Выбрать главу

Przygotowałem sobie następny gin z tonikiem, gdy wszedł doktor Jarvis i rzucił kitel na krzesło.

– Cześć – powiedział nieco lakonicznie. Podniosłem szklankę. – Zadomowiłem się. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe.

– Czemu? Zrób mi jednego, skoro już się za to wziąłeś.

Wrzuciłem lód do drugiej szklanki.

– Skończyliście autopsję Wallisa? – zapytałem.

Usiadł ciężko i potarł twarz dłonią.

– O tak, skończyliśmy.

– No i?

Popatrzył przez palce, oczy miał czerwone ze zmęczenia i skupienia.

– Naprawdę chcesz wiedzieć? Chcesz się w to mieszać? Nie musisz się w to pchać, wiesz. Jesteś tylko przedstawicielem wydziału sanitarnego.

– Może masz rację, ale ja już w tym siedzę. Jim, przecież Dań Machin i Bryan Corder byli moimi przyjaciółmi. A teraz Seymour Wallis. Czuję się odpowiedzialny.

Jarvis sięgnął do kieszeni po papierosy. Zapalił jednego drżącą ręką, po czym rzucił mi paczkę. Zostawiłem ją tam, gdzie upadła. Chciałem wiedzieć, co jest grane, zanim usiądę wygodniej i odprężę się.

Jim westchnął i spojrzał na sufit, jakby znajdował się tam sufler, który ma mu podpowiadać. – Rozpatrzyliśmy każdą możliwość. Mówię ci, każdą. Ale ta rozedma ciała była spowodowana tylko jednym czynnikiem, jedynym, i bez względu na wszystkie nasze hipotezy zawsze wracaliśmy do tego samego wniosku.

Pociągnąłem ginu. Nie przerywałem. Chciałem usłyszeć wszystko.

– Jako przyczynę śmierci podamy oficjalnie chorobę krwi. To takie pozorne kłamstewko, bo Seymour Wallis cierpiał na poważną chorobę krwi. Nie brakowało mu czerwonych ciałek ani nie było innych symptomów choroby. Ale – najprościej – on miał za dużo krwi.

– Za dużo?

Skinął głową.

– Normalny człowiek ma cztery i pół litra krwi krążącej po ciele. Spuściliśmy krew z ciała Seymoura Wallisa i zmierzyliśmy jej objętość. Miał rozdęte arterie, żyły i naczyńka włosowate, ponieważ w jego ciele było jedenaście litrów krwi.

– Jedenaście litrów?

Doktor Jarvis wypuścił dym.

– Wiem, że brzmi to idiotycznie, ale tak właśnie jest. Wierz mi, gdybym sądził, że uda się wmieść całą tę sprawę pod dywan, wylałbym nadmiar krwi do zlewu.

Siedział przez chwilę, gapiąc się na swe zabałaganione biurko. Te wszystkie dziwaczne wydarzenia związane z Seymourem Wallisem i jego złowrogim domem nie pozwalały mu na robotę papierkową.

– Czy była tu policja?

– Poinformowaliśmy ich.

– I co powiedzieli?

– Czekają na wyniki autopsji. Cała rzecz w tym, że nie wiem, co mam im powiedzieć.

Dopiłem drinka.

– Powiedz im, że zmarł śmiercią naturalną.

Doktor Jarvis uśmiechnął się sardonicznie i mruknął:

– Naturalną? Mając prawie trzy galony krwi w żyłach? A poza tym sprawa wygląda jeszcze gorzej.

– Gorzej?

Nie spojrzał w moją stronę, ale zauważyłem, że mocno go coś gryzło.

– Oczywiście zrobiliśmy analizę krwi i daliśmy ją do wirówki. Doktor Crane jest jednym z najlepszych patologów. A przynajmniej za to mu się płaci. On twierdzi, że nie ma nawet cienia wątpliwości – krew pobrana z ciała Seymoura Wallisa nie jest krwią ludzką.

Zaległa chwila ciszy. Jarvis odpalił następnego papierosa od niedopałka.

– Nie ma wątpliwości, że całe jedenaście litrów krwi należało do jakiegoś gatunku psa. Cokolwiek się przydarzyło Seymourowi Wallisowi, to ta krew, z którą umarł, nie była jego krwią.

IV

Zadzwoniła Jane. Przepraszała, że nie zastałem jej w czasie lunchu, i miała nadzieję, iż nie denerwowałem się. Rzuciłem spojrzenie na doktora Jarvisa i powiedziałem:

– Denerwować się? A wiesz, co się stało?

– Widziałam w telewizji. Umarł Seymour Wallis.

– Powiedzmy, że było trochę gorzej. Umarł, mając w sobie więcej krwi, niż zużywa Sam Peckinpah podczas realizacji jednego filmu. Jedenaście litrów. A co więcej, Jim twierdzi, że nie była to jego własna krew. Poddali ją analizie i okazało się, że to krew psa.

– Żartujesz.

– Jane, jeżeli uważasz, że jestem w nastroju do żartów…

– Nie o to mi chodzi – wtrąciła szybko. – Pomyślałam tylko, że to wszystko się łączy.

– Łączy? Z czym łączy?

– Właśnie to usiłowałam ci powiedzieć – ciągnęła. – W przerwie obiadowej pojechałam do Sausalito. Pamiętasz te wszystkie historie indiańskie, o których ci opowiadałam? Mam przyjaciół w Sausalito, którzy znają niemało Indian, i wiedzą co nieco o kulturze indiańskiej. Słyszeli o tym demonie, którego nazywa się Pierwszym, Który Użył Słów dla Siły, i uważają, że powinnam pojechać do Round Valley i porozmawiać tam z jednym z szamanów.

Westchnąłem i nie odezwałem się. Jane zapytała:

– John? Słyszałeś mnie?

– Tak. Słyszałem.

– Nie uważasz, że to dobry pomysł?

– Poczekaj chwilę.

Zakryłem dłonią słuchawkę i zwróciłem się do Jima Jarvisa.

– Jane jest przekonana, że to wszystko, co działo się w domu Seymoura Wallisa, jest związane z legendą indiańską. Teraz chce konsultować się z jakimś szamanem z północy. Co myślisz?

Wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Może to dobry pomysł. Jakakolwiek koncepcja jest lepsza niż jej brak.

Podniosłem dłoń.

– Dobra, Jane. Doktor Jarvis uważa, że trzeba spróbować.

– I tak byście mnie nie powstrzymali – odparła cierpko.

– Jane – powiedziałem zirytowany – spędziłem całe przeklęte popołudnie starając się dowiedzieć, gdzie się podziałaś. Dwóch ludzi jest rannych, jeden zginął. W tej chwili nie powinniśmy włóczyć się samopas.

– Nie przypuszczałam, że tak ci na tym zależy – odpaliła.

– Do diabła, wiesz, że zależy.

– Więc jeśli aż tak ci zależy, to pojedź razem ze mną do Round Valley. Pożyczam samochód od Billa Thorogooda.

Położyłem słuchawkę. Na szczęście następnym dniem była sobota i nie musiałem wymyślać historyjek dla mojego szefa, Douglasa P. Sharpa. Powiedziałem do Jarvisa: