Выбрать главу

Westchnął.

– Nie wiem. Tak czasami myślałem. Zastanawiam się nieraz, czy przypadkiem nie dostaję obłędu.

W tym momencie rozległo się dwukrotne uderzenie kołatki.

– Otworzę – powiedziałem i wyszedłem do mrocznego hallu. Gdy odciągałem zasuwy i odpinałem łańcuchy, nie mogłem powstrzymać się od rzucenia okiem na niedźwiedzicę stojącą na poręczy. W półmroku zdawała się większa niż przy świetle, bardziej kudłata, jakby cienie gromadzące się wokół wrastały w jej sierść. A naokoło mnie, na każdej ścianie wisiały te nieciekawe ciemne widoki Mount Taylor i Cabezon Peak, staloryty, akwaforty i akwatinty, wszystkie najwyraźniej wykonane podczas najbrzydszej pogody. Wiedziałem tylko, że obie góry znajdowały się w Nowym Meksyku, więc tym dziwniejsze było, że wszystkie te landszafty tworzono pod pochmurnym niebem.

Znowu załomotała kołatka.

– Dobra, dobra! – burknąłem. – Słyszę!

Uchyliłem drzwi. Za nimi stali na werandzie doktor Jarvis i Jane. Wciąż padało, grzmiało i było duszno, ale po przebywaniu w bibliotece Seymoura Wallisa powietrze nocne było dla mnie chłodne i orzeźwiające. Po drugiej stronie ulicy dostrzegłem Bryana Cordera, który szedł szybko w naszą stronę z głową wtuloną w ramiona.

– Chyba już się państwo poznali – powiedziałem do Jane i doktora Jarvisa, gdy wprowadzałem ich do środka.

– To było jedno z tych przypadkowych spotkań na mrocznej werandzie – skomentowała Jane.

Bryan wbiegł po schodkach, strząsając krople deszczu z włosów niby mokry pies. Był to solidnie zbudowany, bezceremonialny facet dociągający czterdziestki, z szeroką twarzą, która świadczyła o tym, że na nim można polegać. Ta twarz zawsze przypominała mi nie uduchowione oblicze Pata Boone'a, jeżeli to w ogóle było możliwe. Chwycił mnie za ramię.

– Cześć, John. Mało brakowało, a nie przyszedłbym. Jak ci idzie?

– Upiornie – odrzekłem i nie żartowałem. Zanim zamknąłem drzwi, nie mogłem się oprzeć pokusie, aby nie spojrzeć na kołatkę i upewnić, że ciągle była mosiężna, nieożywiona i wściekle brzydka.

Zaprowadziłem wszystkich do biblioteki Seymoura Wallisa i przedstawiłem ich. Wallis zachowywał się uprzejmie, ale był rozkojarzony, jakby przyjmował przedstawicieli biura sprzedaży nieruchomości, którzy przyszli wycenić jego posesję. Podawał rękę, oferował whisky, przynosił krzesła, ale potem usiadł z powrotem przy biurku, tępo wpatrując się w poprzecierany dywan, i nie odezwał się słowem.

Doktor Jarvis wyglądał teraz mniej oficjalnie w granatowej sportowej marynarce. Był bystry, niewysoki i rudawy, zaczynałem go lubić. Pociągnął whisky, kaszlnął, po czym powiedział:

– Obawiam się, że stan pańskiego przyjaciela nie uległ większej poprawie. Nie miał już więcej takich ataków, ale bez przerwy ma kłopoty z oddychaniem i nie możemy obudzić go z letargu. Jeszcze dzisiaj późnym wieczorem zrobimy mu elektrokardiogram i elektroencefalogram, żeby sprawdzić, czy nie ma zmian w pracy serca oraz oznak uszkodzenia mózgu.

– Uszkodzenie mózgu? Ależ on tylko spadł z krzesła!

– Zdarzały się przypadki śmiertelnych upadków z krzesła.

– Czy ciągle pan uważa, że to wstrząs mózgu? – zapytała Jane. – A jego oczy?

Doktor Jarvis przekręcił się na krześle.

– Gdybym uważał, że to jedynie wstrząs mózgu i nic poza tym, nie przyszedłbym tutaj. Ale wydaje mi się, że stało się jeszcze coś, czego na razie nie rozumiem.

– Czy w tym pokoju słyszeliście to oddychanie? Czy tu się to wszystko zdarzyło? – zapytał Bryan.

– Właśnie tutaj.

Bryan wstał i obszedł pomieszczenie. Chwilami dotykał ścian, zajrzał także do kominka. Kilka razy zastukał w tynk kostkami palców, sprawdzając grubość. Po pewnym czasie stanął na środku pokoju z zakłopotaniem na twarzy.

– Drzwi były zamknięte? – zapytał mnie.

– Drzwi i okna.

Z wolna pokręcił głową.

– To bardzo dziwne.

– Co jest dziwne?

– Zwykle, jeżeli występuje narastające ciśnienie, spowodowane przeciągami czy prądami powietrznymi, kominek jest czysty, a komin nie zapchany. Włóż rękę do kominka i sprawdź to sam. Nie ma żadnego ciągu. Komin jest zapchany.

Podszedłem i ukląkłem na wyblakłym indiańskim dywaniku przed kominkiem. Było to takie wiktoriańskie palenisko biblioteczne ze zdobionym stalowym hełmem i rusztem z glinki ogniotrwałej. Wyciągnąłem szyję i spozierałem w górę, w zimną, przesiąkniętą sadzą ciemność. Bryan miał rację, nie było tu ciągu, nie czuło się powietrza. Nie docierały tu także odgłosy nocy, które zazwyczaj odbijają się echem w szybie. Ten komin był głuchy.

– Panie Wallis – odezwał się Bryan – czy ten komin jest zamurowany? Czy ktoś kazał go zamurować?

Wallis obserwował nas ze zmarszczonymi brwiami.

– Komin wcale nie jest zamurowany. Zaledwie kilka dni temu paliłem stare papierzyska, których się chciałem pozbyć.

Bryan po raz wtóry zajrzał do środka.

– Cóż, panie Wallis, jeżeli wtedy nie był zapchany, to jest zapchany teraz. Może to miało coś wspólnego z odgłosami, które pan słyszał. Czy pozwoli pan, że sprawdzę piętro wyżej?

– Ależ proszę – powiedział Wallis. – Ja zostanę tutaj, jeśli można. Mam tego wszystkiego dosyć…

Nasza czwórka wymaszerowała do przedpokoju i zapaliliśmy wątłe światełko nad schodami. Było słabe z powodu ciemnego szklanego klosza w kolorze oliwkowożółtym, pokrytego grubą warstwą kurzu i pajęczyn. Wszystko w tym domu wydawało się zatęchłe, wyblakłe i zakurzone, ale zapewne Wallis nazwałby to „charakterem". Zaczynałem być zdecydowanym zwolennikiem laminatu, plastyku i kiczowatego współczesnego budownictwa.

Gdy Bryan wchodził na pierwszy stopień, Jane nagle spostrzegła mosiężną statuetkę niedźwiedzicy.

– Bardzo interesująca – powiedziała. – Czy należała do wyposażenia domu?

– Nie. Seumour Wallis wykopał ją gdzieś we Fremoncie, gdy budował tam most. Jest konstruktorem mostów, a raczej był nim.

Jane dotknęła łagodnej twarzy statuetki, jakby spodziewała się, że lada chwila otworzy oczy.

– Coś mi to przypomina – powiedziała półgłosem. – Patrząc na nią czuję się przedziwnie. Wydaje mi się, że już ją gdzieś widziałam, ale przecież to niemożliwe.