Przeniosłem telefon na kanapę i wyciągnąłem się na niej. Zaczynało mnie ogarniać zmęczenie. Może tylko dlatego, że poczułem ulgę, mogąc rozmawiać z kimś przyjaznym. Skończyłem kawę i z ostatnim łykiem pociągnąłem fusów. Do końca rozmowy oskubywałem z nich język.
– Dzwonię do ciebie, ponieważ dowiedziałam się czegoś – powiedziała Jane.
– Czegoś związanego z Bryanem?
– Niezupełnie. Ale wiąże się to z domem Seymoura Wallisa. Pamiętasz te wszystkie widoczki Mount Taylor i Cabezon Peak?
– Oczywiście. Zastanawiałem się nad nimi.
– Wiesz, znalazłam trochę wiadomości o tych górach w książkach, które mamy w księgarni. Mount Taylor leży w paśmie San Mateo, ma wysokość jedenastu tysięcy trzystu osiemdziesięciu dziewięciu stóp, a Cabezon Peak jest w zupełnie innym kierunku, na północnym wschodzie w hrabstwie San Doval, i liczy osiem tysięcy trzysta stóp.
Parsknąłem fusami.
– To Nowy Meksyk, prawda?
– Nowy Meksyk. Rzeczywista kraina Indian.
Istnieją dziesiątki legend o tych górach, głównie opowieści Indian Navaho o Wielkim Potworze.
– Wielki Potwór? A kim, do diabła, jest Wielki Potwór?
– Wielki Potwór to olbrzym, który podobno terroryzował południowy zachód całe wieki temu. Zagnieździł się na Mount Taylor. Miał twarz w niebieskie i czarne pasy oraz zbroję z krzemieni, przetykaną wnętrznościami wszystkich zaszlachtowanych przez niego ludzi i zwierząt.
– Mam rozumieć, że nie był raczej sympatyczny…
– Ani trochę – odparła Jane. – Był jednym z najbardziej srogich olbrzymów, jakie pojawiają się w legendach różnych kultur. Mam tutaj osiemnastowieczną księgę, w której wyczytałam, że miał zwierzchnictwo nad wszystkimi demonami niszczącymi ludzi i że żaden ze śmiertelnych nie mógł go zwyciężyć. W końcu zabili go dwaj odważni bogowie zwani Bliźniętami, którzy posłużyli się tęczą, żeby zmylić jego strzały, po czym strącili mu głowę piorunem. Tę głowę rzucili na północny wschód, gdzie zamieniła się w Cabezon Peak.
Chrząknąłem.
– To bardzo ładna historyjka. Ale co ma wspólnego z domem Seymoura Wallisa? Oczywiście, pomijając wszystkie ryciny Mount Taylor i Cabezon Peak.
– No, dokładnie mówiąc, nie wiem – odpowiedziała Jane. – Znalazłam jednak tekst, którego nie rozumiem, ale nasuwa on pewne skojarzenia. Otóż jest tu jakieś odniesienie do Pierwszego, Który Użył Słów dla Siły. Cokolwiek było tym „Pierwszym", okazało się tak mocarne, że obcięło złote włosy Wielkiemu Potworowi i zrobiło z niego pośmiewisko. Jest jeszcze coś. Pierwszy, Który Użył Słów dla Siły był wieczny i nieśmiertelny, a jego dewizą było słowo w narzeczu Navaho, którego nie umiem wypowiedzieć, ale ono oznacza: powrócić ścieżką wielu kawałków.
– Jane, kochanie, coś bredzisz.
– John, mój drogi, w tej dewizie jest słowo, które zapewne coś ci przypomina. „Powróć" albo „wróć".
Przerzuciłem nogi przez kanapę i usiadłem prosto.
