– To pan? Jest pan wcześniej.
– Chciałem porozmawiać, zanim przyjdą tamci. Mogę wejść?
– Cóż, dobrze – powiedział i otworzył solidne, zgrzytające wrota. Wkroczyłem do cuchnącego stęchlizną przedpokoju. Był dokładnie taki, jakim go pamiętałem: stary jak świat i duszny. Mimo że ramy obrazków popękały od fali energii, która tędy przeszła poprzedniej nocy, smętne widoki Mount Taylor i Cabezon Peak wisiały na wyblakłej tapecie.
Podszedłem do dziwacznej statuetki niedźwiedzia na poręczy schodów. Wczorajszego wieczoru nie przyjrzałem się jej, ale teraz widziałem, że umieszczona na niej kobieca twarz była piękna, spokojna i stateczna i miała zamknięte oczy. Powiedziałem:
– To dziwna rzeźba.
Wallis był zajęty zamykaniem drzwi. Dziś wyglądał starzej. Miał na sobie luźny szary sweter z nadprutymi rękawami i powypychane szare spodnie. Poruszał się bardziej sztywno. Czuć było od niego whisky.
Popatrzył, jak gładzę dłonią grzbiet mosiężnego niedźwiedzia.
– Znalazłem to – powiedział. – Lata temu, kiedy pracowałem we Fremoncie. Budowaliśmy kładkę dla przechodniów w parku i wykopaliśmy to. Od tamtego czasu mam ją u siebie. Nie kupiłem jej wraz z domem.
– Dań Machin śnił o niej dzisiaj rano – powiedziałem.
– Doprawdy? Trudno mi znaleźć jakąś szczególną przyczynę takiego snu. To tylko dziwaczna rzeźba. Nawet nie wiem, czy stara. Jak pan uważa? Ma sto lat? Dwieście?
Przyjrzałem się bliżej niewzruszonej twarzy niedźwiedzicy. Nie wiem czemu, ale sam pomysł niedźwiedzia z kobiecą twarzą wydał mi się denerwujący i dostawałem gęsiej skórki. Może była tylko efektem atmosfery panującej w domu Wallisa? Ale kto mógł wyrzeźbić taką niezwykłą figurkę? Czy miała jakieś znaczenie? Czy była symboliczna? Wiedziałem na pewno, że nie modelowano jej z natury. A w każdym razie miałem taką gorącą nadzieję.
Potrząsnąłem głową. – Nie jestem ekspertem. Ja znam się tylko na sprawach sanitarnych.
– Czy przyjdzie pana znajomy? Ten inżynier? – zapytał Wallis, prowadząc mnie do biblioteki.
– Obiecał, że przyjdzie. I będzie też lekarz, jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, i jeszcze moja znajoma, która prowadzi księgarnię okultystyczną na Brannan Street.
– Lekarz?
– Tak, ten, który opiekuje się Danem. Mieliśmy w szpitalu pewien wypadek.
Wallis podszedł do swojego biurka i drżącą ręką nalał dwie duże szklanice whisky. – Wypadek? – zapytał, stojąc tyłem do mnie.
– Trudno to opisać. Ale mam wrażenie, że to coś, co tu słyszeliśmy w nocy, naprawdę zaszkodziło Danowi. On nawet oddycha podobnie. Lekarz na początku sądził, że Dań ma astmę.
Wallis odwrócił się, w obu rękach trzymał szklanki z bursztynowym scotchem, a jego twarz, w zielonkawym świetle lampy stojącej na biurku, była napięta i niemalże straszna.
– Czy chce pan powiedzieć, że pański przyjaciel oddycha w taki sam sposób, jak oddycha mój dom?
Powiedział to z taką mocą, że prawie poczułem się zażenowany.
– No tak. Doktor Jarvis uważa, że to może być psychosomatyczne. Wie pan, wywołane przez samego Dana. Czasami to się zdarza po wstrząsie mózgu.
