Выбрать главу

– Jedźmy?

Indianka przyniosła drinki i George Tysiąc Mian uniósł swoją szklanicę z whisky.

– Nie sądzicie chyba, że pozwolę białym zagarnąć największego indiańskiego demona dla siebie? O tej sprawie czerwoni bracia będą mówić przez pokolenia. A teraz wypijmy za pomieszanie wrogom szyków!

Podniosłem moją wódkę.

– Nie jestem pewny, czy akurat za pomieszanie wrogom szyków – odezwałem się oschle. – Wiem natomiast jedno: w mojej głowie wszystko się pomieszało.

Z szybkością dziewięćdziesięciu mil na godzinę wracaliśmy nocą do San Francisco. W szybę biły ćmy, a nasze napięte twarze jaśniały dziwnym blaskiem od oświetlenia tablicy rozdzielczej jaguara. Z piskiem opon braliśmy zakręty w górach, wreszcie wydostaliśmy się na drogę sto jeden, która wiła się przez Willitis, Ukiah, Cloverdale do hrabstwa Sonoma. Tuż po północy przejechaliśmy granicę hrabstwa Marin, ale dopiero gdy zobaczyłem światła San Francisco połyskujące nad ciemną zatoką, zdjąłem nogę z gazu i przejechałem Golden Gate stateczną czterdziestką.

George Tysiąc Mian pochrapywał na tylnym siedzeniu, ale obudził się raptownie, gdy skręciliśmy z Presidio Drive w górę, do szpitala. Przeciągnął się i powiedział:

– Problem z angielskimi samochodami tkwi w tym, że wymagają one, aby cały czas siedzieć w nich na baczność. Przecież nie jestem właścicielem ziemskim, do cholery?

– Nie musiał pan jechać – przypomniałem mu, gdy skręciłem na szpitalny podjazd i samochód podskokami znalazł się na dziedzińcu.

– To tak, jakby powiedzieć Custerowi, żeby nie szedł nad Little Big Horn – odparował.

– Aż takim jest pan pesymistą? – zapytała Jane.

George Tysiąc Mian bardzo głośno wytarł nos.

– Pesymizm nie jest cechą typową dla Indian. Zanim wyjechałem, sprawdziłem przepowiednie na ten dzień. Wydawały się w porządku, choć na horyzoncie jest chmura nie większa od męskiej pięści.

– Oto i ptaki – oznajmiłem, wskazując je palcem. – Wygląda na to, że miejskie służby sanitarne poddały się.

Gdy jechaliśmy podjazdem, światła jaguara łysnęły po nastroszonych szeregach ptasich. Zatrzymałem samochód i wygramoliliśmy się. George Tysiąc Mian stał na wietrze w ciemnościach, patrząc na milczące zastępy pierzastych świadków powrotu Kujota ze świata zmarłych.

– No i? – zapytałem.

Pokiwał głową.

– Nie ma wątpliwości. To są te rzadkie ptaki, które my nazywamy Szarym Smutkiem. Widziano je, gdy się zbierały pod Wounded Knee i podczas pogrzebu Siedzącego Byka, i w czasie śmierci Deszczu na Twarzy. To ptaki żałobne, złej wróżby.

Jane sięgnęła po moją dłoń. Jej własna była zimna.

– Czy naprawdę oznaczają obecność Kujota? George Tysiąc Mian podniósł głowę, jakby wietrzył.

– Czujecie coś? – zapytał nas. Pociągnąłem nosem. – Niewiele. Mam kłopoty z zatokami. Jane natomiast powiedziała: – To przypomina… nie wiem dokładnie. Przypomina psy. Zapach psów, mokrych psów.

Skinął głową i już się nie odezwał. Wziąłem Jane pod ramię i wprowadziłem ją do szpitala. On szedł za nami, od czasu do czasu spoglądając ukradkiem na ptaki, na Szary Smutek, a jego oczy były pełne obaw, jak oczy człowieka, którego wprowadzają do kostnicy, aby rozpoznał zwłoki swego ojca.

