– A co z Jane? Czy możemy jej pomóc? – zapytałem.
– Oczywiście – odparł Indianin. – Najlepiej będzie, jeżeli pan i ja pojedziemy do tego domu na Pilarcitos i zamkniemy go przed Kujotem, używając najsilniejszych zaklęć, jakie znamy. Jeżeli, rzecz jasna, jeszcze go tam nie ma, bo będzie się starał dotrzeć do kołatki i do tych widoków Mount Taylor i Cabezon Peak.
– A dlaczego? – zapytał Jim.
– Proste: chce odzyskać włosy, które obciął Wielkiemu Potworowi. Gdy je odnajdzie, zapewni sobie nieśmiertelność. Wtedy nigdy go nie zniszczymy ani nie odeślemy.
– Dobra – odezwałem się. – Na co czekamy?
Gdy wychodziliśmy przez drzwi frontowe szpitala, już podjeżdżały pierwsze wozy brygady antyterrorystycznej, a noc rozbrzmiewała wyciem i świergotaniem syren. Szybkim krokiem przeszliśmy przez parking do monte carlo Jarvisa. Jim przytrzymał przednie siedzenie, abym mógł niezgrabnie wgramolić się do tyłu. Gdy stał, rzucił spojrzenie na dach szpitala.
– Ptaki. Zniknęły.
George Tysiąc Mian zdawał się przyjmować wszystko bardzo spokojnie. Umieszczając się na przednim siedzeniu, powiedział:
– Oczywiste. Poszły w ślad za Kujotem. Wiszą mu nad głową jak chmura smutku. Czasami zdają się wypełniać powietrze niby kłęby dymu, czasami są prawie niewidoczne. Ptaki to bardzo magiczne i dziwne stworzenia, doktorze. Mają dusze nadprzyrodzone, które ludzie rzadko kiedy są w stanie zrozumieć.
Jim włączył silnik i wyjechaliśmy przez bramy szpitalne na ulice San Francisco. Noc była ciepła, duszna i światła miasta migotały i błyskały w powietrzu, które było niemal nieznośnie wilgotne. Zbliżała się północ, ale po ulicach kręciło się wiele samochodów i spacerowało wiele par, ponieważ była to noc sobotnia.
Gdy pędziliśmy Siedemnastą Ulicą w okolicach Delores, zauważyłem na chodniku dziewczynę w czerwonej bluzce i białych dżinsach.
– Jim, to Jane! Na pewno! Stań!
Skręcił samochodem do krawężnika i cofnął. Jak opętany starałem się coś dostrzec przez przyciemnione szkło tylnej szyby. Pojawiła się Jane. Szła równym krokiem, kierując się w stronę Mission Street i nawet nie odwróciła się ku nam. Jarvis zatrąbił i dopiero wtedy zatrzymała się, marszcząc brwi jakby oszołomiona, i podeszła do krawężnika.
Jim wysiadł z wozu, a ja wygramoliłem się za nim. Przeszedłem do przodu, wziąłem Jane za ramiona i przytrzymałem ją. Była blada, a jej oczy były dziwnie mokre i krótkowidzące, chociaż pod innymi względami wydawała się w porządku.
– Jane, Jane, co się stało?
Uśmiechnęła się, ale sprawiała wrażenie rozkojarzonej.
– Nic się nie stało – szepnęła. – Zupełnie nic.
– A dlaczego nie wzięłaś taksówki? Co ty tu robisz?
– Tu? – powiedziała, unosząc głowę i patrząc na mnie niepewnie.
– To Siedemnasta Ulica. Miałaś taksówką jechać na Pilarcitos.
Jane dotknęła czoła, jakby próbowała przypomnieć coś sobie.
– A tak. Pilarcitos.
Doktor Jarvis łagodnie mnie odsunął i przebadał Jane z szybkością zawodowca. Kciukiem podniósł jej powiekę i sprawdził puls. Podczas badania stała milcząca i pasywna, z lekka marszcząc brwi, patrząc gdzieś w dal, na coś, czego nawet nie mógłbym się domyślić.
