– Wygląda, że dałem się w to wciągnąć. Mam tylko nadzieję, że warto.
Rozgniótł drugiego papierosa i wzruszył ramionami:
– Czasami spotyka się takie przypadki medyczne, które podniecają. Prawdziwe wyzwania, na przykład ciężkie zatrucia lub nietypowe, złożone złamania. W takich chwilach czuję, że warto być lekarzem. Mimo całej polityki szpitalnictwa, awantur o przydziały finansowe i tych wszystkich bzdur.
Podniósł oczy i dodał:
– Ale bywa też inaczej, gdy człowiek nie rozumie, do cholery, co się dzieje, i jest bezsilny. Tak jak teraz. Mogę całą resztę dnia skakać od Dana Machina do Bryana Cordera, a potem do Seymoura Wallisa, ale nie jestem w stanie zrobić niczego, co mogłoby chociaż jednemu pomóc.
Sięgnął po papierosy.
– Innymi słowy, John, jedź do Round Valley i uważaj siebie za szczęśliwca, ponieważ możesz cokolwiek robić. Bo ja nie mogę.
Przez chwilę patrzyłem na niego.
– Nie wiedziałem, że lekarze miewają chandrę. Sądziłem, że tak bywa tylko w telewizji.
Chrząknął.
– A ja myślałem, że to, co się tu w tej chwili dzieje, zdarzało się tylko w złych snach.
Sobotni poranek był jasny i czysty. Popędziliśmy przez most Golden Gate, pod nami migotał ocean, a słońce błyskało w linach i przęsłach, rozszczepione jak w stroboskopie. Jane rozsiadła się w fotelu, ubrana w czerwoną jedwabną bluzkę i białe levisy. Na nosie miała ogromne okulary słoneczne, a głowę przewiązała czerwonym szaliczkiem. Bili Thorogood miał szczęście być właścicielem białego jaguara XJ12 i był tak marnotrawny, że go wypożyczał. Siedziałem więc za kierownicą i udawałem, że jestem pomniejszym gwiazdorem filmowym na jednodniowym wypadzie do jakiegoś odludnego i drogiego miejsca, a nie pracownikiem wydziału sanitarnego, który musi przejechać sto sześćdziesiąt mil do Round Valley.
Sunęliśmy trasą sto jeden przez hrabstwa Marin i Sonoma, przez Cloverdale, Preston i Hopland, i zatrzymaliśmy się w Ukiah na lunch, a słońce stało wysoko na miedzianym niebie i wiał wiatr znad jeziora Mendocino. Siedząc na niskim murku przed przydrożną restauracją, jedliśmy bułki z chili i patrzyliśmy, jak jakiś ojciec usiłował wepchnąć do swojego samochodu pięcioro dzieci razem z wyposażeniem wędkarskim, dmuchanymi materacami i namiotami. Za każdym razem, gdy poupychał ekwipunek, jakiś dzieciak wyłaził i wtedy facet musiał przejść na tył samochodu i zaczynać wszystko od początku.
– Daremność żywota – odezwała się Jane. – Zaledwie człowiek coś w życiu zrobi lub osiągnie, a już mu się to wszystko rozlatuje.
– Wcale nie uważam, że życie jest daremne.
Jane napiła się cocacoli z puszki.
– Nie wydaje ci się, że ktoś bawi się nami? Teraz na przykład?
– Nie wiem. Sądzę, że sprawa jest poważniejsza. Ale jestem przekonany, że musimy walczyć z tym kimś lub czymś.
Pochyliła się i dotknęła mojej dłoni.
– Właśnie to w tobie lubię, John. Tę gotowość do walki.
Wsiedliśmy z powrotem do samochodu, który z piskiem opon wyprowadziłem z parkingu. Skierowaliśmy się znowu na północ, pędząc trasą sto jeden do Longvale, następnie skręciliśmy w kierunku wzgórz do Dos Rios i rzeki Eel, a potem w górę, do rezerwatu Round Valley.
