Выбрать главу

— Skąd wziął się ten człowiek? — spytałem Katha, obrzucając go spojrzeniem.

— Po prostu pojawił się wśród nas — odparł Kath. — Jakby wyrósł spod ziemi.

— Demon by tak zrobił — stwierdziłem i posłałem obcemu spojrzenie.

— Możliwe — przyznał Kath. — Czekaliśmy na ciebie i w pewnym momencie zauważyliśmy go wśród nas. „Jestem Thrance z Jespodar”, powiedział. „Słyszeliście o Jespodar?” Kiedy odparłem, że jesteśmy Pielgrzymami z tej wioski, zaczął się śmiać jak obłąkany, podskakiwać i tańczyć. Potem nagle spoważniał, chwycił mnie i Galii za nadgarstki i zapytał: „Kto pamięta Thrance’a? Jeśli naprawdę pochodzicie z Jespodar, powinniście pamiętać Thrance’a”. Na to Galii oświadczyła: „Byliśmy dziećmi, kiedy wyruszyłeś, więc nie pamiętamy cię dobrze.” Roześmiał się na to, przyciągnął ją bliżej do siebie, pocałował, ugryzł w policzek tak mocno, aż zabolało, i rzekł: „Teraz mnie zapamiętasz”. Zapytała go o swojego starszego brata, który był w tej samej Czterdziestce co Thrance. Znał imię jej brata, ale powiedział, że nie ma pojęcia, co się z nim stało, na co Galii zaczęła płakać. A potem poprosił mnie o wino. Odparłem, że nie mamy. Bardzo się rozzłościł i znowu powtórzył, że jest Thrance’em z Jespodar. Wtedy Muurmut rzucił: „Thrance czy nie Thrance, nie mamy dla ciebie wina”. A wtedy…

— Starczy — przerwałem mu. Nieznajomy odszedł podczas opowiadania Katha i stał teraz z Tenildą, Gryncindil i paroma innymi kobietami. — Bardzo się różni od Thrance’a, jakiego pamiętam. Mówił, co mu się przydarzyło?

— Nie.

Nie mogłem pozbyć się z pamięci obrazu bohaterskiego młodzieńca i jego boskiej urody ani pogodzić go z widokiem wychudzonej i straszliwie zmienionej postaci. Z wyjątkiem wzrostu i szerokich barów nie było w tym wraku człowieka nic, co potwierdzałoby, że jest Thrance’em. Obserwując go rozmawiającego z kobietami, poczułem dziwny niepokój, chociaż nie jestem strachliwy. Odniosłem wrażenie, że jest w nim szaleństwo i ledwo powstrzymywana furia. Jeśli spędził wszystkie te lata w Ścianie, mógł się przydać jako przewodnik na nowym terytorium. Obawiałem się jednak, że sprawi nam kłopoty. Wolałbym, żeby nigdy się wśród nas nie pojawił.

Szedł teraz w moją stronę, trzymając Tenildę pod ramię. Słodka Muzyczka miała taką minę, jakby chętnie znowu znalazła się na płaskowyżu zamiast tak blisko zdeformowanej istoty nazywającej siebie Thrance’em.

— Twierdzą, że nie macie wina, Poilarze. Czy to prawda? — powiedział, nachyliwszy się do mnie.

— Tak, wino już dawno się skończyło.

— Ale ty musisz mieć trochę. — Mrugnął okiem bez śladu wdzięku czy wesołości. Przypominało to raczej tik. — Ukrytego na własny użytek, co? No dalej, przyjacielu. Podziel się ze mną, zanim wyruszymy we wspólną podróż. Wypijmy za starego Thrance’a, za nasz sukces.

— Nie mamy wina — powtórzyłem.

— Oczywiście, że macie. Wiem, że macie. Zdajesz sobie sprawę, od jak dawna nie piłem niczego porządnego? Jak cierpiałem samotny na tej górze? Wiec wyciągnij wino i napijmy się. — Mówił bezbarwnym tonem, który pozbawiał jego słów natarczywości. Wiedziałem, że po prostu stara się wybadać, jak;| może zdobyć nade mną władze. Bardzo prawdopodobne, że w ogóle nie miał ochoty na wino. Mrugnął znowu, równie fałszywie jak poprzednio, i szturchnął mnie łokciem, co miało być konspiracyjnym gestem, ale brakowało mu przekonania. — Tylko my dwaj. Jesteśmy braćmi kuternogami, nieprawdaż? Popatrz… moja jest jeszcze gorsza niż twoja!

— Thrance, którego pamiętam, miał proste nogi — stwierdziłem. — Poza tym nie ma wina.

— Nadal nie wierzysz, że jestem tym, za kogo się podaję.

— Nie mam się na czym oprzeć, z wyjątkiem twoich słów.

— A ja nie mam nic oprócz twoich słów, kiedy twierdzisz, że nie masz wina.

— Nie ma wina.

— A ja jestem Thrance.

— Więc jesteś Thrance’em zmienionym nie do poznania.

— Cóż, taki jestem. Kosa Saag to miejsce, gdzie zdarzają się transformacje. Musisz zawsze o tym pamiętać, przyjacielu. Więc co z tym winem…

— Powtarzam po raz ostatni. Nie ma wina.

Rzucił mi sceptyczne spojrzenie, jakby sądził, że jeśli tylko przyciśnie mnie dość mocno, wyjmę bukłak z jakiejś kryjówki. Nie było jednak żadnej kryjówki. Spojrzałem na niego tak lodowatym wzrokiem, że to zrozumiał.

— No cóż — powiedział. — Skoro tak twierdzisz, to znaczy, że naprawdę nie ma wina. Już to uzgodniliśmy. A ja jestem Thrance. Co do tego również się zgadzamy. Tak? W porządku. O czym teraz porozmawiamy?

Miałem dość dyskutowania z tym człowiekiem w obecności całej grupy. Wskazałem na drugą stroną obozu, gdzie mogliśmy być sami, i zaproponowałem, żebyśmy kontynuowali rozmowę na osobności. Zastanowił się chwilę i skinął głową. Poszliśmy kuśtykając ramie w ramię. Dwaj kutemodzy. Jak sam powiedział, miał nogę znacznie bardziej zdeformowaną od mojej. Jego kalectwo było tak wyraźne, że szedł przekrzywiony, za każdym krokiem obracając się o spory kąt, a ja musiałem zwolnić, żeby się do niego dostosować.

Znaleźliśmy głaz i usiedliśmy na nim. Wahałem się chwilę, starając się zebrać myśli, a on czekał, żebym ja zaczął. Może czuł wobec mnie pewien respekt.

— No dobrze — odezwałem się w końcu. — Po co tutaj przyszedłeś? Czego od nas chcesz?

Jego oczy zabłysły. Po raz pierwszy dostrzegłem w nich prawdziwe życie, a nie tylko siłę woli.

— Chcę się dołączyć do waszej Czterdziestki. Chcę wejść z wami na Wierzchołek.

— Sądzisz, że to możliwe?

— A co za problem? Bierzecie mnie, idę z wami i wchodzimy razem.

— Ale Czterdziestka to Czterdziestka. Jesteśmy związani przysięgami, przecież wiesz. Nie możemy dopuścić obcego do swojej grupy.

— Oczywiście, że możecie. Po prostu to zróbcie. „Hej, Thrance, przyłącz się do nas”. Wystarczy, że powiecie: „Bądź jednym z nas”. Tutaj przysięgi nie mają znaczenia. Przysięgi są dla dzieci. W tym miejscu stawką jest życie. Mogę być dla was bardzo użyteczny. Wiem dużo o Królestwach, które leżą przed wami. Wy nie wiecie o nich nic.

— Może i tak. Niemniej…

— Posłuchaj, Poilarze, będę waszym przewodnikiem. Skorzystacie z mojej wiedzy. Nie zdobyłem jej łatwo, ale jest do waszej dyspozycji. Poprowadzę was tak, żeby ominąć przeszkody. Będę was uprzedzał o niewłaściwych szlakach. Ostrzegę o niebezpieczeństwach. Po co mielibyście cierpieć jak ja?

Była w tym pewna logika. Jednak podczas szkolenia nie wspomniano o rekrutowaniu nowych członków grupy podczas wspinaczki. Wydawało się to niemal bluźniertswem. A myśl, że będziemy mieli wśród siebie tego niesfornego przybysza, niezbyt mi się podobała.

— Masz swoją Czterdziestkę — stwierdziłem. — Dlaczego jesteś dopiero tutaj po tylu latach spędzonych w Ścianie? Dlaczego nie wędrujesz razem z nimi?

— Już nie mam swojej grupy — odparł.

— Dowiedziałem się, że nikt nie został z Czterdziestki, którą widziałem wyruszającą tak dzielnie tego roku, kiedy skończyłem dwanaście lat.

Thrance opowiedział mi, że na samym początku podróży jednogłośnie wybrano go przywódcą, ale, jak się domyśliłem z paru jego uwag, okazał się trudnym wodzem, niekonsekwentnym, porywczym i gwałtownym, i wkrótce członkowie grupy wymykając się w nocy zaczęli się od niego uciekać jeden po drugim. Inni ulegali pokusom Ściany, zniknęli na dobre to w tym, to tamtym Królestwie i już nie wrócili. W końcu został sam. Przez wszystkie te lata wędrował po okolicy, nie wchodząc wyżej ani nie schodząc. Krążył w kółko, włócząc się bez celu po tej bezlitosnej krainie poszarpanych czerwonych skał. Stał się na pół obłąkany. Zapominał, kim jest. Czasami widywał inne grupy Pielgrzymów, ale chował się przed nimi jak dzikie zwierzę. Żywił się korzeniami, orzechami i małymi zwierzętami, które udawało mu się złapać. Przez wszystkie pory roku spał pod gołym niebem. Nadal cieszył się wytrzymałością i ogromną siłą, dzięki której był niegdyś tak doskonałym atletą. Spędzał jednak dni na długich drzemkach. Od czasu do czasu przychodziła mu do głowy myśl o podjęciu Pielgrzymki albo zejściu do wioski i zamieszkaniu w okrągłym domu dla Tych Którzy Wrócili. Nie zrobił jednak żadnej z tych rzeczy. Ta sucha, jałowa strefa Ściany stała się jego domem. Jego światem. Całkiem zapomniał, dlaczego w ogól znalazł się na górze. Gdy zobaczył naszą grupę wchodzącą na przełęcz, olśniło go, że celem jest wspinaczka, dotarcie na szczyt. Nie wspomniał o bogach, o zdobyciu wiedzy ani o wypełnieniu starych ślubów. Obudziła się w nim wyłącznie chęć dotarcia na Wierzchołek. Miał już dosyć tej części Ściany. Uświadomił sobie jednak, że sam nie da rady zajść zbyt daleko. I dlatego teraz zaproponował siebie jako nowego członka grupy, doświadczonego i zaznajomionego ze wszystkimi czyhającymi na nas niebezpieczeństwami. Jeśli go przyjmiemy, on odwdzięczy się, pomagając nam uniknąć pułapek. Jeśli postanowimy inaczej, będzie nam życzył szczęścia i zaczeka na następną grupę Pielgrzymów.