– Nic jej nie jest? – zapytałem. – Wydaje mi się, że jest w szoku.
– Może to szok – powiedział. – Z drugiej strony wygląda to na rodzaj hipnozy, może transu.
– Czy myślisz, że Kujot…
– John, ja nie wiem, co mam myśleć. Ale najważniejsze, że jest bezpieczna. Zapakujmy ją do samochodu i jedźmy na Pilarcitos. Potem twój przyjaciel Indianin zrobi, co trzeba, aby Kujota nie wpuścić do domu, i zawieziemy Jane z powrotem do szpitala.
George Tysiąc Mian wysunął głowę przez okno samochodu.
– Długo jeszcze? – zapytał mnie. – Im szybciej dotrzemy do tego domu, tym lepiej. Jeżeli jest tam już Kujot, to nie mamy żadnych szans.
Razem z Jimem pomogliśmy Jane siąść na tylne siedzenie, potem wykręciliśmy i skierowaliśmy się na Pilarcitos i Mission Street.
Gdy podjeżdżaliśmy stromą ulicą, dom pod numerem tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden był tak samo ciemny i posępny jak poprzednio. Okna przypominały wpadnięte oczy, a od łuszczącej się farby chyba odpadło jeszcze więcej płatów. Gdy zbliżaliśmy się, Jarvis zwolnił, a gdy podjechaliśmy, zatrzymał samochód i wyłączył silnik, i chyba minutę siedzieliśmy w absolutnej ciszy.
– Myślicie, że Kujot jest w środku? – zapytałem niepewnym głosem.
– Trudno powiedzieć – odparł George Tysiąc Mian. – Jeżeli jest, to się o tym wkrótce przekonamy.
– Jak?
– Zabije nas.
Jim otarł usta wierzchem dłoni.
– Ale może go tam nie być? Co? Może jeszcze szuka krwi Seymoura Wallisa?
– Oczywiście.
Popatrzyłem na Jima, a Jim na mnie.
– Cóż – powiedziałem z lekkim przekąsem. – No to siup.
Wysiedliśmy z samochodu i podeszliśmy do Indianina, aby mu pomóc. Jane została na swym miejscu prawdopodobnie zszokowana. Przeszliśmy przez chodnik i stanęliśmy przed bramą frontową, spoglądając na ponurą werandę i obłażące belki.
– Jest tam ta kołatka? – zapytał George Tysiąc Mian. – Ja słabo widzę bez okularów.
Spozieraliśmy w ciemność. Najpierw wydawało mi się, że kołatka zniknęła, potem zauważyłem pobłysk mosiądzu i już wiedziałem, że Kujot wciąż poszukuje swej krwi. Na razie byliśmy bezpieczni.
Otworzyliśmy skrzypiącą bramę i weszliśmy na schodki. George Tysiąc Mian przez chwilę stał, patrząc na złowrogą, roześmianą twarz na kołatce, potem z wolna pokręcił głową.
– Gdyby koło tego domu przeszedł Indianin i zauważył tę twarz, natychmiast wiedziałby, czym ona jest – powiedział niegłośno. – To tak samo prowokujące, jak umieszczenie obrazu szatana na drzwiach. Cóż, upewnijmy się, że Kujot z niej nigdy nie skorzysta.
Sięgnął pod kurtkę i wydobył amulet. Był to niewielki złoty medalionik z wygrawerowaną dziwaczną piktografią. Przez chwilę trzymał go w palcach obu dłoni i dotknął nim czoła. Następnie podszedł blisko do kołatki i uniósł dłoń.
– Zły Kujocie, diaboliczny stworze z południowego zachodu – zamruczał – me zaklęcie związuje ten obraz na wieki, na wieki przed tobą będzie zamknięty. On cię spali, on cię zmrozi, on zadmie jak wichry północy przeciw tobie. Nigdy go nie tkniesz, nigdy się nim nie posłużysz, gdyż opadnie na ciebie gniew wielkich duchów na wieki.