Выбрать главу

Doktor Jarvis westchnął i potarł oczy.

– Nie wiem dokładnie, co ja sugeruję. Może powinniśmy raz jeszcze pójść do tego domu i zapytać Wallisa, czy zniknął też odgłos bicia serca.

– Jeżeli pan się odważy, to i ja pójdę. Wallis nie kontaktował się ze mną.

– Zostawiono mi wiadomość, że telefonował – powiedział doktor Jarvis. – Prawdopodobnie pytał o Cordera.

Jarvis wyszukał numer w notatniku i zatelefonował do Wallisa. Czekał, czekał, czekał… Wreszcie odłożył słuchawkę i oznajmił:

– Nie zgłasza się. Chyba zrobił jedyną rozsądną rzecz: wyszedł.

Dokończyłem drinka.

– A pan by tam siedział? Bo ja nie. Ale zajrzę do niego później po południu. Doszedłem do wniosku, że wezmę sobie dzisiaj w pracy wolny dzień.

– A San Francisco nie stęskni się za swoim ulubionym stróżem sanitarnym? Zgasiłem papierosa, rozgniatając go w popielniczce.

– I tak już myślałem o zmianie pracy. Może się zajmę medycyną, myślę, że to spokojne zajęcie.

Zaśmiał się. Upiłem parę łyków.

– Widział pan ptaki?

– Ptaki? Jakie ptaki? Całą noc tkwię przy Corderze.

– To dziwne, że nikt panu o tym nie wspomniał. Cały wasz szpital wygląda jak ptasi rezerwat. Podniósł jedną brew.

– Co to za ptaki?

– Nie wiem. Nie jestem drugim Audubonem. Są duże i takie jakieś szare. Niech pan wyjdzie i popatrzy. Wyglądają złowrogo. Gdybym nie był lepiej wychowany, powiedziałbym, że to ptaki padlinożerne, czekające na zgon nieszczęsnych bogatych pacjentów Elmwood.

– Dużo ich jest?

– Tysiące. Nich pan policzy.

W tej chwili zadzwonił telefon. Doktor Jarvis podniósł słuchawkę i przedstawił się.

Słuchał przez chwilę, potem powiedział:

– Okay. Idę – i rzucił słuchawkę.

– Co się stało? – zapytałem.

– To Corder. Nie wiem, do cholery, w jaki sposób on to robi, ale doktor Crane twierdzi, że usiłuje usiąść.

– Usiąść? Chyba pan żartuje! Przecież ten facet to prawie trup!

Zostawiliśmy nasze koktajle i szybko wróciliśmy korytarzem do pokoju obserwacyjnego. Był tam doktor Crane i brodaty patolog doktor Nightingale oraz proporcjonalnie zbudowana czarna kobieta, którą mi przedstawiono jako doktor Weston, specjalistkę od uszkodzeń mózgu. Mimo tej proporcjonalnej budowy mówiła i zachowywała się jak prawdziwa znawczyni uszkodzeń mózgu, więc trzymałem się od niej z daleka. Któregoś dnia pozna przystojnego neurologa i założy rodzinę.

Ale to, co się działo w błękitnej głębi za przeszkloną ścianą, oszołomiło mnie. Poczułem, że brak mi tchu, jak gdybym wchodził do basenu, w którym woda jest o dziesięć stopni zimniejsza, niż przypuszczałem.

Bryan Corder miał głowę odwróconą i mogliśmy dostrzec tylko tył jego czaszki i gołe mięśnie na karku, jak czerwone sznury, przeplatane żyłami. Lecz on się poruszał, naprawdę poruszał. Sięgał ręką, jakby chciał za coś chwycić albo coś odepchnąć, a nogi poruszały się.

Doktor Jarvis szepnął:

– Na Boga, nie da się go powstrzymać?

Doktor Crane, poruszając głową, która wydawała się o dwa rozmiary za duża, udekorowaną okularami, powiedział:

– Już zastosowaliśmy środki uspokajające. Nie wydaje się, żeby wywołały jakikolwiek efekt.

– To będziemy musieli przywiązać go pasami. Przecież on nie może się ruszać. To okropne!

Doktor Weston, ta czarnoskóra dama, przerwała mu.

– Być może to okropne, doktorze, ale w zupełności bezprecedensowe. Może powinniśmy pozwolić mu robić to, na co ma ochotę. I tak nie przeżyje.

– Na rany Chrystusa! – warknął Jarvis. – To wszystko jest nieludzkie!

Nikt z nas właściwie nie pojmował, jak dalece to było nieludzkie, aż do momentu, gdy Bryan nagle podniósł się na łokciu i powoli zszedł z łóżka.

Doktor Jarvis tylko rzucił okiem na mocno zbudowaną postać z upiorną czaszką osadzoną na ramionach, na tę zielono odzianą postać, która stała bez żadnej pomocy w świetle błękitnym jak błyskawica, błękitnym jak śmierć, i wrzasnął do praktykanta:

– Weź go z powrotem do łóżka! Rusz się! Pomóż mi!

Praktykant stał przykuty do miejsca, blady jak kreda i przerażony, ale doktor Jarvis popchnął drzwi łączące salę obserwacyjną i salę intensywnej terapii, a ja wszedłem za nim.

Panował tam dziwny, „chłodny" zapach przypominający mieszaninę alkoholu etylowego i czegoś słodkiego. Bryan Corder, a raczej to, co z niego zostało, stał w odległości mniej więcej metra od nas, milczący i niewzruszony, a z jego czaszki wyzierała drapieżna śmierć.

– John – powiedział doktor Jarvis cicho.

– Tak?

– Chcę, aby wziął go pan za lewą rękę i poprowadził z powrotem do łóżka. Musi pan uważać, aby szedł tyłem, wówczas będziemy mogli pchnąć go na łóżko i w ten sposób zmusić do siadu. Potem wystarczy podnieść mu nogi i położyć je i już go będziemy mieli na plecach. Widzi pan paski umocowane pod materacem? Gdy tylko uda się nam go ułożyć, zapinamy je. Czy to jasne?

– Tak.

– Boi się pan?

– Założymy się?

Doktor Jarvis oblizał wargi w nerwowym oczekiwaniu.

– Dobra, do roboty.

Serce Bryana, według migających równomiernie punkcików na monitorze, podłączonym do drutów wciąż zwisających z jego piersi, ciągle biło powoli, dwadzieścia cztery razy na minutę. Ale w tamtej chwili wydawało mi się, że mój własny puls jest jeszcze wolniejszy. W ustach czułem suchość, a nogi zdawały się powyginane i niepewne, jak podczas brodzenia w czystej wodzie, gdy się je widzi zniekształcone na skutek załamania światła.

Podchodziliśmy powolutku, z podniesionymi rękami. Oczy wlepiliśmy w czaszkę Bryana. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że Bryan ciągle widzi mimo pustych oczodołów. Posunął się w naszym kierunku, wlokąc nogi po podłodze, a gołe wiązadła, które podtrzymywały jego szczękę, zaczęły drgać.

– Boże! – wyszeptał doktor Jarvis – on próbuje coś powiedzieć!

Przez chwilę wydawało mi się, że nie będę miał tyle odwagi, aby chwycić Bryana za ramię i zmusić go, żeby wrócił do łóżka. A jeśli zacznie się opierać? Jeśli będę musiał dotknąć tej nagiej, żyjącej czaszki? W tym momencie doktor Jarvis syknął: