— Wezwanie… ponaglenie z gór?
— Wiec ty też to słyszysz!
— Tak jak ty.
— Od pewnego czasu. Wewnętrzny głos, nakazujący, żebym szedł dalej.
— Tak. Dokładnie tak. Myślisz, że to głos bogów mówiący, że jesteśmy na właściwym szlaku?
— Dzisiaj tylko bogowie ci w głowie, Poilarze. Kto wie, co to zawołanie? Bogowie… demony… Stopieni… inne Królestwo?
— Powinniśmy zawrócić. Dowiedzieć się, czy inni również to słyszeli. Zwołać naradę i omówić dalsze plany.
— Tak — przyznał. — To dobry pomysł.
Wracaliśmy pośpiesznie tym samym kamienistym szlakiem. Z każdym krokiem głos stawał się cichszy. To samo stwierdził Traiben. W pobliżu obozu w ogóle już go nie słyszeliśmy.
Podczas mojej nieobecności w obozie zjawił się bardzo dziwny nieznajomy.
Pielgrzymi otaczali go ciasnym kręgiem, jakby rywalizując o lepsze miejsce. Tylko Thissa stała z boku zamyślona po swojemu, obserwując go posępnie. Obcy przerastał wszystkich o dwie głowy. Był wyższy nawet od Muurmuta i Kilariona. Wyglądało na to, że żartuje i śmieje się z nimi, a oni chłoną każde jego słowo. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że jest łysy, ale kiedy się poruszył, zobaczyłem, że ma włosy tylko po jednej stronie głowy, bardzo dziwne, białe jak górska mgła i grube jak postronki zwisające długimi pasmami prawie do pasa. Był chudy i żylasty, dosłownie pozbawiony ciała, tak że kości odznaczały się pod napiętą, pokrytą plamami skórą, czarną jak noc w niektórych miejscach i lśniąco białą w innych. Plecy, choć szerokie, miał dziwnie wykrzywione i przygarbione, jakby przerwał w połowie jakąś transformację. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że jest kaleką jak ja, lecz w znacznie bardziej przerażającym stopniu, gdyż jego lewa noga była dużo dłuższa od prawej i wygięta w bok jak ostrze kosy. Jedno biodro znajdowało się wyżej, przesunięte pod kątem w stosunku do drugiego, przez co noga sterczała w bok w taki dziwny sposób.
Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko. W każdym razie to miał być uśmiech, ale przypominał raczej zimny, niewesoły, demoniczny, dwulicowy grymas. Z jednej strony obnażał poczerniałe pniaki, a z drugiej robił groźną minę. Lewe oko miało inny kolor niż prawe, oba były bardzo małe i błyszczące, ale zdawało się, że płonący za nimi ogień dogasa. Lewa strona twarzy była ściągnięta i zniekształcona jak u Min, ale to, co się przydarzyło Min, nie mogło się równać z okaleczeniami tego człowieka. Z pewnością zetknął się kiedyś z ogniem zmian, ale podczas gdy Min po wyjściu z jaskini Źródła wyglądała jak Stopiona, ten dziwny mężczyzna wyglądał jak przypieczony, wypalony do niezbędnego minimum.
Przez chwilę nie mogłem znaleźć słów.
Z grupy wystąpił Kath i rzucił mi chytre spojrzenie.
— Pamiętasz tego człowieka, Poilarze? — zapytał.
— Czy pamiętam? Skąd?
— Z wioski — odparł Kath.
— Nie. — Przyjrzałem się uważniej i potrząsnąłem głową. — Ani trochę.
Nieznajomy zrobił krok w moją stronę i podał rękę, pokręconą i zdeformowaną jak całe ciało.
— Mam na imię Thrance — powiedział.
Gwałtownie zaczerpnąłem oddechu, jakbym otrzymał cios w brzuch. Thrance? Thrance?
Na dźwięk tego imienia w pamięci pojawiło mi się natychmiast niezatarte wspomnienie z dzieciństwa. Miałem dwanaście lat, był Dzień Procesji i Wymarszu. Traiben i ja staliśmy na głównej platformie widokowej, czekając, aż z Chaty wyjdą nowi Pielgrzymi. Wielkie łozinowe drzwi otworzyły się i pojawili się w nich Pielgrzymi, a wśród nich Thrance. Thrance wspaniały, Thrance bez skazy, atleta nad atletami, słynny ze swoich wyczynów, mężczyzna o doskonałym ciele. Zatrzymał się tylko na chwile na progu Chaty, by się uśmiechnąć i pomachać, a potem ruszył znajomym szybkim krokiem w stronę Ściany. Jakże wspaniale wyglądał tamtego dnia, jak pięknie! Jak bóg! I to ma być Thrance? Ten tutaj?
