– Panie Wallis?
Przybliżyłem się do niego i przykląkłem, żeby przyjrzeć się z bliska tej spurpurowiałej, obrzmiałej twarzy. Nie czułem jego oddechu. Przełknąłem ślinę, starając się utrzymać serce w piersi, tam gdzie było jego miejsce, a potem powoli i nerwowo pochyliłem się do telefonu.
Wykręciłem numer szpitala Elmwood Foundation. Zdawało mi się, że upłynęła godzina, zanim wreszcie usłyszałem głos rejestratorki:
– Elmwood, słucham.
– Proszę połączyć mnie z doktorem Jarvisem – wyszeptałem. – To nagły wypadek.
– Proszę mówić głośniej. Wcale pana nie słyszę.
– Doktor Jarvis! – wychrypiałem. – Niech mu pani powie, że to pilne!
– Chwileczkę, proszę.
Czekałem na połączenie, słuchając przesłodzonej muzyczki. Z niepokojem spoglądałem na napuchniętą twarz Seymoura Wallisa i miałem tylko nadzieję, że nie skoczy nagle i nie pochwyci mnie.
Muzyka umilkła i pielęgniarka powiedziała:
– Przykro mi, ale doktor Jarvis jest na obiedzie, nie wiemy dokładnie gdzie. Czy chciałby pan rozmawiać z innym lekarzem?
– Nie, dziękuję. Podjadę do was.
– To proszę wchodzić południowym wejściem. Wezwaliśmy służby porządkowe, aby usunęły ptaki.
– Te ptaki wciąż tam są?
– Żeby pan wiedział. Są wszędzie.
Odłożyłem słuchawkę i ostrożnie wycofałem się w stronę drzwi. Gdy byłem o krok lub dwa od nich, krzesło obrotowe, na którym siedział Seymour Wallis, nagle przekręciło się i ogromne cielsko upadło na dywan. Stanąłem jak sparaliżowany, niezdolny ani do ucieczki, ani do myślenia. Kiedy trochę ochłonąłem, dotarło do mnie, że może on jednak żyje. Podszedłem i ukląkłem przy nim.
– Panie Wallis? – wyszeptałem, chociaż przyznaję się, nie miałem wielkiej nadziei na odpowiedź.
Nie poruszył się. Leżał spuchnięty jak topielec, który przez kilka tygodni moczył się w morzu.
Znowu wstałem. Na biurku Wallisa leżał tani notes, w którym najwyraźniej coś zapisywał. Podniosłem go i przerzuciłem kilka kartek. Były zapełnione ciężkim, zaokrąglonym pismem, przypominającym niewyrobione pismo dziecka. Wyglądało na to, że Seymour Wallis usiłował notować, zanim coś mu przeszkodziło.
Przechyliłem notatnik, aby przytłumione światło z zewnątrz padło na stronice. Odczytałem: „Wiem teraz, że te wszystkie katastrofy we Fremoncie były jedynie katalizatorem o wiele straszniejszych wydarzeń. To, co odkryliśmy, nie było samym stworzeniem, ale jedynie talizmanem, który mógł to coś ożywić. Być może istniała jakaś data jego powrotu. Może te wszystkie wydarzenia spod złej gwiazdy były jedynie przypadkowe. Ale jednej rzeczy jestem absolutnie pewny. Od dnia kiedy odkryłem talizman we Fremoncie, nie miałem wyboru – musiałem kupić ten dom oznaczony numerem 1551. Prastare wpływy były zbyt silne dla kogoś tak słabego jak ja i nieświadomego ich dominującej siły, nie mogącego się im sprzeciwić".
Na tym kończył się zapis. Niczego nie rozumiałem. Może Seymour Wallis myślał, że jego pech z Fremontu dopadł go wreszcie i, sądząc po tym, co się stało, gotów byłem z nim się zgodzić. Ale w tamtej chwili myślałem o jednym – wydostać się z tego domu i skontaktować z doktorem Jarvisem. Miałem uzasadnione przeczucie, że w willi tej tkwiło jakieś posępne zło, a jeśli już trzy osoby tak straszliwie ucierpiały, starając się dowiedzieć, czym ono było, to nie miałem wątpliwości, że z łatwością mogę stać się tą czwartą.