Seymour Wallis podał mi whisky i usiadł. Wyglądał na tak zmartwionego, zakłopotanego i zamyślonego, że nie mogłem się powstrzymać od pytania:
– Co panu jest? Wygląda pan, jakby zgubił dolara, a znalazł pięć centów.
– To, to oddychanie – powiedział. – Ono znikło.
– Skąd pan wie?
– Nie wiem. Niezupełnie wiem. Nie wiem na pewno. Ale wczorajszej nocy już tego nie słyszałem ani dziś w ciągu dnia. A poza tym… czuję, że to znikło.
Przysiadłem na brzegu biurka i pociągałem whisky. Dziewięcioletnią szkocką whisky – wyleżakowaną i dojrzałą, ale nie bardzo odpowiednią pod nie strawioną jeszcze kanapkę z kiełkami. Mimo woli pomyślałem, że powinienem był zjeść coś konkretnego przed tą wyprawą na duchy. Bezgłośnie beknąłem w garść, podczas gdy Wallis wiercił się i podrygiwał i wyglądał na coraz bardziej nieszczęśliwego.
– Czy uważa pan, że to oddychanie w jakiś sposób mogło się przenieść z domu na Dana? – zapytałem.
Nie podniósł oczu, ale wzruszył ramionami i jeszcze bardziej podrygiwał.
– To właśnie przychodzi na myśl, nieprawdaż? Chodzi mi o to, że jeśli duchy mogą nawiedzać jakieś miejsce, to czemu nie miałyby nawiedzać osób? Kto może wiedzieć, co duchy robią, a czego robić nie mogą? Nie wiem, panie Hyatt. Cała ta przeklęta sprawa jest dla mnie tajemnicą i mam już tego dość.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Biblioteka Seymoura Wallisa była zagracona i duszna i zaczynałem się czuć, jak gdybym siedział w jakiejś malutkiej mrocznej pieczarze na dnie kopalni, przywalonej tonami skał i kamieni. Takie właśnie uczucie przejmowało człowieka w tym domu przy Pilarcitos – jakby przytłaczał ciężarem stuletniego cierpienia i stuletniej cierpliwości. Niezbyt mi przypadło do gustu to uczucie, a mówiąc szczerze, wprowadzało mnie w depresję i grało na nerwach.
– Wspomniał pan coś o parku – przypomniałem mu. – Kiedy pan po raz pierwszy do mnie przyszedł, mówił pan coś o parku. Nie zrozumiałem, o co panu chodziło.
– O parku? Naprawdę?
– Tak mi się wydawało.
– Zapewne mówiłem. Od czasu, gdy pracowałem przy tamtym przeklętym parku, ciągle mam parszywego pecha.
– To był park we Fremoncie? Tam gdzie znalazł pan niedźwiedzicę?
Skinął głową.
– Zbudowanie tej kładki było prostą robotą konstrukcyjną, zwykła kładka wspornikowa dla pieszych, nic szczególnie wymyślnego. Wybudowałem ich już ze dwadzieścia czy trzydzieści na różnych terenach komunalnych wzdłuż całego wybrzeża. Ale ten park był wyjątkowo wredny. Sześć czy siedem razy zawaliły się nam fundamenty. Trzech robotników uległo poważnym wypadkom. Jednego oślepiło. I nie mogliśmy zgodnie ustalić, gdzie ma stać ta kładka ani jak ją ustawić. Miałem zupełnie nienormalne kłótnie z władzami miejskimi. Cztery miesiące budowaliśmy mostek, który powinien zająć nam cztery dni. Oczywiście nie pomogło to mojej opinii. Mogę panu powiedzieć, panie Hyatt, że od czasu Fremontu czułem, że depce mi po piętach pech.
Uniosłem szklankę z whisky i obracałem ją w dłoniach, jakby chcąc w niej skupić bibliotekę i cały dom.
– I to – odezwałem się – to całe oddychanie jest, zdaniem pana, częścią pańskiego pecha?