– Nigdy czegoś podobnego nie widziałem – wymamrotał. – Nigdy.
Spojrzałem w kierunku czarnej czeluści starego wiktoriańskiego kominka.
– Chciałbym wiedzieć, jak to się stało. Na rany Chrystusa, panie doktorze, co tam jest?
Doktor Jarvis w milczeniu potrząsnął głową. Żaden z nas nie był przygotowany na to, by tam zajrzeć. Cokolwiek obdarło z ciała głowę Bryana, żaden z nas nie miał ochoty się z tym czymś spotkać.
– Jane – powiedział doktor Jarvis, wyjmując z górnej kieszeni kartkę – tu masz numer Szpitala Fundacji Elmwood, gdzie pracuję. Zadzwoń do doktora Speedwella i powiedz mu, co się stało. Powiedz mu, że ja tu jestem. I poproś go, aby możliwie jak najszybciej przysłał ambulans.
– A policja? – wtrąciłem. – Nie możemy po prostu…
Doktor Jarvis spojrzał z obawą na kominek.
– Bo ja wiem. Myśli pan, że nam uwierzą?
– Na rany Chrystusa, jeżeli w tym kominie jest coś, co rozdziera ludzi na strzępy, to ja nie mam zamiaru sam sprawdzać. Myślę, że pan również.
Doktor Jarvis skinął głową.
– Dobrze. Zadzwoń też na policję – zwrócił się do Jane.
Właśnie miała wyjść z pokoju, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Usłyszeliśmy głos Seymoura Wallisa:
– Czy wszystko w porządku? Wydawało mi się, że słyszę krzyki.
Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Stał za nimi Wallis, blady i zmartwiony, musiał wyczytać z mojej twarzy, że coś się stało.
– Był wypadek – powiedziałem mu. – Może niech pan lepiej nie wchodzi.
– Czy coś się komuś stało? – zapytał, próbując spojrzeć ponad moim ramieniem.
– Tak. Bryan jest poważnie ranny. Ale proszę, radzę panu, żeby pan nie patrzył. To straszne.
Wallis odepchnął mnie na bok.
– To mój dom, panie Hyatt. Chcę wiedzieć, co tu się dzieje.
Zapewne miał rację. Ale gdy wkroczył do sypialni i zobaczył leżące tam ciało Bryana i jego czaszkę szczerzącą zęby do sufitu, zmartwiał, nie mógł się ani ruszyć, ani przemówić.
Doktor Jarvis spojrzał w górę, na Jane.
– Idźże po tę karetkę! – nakazał niecierpliwie. – Im szybciej dowiemy się, co się stało, tym lepiej.
Wallis usiadł ciężko na wąskim łóżku i złożył dłonie na podołku. Patrzył na Bryana z nie słabnącym przerażeniem.
– Przykro mi, panie Wallis – powiedział doktor Jarvis. – Wydawało mu się, że słyszy jakiś dźwięk w kominie i włożył tam głowę, żeby sprawdzić, co to może być.
Wallis otworzył usta, nie powiedział nic, i z powrotem je zamknął.
– Nam się wydawało, że coś albo ktoś zaatakował go – dodałem. – Kiedy miał tam głowę, a my usiłowaliśmy go siłą wyciągnąć, było zupełnie tak, jakby ktoś równie silny go tam trzymał.
Niemalże ukradkiem, Wallis zwrócił oczy na ciemny i pusty kominek.
– Nie rozumiem – powiedział ochryple – co chce mi pan powiedzieć?
Doktor Jarvis wstał. Już nie mógł niczego zrobić dla Bryana. Pozostało jedynie wyjaśnienie, co go zabiło. Powiedział poważnie:
– Albo zaklinowała mu się tam głowa w jakiś nietypowy sposób, panie Wallis, albo w tym przewodzie jest jakieś zwierzę, a może człowiek, który w psychopatycznym napadzie zdarł ciało z głowy Bryana Cordera.
– W przewodzie kominowym? W przewodzie kominowym w moim domu?
– Obawiam się, że na to wygląda.
– Ależ to szaleństwo! Co, do diabła, może mieszkać w kominie, i jeszcze w taki sposób rozdzierać ludzi na strzępy?
Doktor Jarvis spojrzał na leżące ciało Bryana i znowu na Seymoura Wallisa.
– Tego właśnie, proszę pana, musimy się dowiedzieć.
Wallis pomyślał chwilę, wreszcie potarł twarz dłońmi.
– To wszystko nie ma sensu. Najpierw oddychanie, teraz ta śmierć. Panowie rozumieją, że będę musiał sprzedać ten dom.
– Sądzę, że poniesione koszty powinny się panu zwrócić – powiedziałem, starając się być pomocny. – Te stare dworki w obecnych czasach świetnie idą na rynku.
Ze zmęczeniem pokręcił głową.
– Nie martwię się o pieniądze. Ja tylko chciałbym mieć miejsce, gdzie mógłbym zamieszkać i gdzie takie rzeczy nie zdarzałyby się. Chciałbym trochę spokoju, na litcść boską.
Biedny człowiek.
– Jeżeli duch nie pójdzie za panem, to zapewne przeprowadzka byłaby najlepszym rozwiązaniem – oznajmiłem.
Wallis gapił się na mnie zszokowany i rozzłoszczony.
– To coś siedzi w cholernym kominie! – fuknął. – Właśnie zamordowało pańskiego przyjaciela, a pan rozmawia tak, jakby to nie było ważne. Coś tam jest, ukrywa się, czy może mi pan zagwarantować, że nocą nie wylezie i nie zechce mnie zadusić w moim własnym łóżku?
– Panie Wallis – odpowiedziałem – nie jestem świętym.
– Pewnie wezwaliście policję – burknął, nawet nie spojrzawszy na mnie.
Doktor Jarvis skinął głową.
– Powinni tu zaraz być.
W tym momencie Jane wróciła na górę i powiedziała:
– Za dwie, trzy minuty. Był w pobliżu radiowóz. Zadzwoniłam też do szpitala i natychmiast wysyłają karetkę.
– Dzięki, Jane.
– Wiecie, ja mam broń – powiedział Wallis. – To tylko stary kolt z czasów wojny. Moglibyśmy strzelić w górę, w komin, wówczas to, co tam jest, nie miałoby żadnej szansy.
Podszedł doktor Jarvis.
– Czy mógłbym dostać poszewkę? – zapytał. – Chciałbym czymś zakryć głowę pana Cordera.
– Oczywiście. Niech pan zdejmie poszewkę z tej poduszki, tutaj. To potworny widok. Czy domyśla się pan, jakie stworzenie mogło coś takiego zrobić? Czy istnieje jakiś gatunek ptaka, który tak się zachowuje? Może w kominie uwięziony jest kruk albo szympans?
– Szympans? – zapytałem.
– To nie takie nadzwyczajne, jakby się wydawało. Edgar Allan Poe napisał nowelkę o małpie, która morduje dziewczynę i wpycha ją w komin – skomentował doktor Jarvis.
– No tak, ale to coś, co tkwi w tym kominie, jest wyjątkowo groźne. Może to zrobił jakiś wygłodzony kot lub szczur od dawna tu uwięziony?
Wallis podniósł się z łóżka.
– Idę po pistolet – oznajmił. – Jeśli to coś wylezie, nie będę tutaj stał bezbronny.
Na zewnątrz, na ulicy, rozległo się wycie syreny. Jane ścisnęła mnie za ramię.
– Są. Dzięki Bogu.