Przy windach stało na warcie dwóch umundurowanych policjantów z komendy miasta San Francisco. Jeden z nich podszedł do nas, gdy przemierzaliśmy terakotową podłogę hallu. Podniósł rękę.

– Przykro mi, proszę pana, ale nie wolno teraz wchodzić.

– Przyszliśmy do doktora Jaryisa. Spodziewa się nas.

Policjant przyjrzał się nam podejrzliwie.

– Trudno. Mamy wyraźny rozkaz, żeby nie wpuszczać na górę nikogo.

– Jak to? Doktor Jarvis dzwonił do mnie trzy czy cztery godziny temu. Jechaliśmy tu aż z Round Valley.

– Panie – powiedział policjant cierpliwie. – Nie obchodzi mnie, skąd pan przyjechał, z Round Valley czy z Marsa. Mam polecenie nie wpuścić nikogo.

Dołączył drugi policjant.

– Tak jest. Takie mamy rozkazy.

– Zaraz, do cholery… – zacząłem, ale przerwał mi George Tysiąc Mian.

– Mamy upoważnienie – powiedział cicho. – Czy chciałby się pan z nim zapoznać, oficerze?

Policjant popatrzył na niego nieufnie. George Tysiąc Mian wsunął dłoń pod czerwoną kurtkę i uniósł jeden ze złotych amuletów, które miał zawieszone na szyi.

– A to co? – zapytał gliniarz.

– Przyjrzyjcie się, panowie – nalegał George Tysiąc Mian. – Przyjrzyjcie się dokładnie.

Jakoś udało mu się złapać na amulecie błysk światła, zaświecił nim w oczy policjantów. Zdawało mi się, że zamrugali i popatrzyli ze zdziwieniem, potem usunęli się z drogi, jakby ich ktoś odepchnął łokciami. Spojrzałem na George'a Tysiąc Mian, potem na Jane, ale ona tylko wzruszyła ramionami.

– To jest nasze upoważnienie, zrozumieliście?

Policjanci skinęli głowami. Jeden z nich, zupełnie jak lunatyk, odwrócił się i otworzył nam drzwi windy, abyśmy mogli wejść. George Tysiąc Mian powiedział do mnie:

– Teraz pana kolej.

Nacisnąłem guzik z numerem pięć.

– Czy to jakiś rodzaj hipnozy? – zapytałem go, gdy wjeżdżaliśmy do góry. – Sposób, w jaki pan użył amuletu?

Szaman wepchnął amulet z powrotem pod kurtkę.

– My to nazywamy Drogą Łagodnego Podboju. Tak, to forma hipnozy. Ma tę zaletę, że powoduje trans posłuszeństwa tylko na pewną chwilę, i jest to chwila, której ofiara nigdy nie pamięta. Nie oddziałuje na ludzi, którzy są otwarcie agresywni, ani na osoby świadomie przeciwstawiające się hipnozie. Jest bardzo skuteczna w postępowaniu ze zwyczajnymi ludźmi o zrelaksowanych umysłach.

– Czy ci policjanci nie będą nas ścigać? – zapytała Jane.

George Tysiąc Mian potrząsnął głową.

– Wątpię. W tej chwili prawdopodobnie stoją tam na dole i potrząsają głowami w przekonaniu, że coś jest nie tak, ale zupełnie nie wiedzą co.

Dojechaliśmy na piąte piętro i drzwi windy rozsunęły się. George Tysiąc Mian uprzejmie przepuścił Jane. Wyszedłem za nimi na korytarz, rozglądając się za śladami tej okropnej paniki, o której opowiadał Jim.

W korytarzu panowała cisza. Nasłuchiwałem chwilę, ale nawet nie mogłem dosłyszeć normalnych dźwięków ruchliwego, prywatnego szpitala, takich jak odgłosy wózków, rozmów czy wezwań lekarzy. Nic prócz pomruku windy, gdy za nami zamknęły się drzwi i ruszyła wyżej.