Szaman, z którym się umówiliśmy na spotkanie, nazywał się George Tysiąc Mian. Jane wiedziała tylko, że był jednym z najstarszych i najbardziej poważanych szamanów południowego zachodu, oraz że więcej czasu spędzał w San Francisco i Los Angeles niż na północy stanu, pracując dla indiańskich korporacji inwestycyjnych i chroniąc prawa Indian. Obecnie przebywał wraz z rodziną w swym domu w Round Valley, a każdy, kto chciał się z nim zobaczyć, musiał sam do niego przyjechać.
Jaguar powoli podskakiwał na drodze pokrytej koleinami, biegnącej doliną między wysokimi sosnami i obłymi górkami do siedziby szamana. Dom stał na uboczu w pewnym oddaleniu od domków i przyczep, w których mieszkała większość Indian z Round Valley, na zalesionym grzbiecie nad rzeką Eel. Gdy podjeżdżaliśmy wyboistą drogą, powoli odsłaniał się widok na budynek w stylu szwajcarskiego domku górskiego. Był dwupoziomowy, wykonany według specjalnego projektu architektonicznego, z balkonami i szerokimi rozsuwanymi oknami.
– Niezłe tipi – zauważyła Jane.
Zatrzymałem jaguara u stóp drewnianych schodków prowadzących do domu. Potem wygrzebałem się ze środka i, mrużąc oczy w słońcu, wypatrywałem oznak życia. Kilkakrotnie nacisnąłem klakson, po czym rozsunęło się jedno z okien i niewielki mężczyzna, ubrany w kraciastą koszulę i spodnie z kantami, wyszedł na balkon.
– Dzień dobry! – zawołałem. – Czy mam przyjemność z George'em Tysiąc Mian?
– George Tysiąc Mian to ja, a pan?
– Nazywam się John Hyatt. A to jest Jane Torresino. Pani Torresino umawiała się na wizytę.
– Nie jestem dentystą – odpowiedział George Tysiąc Mian. – Nie trzeba się ze mną umawiać na wizyty. Ale pamiętam. Proszę na górę.
Wdrapaliśmy się na schody prowadzące na balkon. George Tysiąc Mian podszedł i podał nam rękę. Z bliska wyglądał na jeszcze mniejszego: miniaturowy i delikatny mężczyzna z twarzą poznaczoną i pogniecioną niby kapuściany liść. Ale trzymał się bardzo prosto i miał w sobie jakieś dostojeństwo, przez co sprawiał wrażenie kogoś niezwykle ważnego. Był obwieszony naszyjnikami i amuletami, które zdawały się niezmiernie stare, mocne i tajemnicze, ale nosił je tak swobodnie, jakby były tylko ozdobami. Na przegubie miał zegarek od Cartiera. Był ze złota, z cyferblatem rzeźbionym w tygrysim oku.
– Pani przyjaciele z Sausalito nadmienili, że martwią was niektóre z naszych legend – powiedział George Tysiąc Mian, wprowadzając nas do wnętrza. Było to zaciszne, eleganckie domostwo, wybudowane z drewna sosnowego, wypełnione indiańskimi dywanikami i poduszkami. Przez półotwarte, rozsuwane drzwi mogłem dojrzeć nowoczesną kuchnię, gdzie stała kuchenka z ceramiczną płytą oraz kuchenka mikrofalowa.
Jane dała Indianinowi gliniany pojemnik z tytoniem, który kupiła tego rana w Healdsburgu.
– Słyszałam, że to takie raczej tradycyjne – powiedziała. – Mam nadzieję, że panu odpowiada marka Klompen Kloggen.
George Tysiąc Mian uśmiechnął się.
– Nie wiem, czemu biali zawsze zachowują się przepraszająco w obliczu tradycji – powiedział. – Oczywiście to świetna marka. Usiądźcie, proszę. Czy napijecie się kawy?