– Jane – powiedziałem – chwytasz się brzytwy. Teraz… Nie wiem, dlaczego Seymour Wallis miał w domu te wszystkie widoki Mount Taylor i Cabezon Peak. Zapewne były tam już, kiedy się wprowadził. Ale na całym południowym zachodzie mogłabyś wskazać dowolną górę i okazałoby się, że jest z nią związana indiańska legenda. Naprawdę, to nic nadzwyczajnego. Być może mamy do czynienia z jakąś nadprzyrodzoną siłą. Jakąś uśpioną siłą, która nagle znalazła kinetyczne ujście. Ale nie są to potwory z legend Navaho. W żaden sposób.
Swoją odpowiedzią nie zraziłem Jane.
– Mimo wszystko sądzę, że powinniśmy się tym bliżej zająć – oznajmiła. – Ten twój nadmierny racjonalizm jest jednak kłopotliwy.
– Racjonalizm? Pracuję w wydziale sanitarnym, a ty uważasz, że jestem racjonalny?
– O, tak. John Hyatt – narodowy racjonalista. Jesteś tak racjonalny, że nawet nazwano twoim nazwiskiem sieć hoteli.
Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.
– Słuchaj, zrób mi przysługę. Zadzwoń do mojego biura. Poproś Douglasa P. Sharpa i powiedz mu, że jestem chory. Chcę dziś rano pojechać do szpitala Elmwood i zobaczyć się z doktorem Jarvisem.
– Spotkamy się na lunchu?
– Czemu nie? Wpadnę po ciebie do księgarni.
– Czy zadzwonisz do mnie, gdy dowiesz się o stanie Bryana? Byłabym ci wdzięczna.
– Oczywiście.
Odłożyłem słuchawkę. Przez chwilę rozmyślałem nad tym, co mówiła Jane, po czym potrząsnąłem głową i uśmiechnąłem się. Ona lubiła duchy, magię i potwory. Kiedyś zaciągnęła mnie na oryginalne filmy grozy. Obejrzeliśmy Drakulę z Belą Lugosi i Frankensteina z Borisem Karloffem. W jakiś sposób to, że Jane wierzyła, iż dom na Pilarcitos tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden jest nawiedzany przez strachy i potwory, pocieszało mnie. Powodowało, że czułem się prawdziwym mężczyzną, dzielnym i ojcowsko opiekuńczym. Może właśnie dlatego zaprosiłem ją do tej willi. Jeżeli Jane w coś wierzyła, to nie mogło być prawdą.
Znowu zadzwonił telefon – właśnie się goliłem. Z brodą obficie pokrytą gorącą miętową pianką podniosłem słuchawkę, jak gdybym był Mikołajem zbierającym zamówienia na przyszłoroczne prezenty.
– John? Tu James Jarvis. Zastałem wiadomość, żeby do pana zadzwonić.
– A, cześć. Zastanawiałem się, jak się ma Bryan Corder.
Zaległa cisza. Po chwili powiedział:
– Jego serce ciągle bije.
– Uważa pan, że on wyjdzie z tego?
– Trudno powiedzieć. Wolę myśleć, że nie. Nie mógłby więcej pojawić się na ulicy. Musiałby resztę życia spędzić w sterylnym namiocie tlenowym. Cały mózg ma na wierzchu i jakakolwiek infekcja natychmiast by go uśmierciła.
Wierzchem dłoni obtarłem usta z piany.
– Nie mógłby pan zrobić czegoś, co pozwoliłoby mu umrzeć? Wydaje mi się, że znam Bryana i mogę powiedzieć, iż nie chciałby egzystować w takim stanie.
– Widzi pan – odrzekł doktor Jarvis – już to zrobiliśmy.
– Co zrobiliście?
– Odłączyliśmy go od aparatury podtrzymującej życie. Nie dostaje ani krwi, ani plazmy, ani dożylnych kroplówek, ani środków uspokajających, ani adrenaliny. Nie działa elektroniczny regulator rytmu serca, nic. Z medycznego punktu widzenia powinien był dawno umrzeć.
Znowu umilkł i słyszałem, że ktoś wszedł do jego gabinetu i coś niewyraźnie powiedział. Po chwili doktor Jarvis się odezwał: