– A jego serce wciąż bije i wcale nie chce przestać. Mimo obrażeń nie mogę oficjalnie stwierdzić zgonu, póki nie ustanie praca serca.
– A eutanazja?
– To wbrew prawu, ot co. I bez względu na jego stan ja tego nie zrobię. Już teraz wiele ryzykuję, bo odciąłem go od aparatury. Mogę stracić prawo wykonywania zawodu.
– Czy widziała go Moira, jego żona?
– Wie, że miał wypadek, ale nic poza tym. Oczywiście, robimy wszystko, co możemy, aby nie zobaczyła męża.
– A co z Danem Machinem? Czy jest jakaś poprawa?
– W dalszym ciągu jest w letargu. Ale czemu nie przyjedzie pan zobaczyć go na własne oczy? Przydałoby mi się trochę moralnego wsparcia. Tu, w szpitalu, nie mogę z nikim porozmawiać o zeszłej nocy. Oni wszyscy są tak cholernie trzeźwi, że pomyślą, iż należę do jakiejś sekty… lub zajmuję się magią.
– Dobra. Będę za pół godziny.
Ogoliłem się, założyłem kremowy dżinsowy garnitur i czerwoną koszulę i ochlapałem się wodą Brut. To zadziwiające, co dla stanu ducha może zrobić zmiana ubrania. Potem zaścieliłem łóżko, wypłukałem szklankę po kawie, posłałem całusa Doiły Parton na plakacie, który wisiał w przedpokoju, i zszedłem na dół, na ulicę.
Był jasny ranek – jeden z tych, które powodują, że od blasku mrużą się oczy. Błękitne niebo i strzępiaste chmurki były silnym argumentem, że życie jeszcze potrafi być zwyczajne, i że wypadek ostatniej nocy mógł być tylko jednostkowym, nietypowym i niemiłym wybrykiem natury. Poszedłem aż do rogu i tam zatrzymałem taksówkę. Niegdyś miałem samochód, ale opłacanie go zawsze w terminie z pensyjki pracownika wydziału służb miejskich było podobne do próby przepchania ścieku szczoteczką do zębów. Pewnego mglistego poranka zjawili się panowie, dokonali zajęcia i odjechali w siną dal moim monte carlo w kolorze błękitnego metaliku. Dopiero gdy zniknęli, uświadomiłem sobie, że w schowku na rękawiczki zostawiłem okulary w stylu Evel Knievel.
Gdy taksówka przejeżdżała przez Fulton w kierunku szpitala, który był taką wielopoziomową konstrukcją z drewna i betonu, z widokiem na ocean, kierowca zauważył głośno:
– Patrz pan na te piekielne ptaki. Widział pan kiedy coś podobnego?
Podniosłem oczy znad „Examinera", w którym szukałem wzmianki o wypadku Bryana Cordera. Skręciliśmy między starannie przycięte żywopłoty na obszerny dziedziniec szpitalny i stwierdziłem, zafascynowany i poruszony, że na dachu budynku siedziały szare ptaki. Nie było to jakieś stadko, które przypadkowo zdecydowało się tam wylądować. Były ich tysiące, obsiadły krawędź dachu, widoczne na tle nieba wzdłuż dachu głównego budynku i na każdym ze skrzydeł szpitala, i na garażach.
– Takie coś to ja nazywam dziwnym – oznajmił taksówkarz, wykręcając samochodem na dziedzińcu i podwożąc mnie pod drzwi wejściowe. Dziwnym przez duże „de".
Wygramoliłem się z taksówki i przez chwilę stałem tam, patrząc na trzepoczące szeregi szarości. Nie wiedziałem, jaki to gatunek. Były duże, wielkością zbliżone do gołębi, ale były szare jak burzowe niebo albo jak morze w niespokojny dzień. Co gorsza, milczały. Nie ćwierkały ani nie śpiewały. Siedziały na dachu szpitala, ich ciemne pióra mierzwił ciepły powiew znad Pacyfiku; cierpliwe i nieme jak ptaki na granitowym nagrobku.
– Widział pan ten film Hitchcocka? – zapytał taksówkarz – ten, o ptakach, które dostają szmergla?
Kaszlnąłem. – Nie musi mi pan o tym przypominać, bardzo dziękuję.
– No, a może stało się to – powiedział. – Może od teraz wszystko przejmą ptaki. Mówiąc szczerze, chciałbym zobaczyć, jak jakieś ptaszysko stara się prowadzić mojego grata. Dzisiaj rano dwa razy spadł mi pasek klinowy. Chciałbym zobaczyć, jak ptaszydło zakłada pasek klinowy.
Zapłaciłem taksiarzowi i przeszedłem przez drzwi automatyczne do chłodnego wnętrza szpitala. Wszystko tam było urządzone ze smakiem. Włoska terakota na podłodze, malarstwo Davida Hockneya, palmy, cicha muzyka. Człowiek mógł trafić do Elmwood Foundation wtedy, gdy miał opłacone wszystkie ubezpieczenia.
Dyżurująca pielęgniarka była ubrana w obcisłą białą sukienkę, na której widok zapewne niejeden sercowiec w poważnym stanie poczuł się gorzej. Miała natapirowane czarne włosy, na których jej czepeczek siedział niby świeżo zniesione jajko w gnieździe. Usta połyskiwały bielą zębów, którymi mogłaby obdzielić jeszcze ze trzy podobne do niej osoby. Tyle że trzech takich osóbek nikt by nie znalazł, ba, poza nią nie istniała nawet jedna taka sama.
– Cześć – powiedziała. – Nazywam się Karen.
– Cześć, Karen, jestem John. Co robisz dzisiaj wieczorem?
Uśmiechnęła się.
– Dziś jest środa. Zawsze w środę wieczorem myję włosy.
Popatrzyłem na wypiętrzoną stertę.
– To znaczy, że ty to myjesz? Myślałem, że tylko kładziesz nowy lakier.
Naburmuszyła się i szturchnęła palcem guzik, żeby połączyć się z doktorem Jarvisem.
– Niektórzy z nas jeszcze wierzą w stare wartości – powiedziała z przekąsem.
– Mówisz o pantoflach na szpilkach i samochodach z płetwami?
– A czy jest coś złego w szpilkach i samochodach z płetwami?
– Nie wiem, może ty mi to powiesz. Pielęgniarka zamrugała uczernionymi rzęsami. Na szczęście w windzie pojawił się doktor Jarvis i podszedł z wyciągniętą dłonią.
– John! Jak się cieszę, że pana widzę! Skinąłem znacząco głową w kierunku brunetki z izby przyjęć.
– Prawdopodobnie obaj czujemy to samo – powiedziałem. – Wydaje mi się, że wasza panienka z rejestracji przetrzymuje swój mózg w dolnej szufladzie biurka.
Jarvis poprowadził mnie do windy i wjechaliśmy na piąte piętro. Cicha muzyczka przygrywała Moon River, co podobno (jeśli nie miało się sprecyzowanych gustów muzycznych) działało uspokajająco.
Wyszliśmy na błyszczący korytarz, rozświetlony matowymi neonówkami i zawieszony mdłymi litografiami przedstawiającymi Mili Yalley i Sausalito. Doktor poprowadził mnie do szerokich mahoniowych drzwi i popchnął je. Posłusznie szedłem za nim i znalazłem się w pokoju obserwacyjnym, gdzie jedną ze ścian zastąpiono taflą szkła, za którą rozciągało się mroczne, błękitnawe wnętrze oddziału intensywnej opieki medycznej. Doktor Jarvis zachęcił mnie: