Выбрать главу

To było dziecinne posunięcie, gdyż Muurmut i Gryncindil nie związali się ze sobą na stałe — takie związki są nie do pomyślenia na Kosa Saag — i Gryncindil mogła spać, z kim chciała. Muurmut nie mógł jednak tego znieść. Tej nocy doszło do sprzeczki między Thrance’em a Muurmutem. Sam ich słyszałem. Nabrzmiałe gniewem głosy niosły się daleko, ale byłem zbyt zmęczony po całym dniu marszu, żeby poświęcić im uwagę, a jeszcze Hendy przyciągnęła mnie do siebie, mówiąc sennym głosem, że to nic ważnego. Rano stwierdziliśmy, że Muurmut zniknął.

— Gdzie on jest? — zapytałem, bo jego obecność zawsze rzucała się w oczy, podobnie jak jego brak. — Kto go widział?

Thrance wskazał w stronę stromego zbocza za nami.

— Zrezygnował z naszego towarzystwa.

— Co takiego?

— Bał się iść wyżej. Tak mi powiedział. Nie chciał, żeby jego dusza została pożarta. A ja rzekłem: „Tak by się stało, Muurmucie. Powinieneś wrócić do domu. Idź do wioski, Muurmucie, i poproś, żeby cię przyjęli”. Posłuchał mojej rady i poszedł. Będzie jednym z Tych Którzy Wrócili, i to bardzo dobrym.

Słowa Thrance’a zdumiały mnie. Nie widziałem nigdy, żeby Muurmut przyjmował od kogokolwiek rozkazy lub by mogło go tak przerazić jakiekolwiek zagrożenie.

— Co to za bzdury? — spytałem, rozglądając się. — Gdzie jest Muurmut? Kto widział Muurmuta?

— Ale nikt nie widział. Szukaliśmy jego śladów. Ment Zamiatacz, który miał wprawę w takich rzeczach, dostrzegł trop prowadzący w dół z naszego obozu. Powiedziałem Gazinowi, Talbolowi i Naxie, żeby nim poszli. Thrance stał z założonymi rękami i śmiał się, powtarzając, że Muurmut odszedł i nikt go nie znajdzie. Po paru godzinach poszukiwacze wrócili. Czekaliśmy cały dzień, ale Muurmut się nie pojawił. Nie pozostało nam nic innego jak iść dalej. Wziąłem Gryncindil na bok i poprosiłem, by mi powiedziała, co się stało. Wiedziała tylko, że Muurmut przyszedł, kiedy spała z Thrance’em. Obaj mężczyźni rozmawiali, a potem Thrance wrócił i położył się obok niej. Tej nocy nie było księżyców. Nie miała pojęcia, którą drogą odszedł Muurmut ani dlaczego to zrobił. Nigdy się tego nie dowiedzieliśmy. Nie mam pojęcia, co Thrance’mu powiedział ani jaki urok na niego rzucił.

Dziwne, ale po zniknięciu Muumruta poczułem wielką pustkę w duszy. Nigdy go nie lubiłem. Sprawiał mi tylko kłopoty. Powinienem się cieszyć, że już go nie ma. Jednak nie jestem taki. Choć dokuczliwy, należał do naszej Czterdziestki i dlatego żałowałem, że odszedł, a także dlatego, że był silny i cenny dla grupy. Miałem za nim tęsknić. Przyszło mi do głowy, że zamieniając Muurmuta na Thrance-a, nie poprawiłem swojej sytuacji. Muurmuta łatwiej mi było kontrolować, chociaż stanowił siłę destruktywną dla całej grupy. Natomiast Thrance, starszy, bystrzejszy, wypalony, przez co nie tak ambitny, ale mimo to niebezpieczny, sam przyznawał, że nie dba już o nic. Większość z nas zastanawia się nad konsekwencjami własnych czynów. Ale nie Thrance. Dla niego każda chwila stanowiła coś niezależnego bez przyczyn i skutków. Zdawałem sobie sprawę, że okaże się znacznie bardziej skomplikowanym i groźnym rywalem niż Muurmut. Stwierdziłem, że będę musiał na niego uważać.

W tych dniach zbliżaliśmy się coraz bardziej do Królestwa Kavnalli.

Jak tylko opuściliśmy obóz przy czerwonych iglicach, usłyszeliśmy jej zew. Pierwszy przyszedł do mnie ze skargą Dorn. Mówił o dziwnym uczuciu, jakby mrowienia czy swędzenia w głowie. Zaraz po nim zjawiły się dwie kobiety, Scardil i Pren, a potem Ghibbilau. Poczuli ulgę, kiedy przekonali się, że nie są jedynymi, którzy coś takiego czują. Zwołałem grupę i wyjaśniłem, że doświadczają zjawiska charakterystycznego dla tego regionu Ściany i że nie ma się czego bać, przynajmniej na razie.

— Czy to Kavnalla? — zapytałem Thrance’a.

Skinął głową i wskazał w górę zbocza, uśmiechając się szeroko, jakby oczekiwał spotkania ze starym przyjacielem.

Siła przyciągania rosła z każdą godziną. Początkowo było to, jak określił Dorn, coś w rodzaju swędzenia w czaszce, ledwo zauważalne muśnięcia piórkiem, dziwne i trochę niepokojące, lecz słabe, bardzo słabe. Stawało się coraz silniejsze, aż wreszcie wyraźny głos powtarzał w głowie: „Chodź, chodź, tędy, chodź do mnie, chodź”, ten sam, który słyszeliśmy z Traibenem podczas rekonenansu. Było to wezwanie, nawet całkiem przyjemne, a nie przerażające czy przykre. Jakby matka stała z wyciągniętymi ramionami i kiwała na nas.

A skoro coś nas wzywało, byliśmy posłuszni. Szliśmy teraz stromo pod górę przez zalesione wzgórza z szarobiałego kamienia poznaczone jaskiniami. Chociaż szlak okazał się trudny i wyboisty, maszerowaliśmy z takim zapałem, jakbyśmy się ścigali. Od czasu do czasu padaliśmy na ziemię, śmiejąc się i sapiąc, aż znowu mogliśmy złapać oddech. Wtedy ruszaliśmy, wściekle przedzierając się przez krzaki jeżyn, wdrapując na głazy, pomagając sobie rękami, pnąc się wciąż w górę i w górę, coraz szybciej. Im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej naglące stawało się wołanie. „Chodźcie do mnie! Chodźcie! Chodźcie!”. Pierwszy zaniepokoił się Traiben.

— Zaczynamy tracić kontrole nad sobą — powiedziałem wiec do Thrance’a. — Obiecałeś, że będziesz nas strzegł przed pieśnią Kavnalli.

— I będę.

— Czy nie powinniśmy podjąć jakichś środków ostrożności?

— Wkrótce. Wkrótce. Jeszcze nie ma potrzeby. — I nie dodał nic więcej, choć go naciskałem.

Chcąc nie chcąc, pędziliśmy dalej w górę. Teraz wszyscy prawie wbiegaliśmy na zbocze. Przyszło mi znowu do głowy, że pomimo protestów Thrance naprawdę jest posłańcem Kavnalli i z radością prowadzi nas ku zgubie.

Inni też zaczynali się dziwić, nie tylko Traiben. Szybkie tempo powoli dawało się we znaki ciałom i rodziło w umysłach kłopotliwe pytania.

— Dokąd pędzimy z takim pośpiechem?

— Co to za rzecz odzywa się nam w głowach?

— Czy to niebezpieczne? Powiedz nam, powiedz, Poilarze! Nie miałem nic do powiedzenia. Wiedziałem nie więcej od nich.

Czułem, że moim obowiązkiem jest podjąć jakieś działanie. Ale jakie? Thrance się wykręcał się. Często szedł w przodzie, krocząc z niezwykłą szybkością jak na człowieka, którego ciało jest tak zdeformowane. Obserwując go, przypominałem sobie promiennego młodego Pielgrzyma sprzed lat, wychodzącego z Chaty i biegnącego na czele swojej Czterdziestki drogą na Kosa Saag. Więc w tym zniszczonym ciele jest nadal ten sam Thrance — pomyślałem. Przyśpieszyłem kroku, żeby się z nim zrównać. Maszerował raźno, oddychając normalnie, jakby takie tempo było dla niego niczym.

— Nie możemy tak iść przez cały czas — powiedziałem. — Glos staje się coraz donośniejszy, a ludzie zaczynają się niepokoić. Musimy wiedzieć, co nas czeka, Thrance.

— Cierpliwości. Przyjdzie czas, to się dowiesz.

— Nie. Teraz.

— Nie, nie teraz. Przyjdzie właściwa pora. I z nową energią pognał przed siebie. Ruszyłem za nim, ale nie mogłem go dogonić i zaczęła mnie boleć noga. Jak on to robił? Musiał w nim siedzieć demon. Znowu się z nim zrównałem i próbowałem go naciskać, a on zbywał mnie uśmiechem, mówiąc że czas jeszcze nie nadszedł.

Poczułem przypływ wściekłości. Powinienem go zabić — pomyślałem — i uciekać z tego miejsca. Jeśli go nie zabiję, nigdy nas nie zostawi w spokoju i w końcu zniszczy. Bo jest demonem albo ma go w sobie.