Выбрать главу

Zaległa cisza. Gdzieś w oddali przejechała z rumorem i łoskotem ciężarówka.

Wtedy usłyszałem cichy syk. Był podobny do nabierania powietrza przy wdechu przez kogoś, kto zamierza przemówić.

Podstępny łagodny głos wyartykułował:

– Głupcy.

Poczułem, że dygoczę. Wiedziałem, że to idiotyzm tak się trząść. Ale kołatka, sama mosiężna kołatka, właśnie kołatka przemówiła. Jej dzikie ślepia jarzyły się jaskrawym światłem, i – może tak pracowała moja wyobraźnia – wiedziałem, że jeżyły się na niej prawdziwe kudły, a jej kły były tak samo wściekłe i ostre jak u prawdziwego wilka czy psa.

George Tysiąc Mian stał wyprostowany. Było oczywiste, że wytęża całą siłę swych myśli, aby utrzymać kontrolę nad sytuacją. Skrzyżował ręce przed twarzą, po czym wykonał obiema dłońmi zamaszysty gest odprawiający.

– Kujot jest psem, który biega po nocy – powiedział. Jego głos drżał w powadze i surowej pasji. – Kujot jest podstępnym łgarzem. Bogowie to słyszą i bogowie to wiedzą. Odsyłają cię precz, odsyłają cię, odsyłają cię.

Kołatka zachichotała mrożąco.

– Milcz! – zawołał George Tysiąc Mian. – Rozkazuję ci milczeć! Znowu syk i obrzydliwy chichot.

– Nie masz nade mną władzy, ty starcze – wyszeptała kołatka. – Wnet nadejdzie mój pan, a wtedy zobaczymy – zaśmiała się znowu.

Drzwi frontowe nagle same otwarły się i same zamknęły z trzaskiem.

Ale George Tysiąc Mian nie poddał się. Znowu uniósł ramiona.

– Mróz północy cię ogarnie, mróz północy cię zgniecie. Kujot z pustyni poczuje twój chłód i ucieknie jak pies, bo nim jest.

Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem, ale tamtej nocy widziałem tak dużo, że jeszcze jedno dziwaczne wydarzenie nie zrobiło na mnie większego wrażenia. George Tysiąc Mian wskazał pierwszym palcem na kołatkę i z tego sztywnego palca wydobyła się widoczna migocząca chmura szronu. Szron pokrył kołatkę, inkrustując ją białymi kryształkami lodu, a jej syczenie prawie natychmiast ustało.

Indianin bez przerwy wskazywał palcem na kołatkę i lód pogrubiał się coraz bardziej. Czułem zimno tam, gdzie stałem, metr czy półtora dalej. I nagle mosiężny łeb rozsypał się, a kawałki oszronionego metalu upadły z brzękiem na podłogę werandy.

George Tysiąc Mian opuścił ramię. Pocił się i łapał powietrze krótkimi, bolesnymi haustami. Ale miał w sobie jeszcze dość ducha, by kopnąć kawałki kołatki i warknąć:

– Staruch, co? Ty kupo złomu.

Jim wydał z siebie długi gwizd.

– To było zadziwiające. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Panie Tysiąc Mian, powinien się pan zaangażować w firmie produkującej mrożonki.

Wziąłem Indianina pod rękę.

– Jeden punkt dla pana – powiedziałem. – Zmierzył się pan z Kujotem i wygrał.

Potrząsnął głową.

– To jeszcze nie koniec, a moje siły są niewielkie. Doktorze, czy ma pan miejsce w samochodzie na te wszystkie obrazy Mount Taylor i Cabezon Peak?

– Oczywiście. Ale wydawało mi się, że pan otoczy dom zaklęciami.

George Tysiąc Mian obtarł czoło chusteczką.

– Chciałbym, ale ta walka z obliczem Kujota uświadomiła mi, że nie mam na to sił. Jestem za stary, za słaby. Będziemy musieli zrobić to jakoś inaczej.

Popchnąłem ciężkie drzwi frontowe i ostrożnie weszliśmy do środka. Obrazy wciąż tam były. Powiedziałem:

– Dobra. Niech każdy weźmie tyle, ile uniesie, i włożymy je do bagażnika. A potem wynosimy się stąd.

Działając szybko i cicho zdejmowaliśmy grafiki z haczyków i wynosiliśmy do samochodu. Było ich sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt. Gdy skończyliśmy, samochód aż przysiadł pod ciężarem obrazów.

Jane, która wciąż siedziała z tyłu, podniosła głowę i zapytała:

– Wszystko w porządku? Czuję się bardzo dziwnie.

– Nic się nie martw – uspokajał ją Jim. – Zaraz zawieziemy cię do szpitala na kontrolę.

– O, nie – odpowiedziała. – Nic mi nie jest, słowo. To chyba tylko wstrząs.

– Mimo wszystko dobrze będzie, gdy zbadamy cię dokładnie.

Jim wsiadł do samochodu i zapuścił silnik. George Tysiąc Mian powiedział:

– Powinniśmy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce dla tych obrazów. Jakiś niewielki schowek, który będę łatwo mógł uszczelnić zaklęciami.

– Może moje mieszkanie? – zaproponowałem. – Jest naprawdę małe i jeżeli stanie pan tuż za frontowymi drzwiami z kijem baseballowym, to przez tydzień powstrzyma pan hordy nieprzyjacielskie.

– To brzmi dobrze. Może nas pan tam zaprowadzić?

Podjechaliśmy pod mój blok. Dozorca Sam przyglądał się nam podejrzliwie, gdy wnosiliśmy obrazy Mount Taylor i Cabezon Peak do windy i wwoziliśmy je na górę. Otworzyłem kluczem drzwi do mieszkania. Pomagając sobie nawzajem, ułożyliśmy wszystkie obrazy na kupie pod plakatem z Doiły Parton. Wyprostowałem się, cofnąłem i otrzepałem dłonie z kurzu.

– Dobrze. A teraz co z tymi zaklęciami?

– Najpierw chciałbym się czegoś napić – skromnie zauważył George Tysiąc Mian.

Przeszliśmy do mojego miniaturowego saloniku. Otworzyłem barek z czarnego laminatu ze złotym brokatem i nalałem do czterech szklanek hirama walkera. Tak naprawdę nie byłem zwolennikiem tej whisky pędzonej w Illinois, ale nic innego nie miałem. Cała nasza czwórka zmęczona i wystraszona połykała whisky jak lekarstwo.

– Powieszę to na drzwiach – powiedział do mnie George Tysiąc Mian. Z kieszeni kurtki wyjął niewielki kościany naszyjnik i podniósł go do góry. Nie wyglądało to na nic specjalnego. Kości były stare, ponadłamywane, przebarwione i chociaż kiedyś były zdobione czerwoną i zieloną farbą, teraz pozostało z niej na nich niewiele.

– To naszyjnik, który miał na sobie nasz dawny bohater Złamana Tarcza, gdy wszedł na górę Leech Lakę i wyzwał bogów gromu. Historycznie biorąc, to rzecz bez ceny. Może ma trzy tysiące lat. Ale zrobiono ją po to, aby była użyteczna, i dlatego chcę, żeby dziś pozostała u pana. Niedopuszczenie Kujota do skalpu

Wielkiego Potwora jest o wiele ważniejsze niż jakakolwiek relikwia, bez względu na jej wartość dla nas. Kujot nie ośmieli się tego tknąć. Jeżeli tak zrobi, ściągnie na siebie gniew samego Gitche Manitou.