16
Wszyscy patrzyli to na mnie, to na niego. Chcieli zobaczyć, jak go potraktuję. Po błysku w ich oczach i wyrazie oczekiwania na twarzach zorientowałem się, że w jakiś magiczny sposób ten odpychający mężczyzna ich oczarował, pozyskał ich sobie podczas mojej krótkiej nieobecności. Było w nim coś mrocznego, przerażającego i dzikiego, co ich przyciągało. Fascynacja ciemnością potrafi być nieodparta. Dostałem gęsiej skórki, jakbym wyczuwał zbliżającą się burzę z piorunami. Jeśli to rzeczywiście był Thrance, a nie jakiś demon noszący jego imię, to został naprawdę mocno oszpecony. Mimo to dostrzegałem w nim siłę, choć może inną niż dawniej. Możliwe, że był silny z powodu krzywd, które wycierpiał. Jednocześnie stał się nieprzewidywalny, a przez to niebezpieczny.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem jak dwaj zapaśnicy przed walką. Patrzenie w jego pozbawione światła oczy było jak zaglądanie w otchłań.
Wiedziałem, że jeśli się zawaham, zyska nade mną przewagę. Wziąłem jego suchą, łuskowatą dłoń w swoją i ścisnąłem mocno.
— Mam na imię Poilar, jestem synem Gabriana, syna Droka — rzekłem oficjalnie. — Jestem przywódcą tej Czterdziestki, która wyszła z Jespodar na Pielgrzymkę. Czego od nas chcesz?
— Cóż — odparł takim głosem, jakby znalazł coś zabawnego w tym, co powiedziałem — chyba cię pamiętam, Poilarze. Tak. Mały kościsty kuternoga zawsze robiący wokół siebie mnóstwo zamieszania, zgadza się? A teraz prowadzisz grupę Pielgrzymów! Jak się wszystko zmienia, prawda?
Usłyszałem nerwowe śmieszki wśród moich towarzyszy. Nie byli przyzwyczajeni do wysłuchiwania drwin na mój temat. Opanowałem się jednak, nie odrywając od niego wzroku.
— Tak, jestem tym Poilarem. A ty naprawdę jesteś Thrance’em?
— Powiedziałem, że mam tak na imię. Dlaczego w to wątpisz?
— Pamiętam Thrance’ a. Widziałem go, jak wychodził z Chaty Pielgrzymów i biegł ulicą. Jaśniał jak słońce. Był piękny jak bóg.
— A ja nie jestem?
— Wcale go nie przypominasz. W najmniejszym stopniu.
— Cóż, w takim razie muszę być teraz bardzo brzydki. Najwyraźniej zaszły we mnie jakieś nieprzyjemne zmiany, odkąd wkroczyłem w tę górska krainę. Jeśli już nie jestem taki piękny jak kiedyś, to proszę o wybaczenie, że obrażam twoje oczy, przyjacielu. Wybaczcie mi wszyscy. — I złożył krótki ironiczny ukłon, który wywołał niepewne uśmiechy na twarzach. — Ale jestem Thrance’em, synem Timara, Pielgrzyma z Jespodar.
— Może tak. Może nie.
— W takim razie kim jestem według ciebie?
— Skąd mam wiedzieć? Możesz być kimkolwiek. Albo czymkolwiek. Demonem. Duchem. Bogiem w przebraniu.
Obdarzył mnie tym swoim upiornym uśmiechem.
— Tak — powiedział. — Mogę być na przykład Sandu Sando albo Selemoyem. Ale jestem Thrance’em. Synem Timara Cieśli, który był synem Diunedisa.
— Każdy demon potrafiłby wymienić przodków Thrance’a — odparłem. — To o niczym nie świadczy.
Nieznajomy wyglądał na rozbawionego, a może po prostu zaczynał go nudzić mój upór.
— Wobec takich argumentów trudno byłoby kogokolwiek przekonać, prawda? Mógłbym wymienić moich przodków wstecz do dziesiątego pokolenia, dwadzieścia Domów wioski, innych członków mojej Czterdziestki albo czegokolwiek byś zażądał, a ty nadal twierdziłbyś, że demon mógł dowiedzieć się tego z umysłu Thrance’a. Bardzo dobrze. Wierz, w co chcesz. Nie sprawia mi to różnicy. Ale powtarzam ci, że jestem Thrance’em.