem w berg – uważa pan – bembergowanie bembergiem… Ti, ri, ri, – dodał chytrze.