Wyszedłem przez hali rzucając w tył spojrzenie na schody, na wszelki wypadek, gdyby stało tam w górze coś strasznego. Potem wyminąłem kołatkę i skoczyłem na werandę. Gdy odwróciłem się, aby zamknąć drzwi, zauważyłem coś, co wprowadziło mnie w osłupienie.
Na pierwszej kolumience balustrady nie było figurki. Niedźwiedzica zniknęła.
Pod szpitalem brygada do tępienia szkodników usiłowała przepędzić szare ptaszyska, strzelając ze ślepych naboi. Rozpoznałem wśród przybyłych ludzi Innocentiego i podszedłem, żeby się zapytać, jak im idzie praca.
Innocenti skierował kciuk w stronę nierównych szeregów niemych ptaków, które wciąż oblegały dachy, i wcale im nie przeszkadzał głośny trzask wystrzałów.
– Nigdy takich nie widziałem – powiedział z obrzydzeniem. – Wrzeszczysz, a one siedzom. Krzyczysz, a one siedzom. Posłaliśmy na dach Henriquesa z kołatkom, a one co, siedzom. Może som głuche. Może im wszystko jedno. Siedzom i nawet nie srajom.
– Dowiedzieliście się, co to za ptaki? – zapytałem.
Innocenti wzruszył ramionami.
– Gołębie, kruki, kaczki, kto tam je zna? Nie jestem ornitologiem.
– Może mają jakąś charakterystyczną cechę.
– Jasne. Są tak, cholera, leniwe, że nawet nie odlatujom.
– Nie o to mi chodzi. Myślałem, że może to jest jakiś specjalny rodzaj ptaków.
Innocenti był nieporuszony.
– Panie Hyatt, według mnie to mogą być nawet strusie. Ja tylko wiem, że muszę je ściongnońć z tego dachu i póki ich nie ściongne, muszę kiblować tutaj i przepadnie mi obiad. A pan wie, co jest na obiad?
Pomachałem mu po przyjacielsku ręką i przeszedłem do wejścia.
– Osso buco – krzyknął za mną. – Oto co jest na obiad!
Wszedłem do budynku i przez hali w stylu włoskim udałem się prosto do wind. Elegancki stalowy zegar ścienny wskazywał siódmą. Minęły cztery godziny, odkąd telefonowałem do doktora Jarvisa z budki na rogu ulic Mission i Pilarcitos. Cztery godziny, odkąd załoga karetki zajechała pod dom, żeby zabrać rozdęte ciało Seymoura Wallisa, przykryte zielonym kocem. Każdy stojący obok, mimo tego koca, mógł dostrzec, że było straszliwie spuchnięte, spuchnięte bardziej, niż można się było spodziewać po zwykłym trupie. Upłynęły cztery godziny od czasu, kiedy doktor Jarvis i doktor Crane zaczęli szczegółową autopsję.
Windą pojechałem na piąte piętro i przeszedłem korytarzem do gabinetu Jamesa Jarvisa. Wszedłem i przeszukałem jego biurko, żeby znaleźć butelkę ginu. Potem rozsiadłem się i mocno pociągnąłem drinka, i – na świętego Antoniego i świętą Teresę – to mi było potrzebne.
Całe popołudnie starałem się odnaleźć Jane. Dzwoniłem do każdego z naszych wspólnych bliższych i dalszych znajomych, aż wreszcie skończyły mi się dziesięciocentówki i cierpliwość. Pokrzepiłem się hamburgerem wzmocnionym plastrem żółtego sera i kubkiem czarnej kawy, następnie udałem się do Elmwood. Czułem się bezradny, zagubiony, sfrustrowany i wystraszony.