Nie było tutaj drewna, więc musieliśmy obyć się bez ognia. Na pobliskich szczytach widziałem gdzieniegdzie światełka. Przypuszczałem, że są to obozowiska owadzich istot. Thrance potwierdził to. Ludzie-insekty mieszkali w przypominających ule skupiskach rozrzuconych wśród tych czarnych gór o ostrych wierzchołkach. Wszyscy kiedyś byli Pielgrzymami. Pochodzili z naszej wioski i dobrowolnie poddali się transformacji w istoty niższe od zwierząt. Nie potrafiłem tego zrozumieć. Dojść tak daleko, a potem zrezygnować z wszelkiej indywidualności, ze swojego jestestwa, żeby stać się owadem w szarej skorupie, pozbawionym duszy, maszerującym bez końca po stromych ścieżkach? To było dla mnie nie do pojęcia. Podobnie jak gotowość ofiar Kavnalli, by zamienić się w bezużyteczne, jaskiniowe robaki żywiące się gnojem. Ci, którzy poddali się Kavnalli, pozwolili zamienić się w niemowlęta, ci, którzy dołączyli do rojów Królestwa Sembitola, zeszli do jeszcze niższego poziomu i całkiem wyrzekli się człowieczeństwa.
Potem jednak pomyślałem: kim my wszyscy jesteśmy, jeśli nie istotami wędrującymi po szlakach życia? Ku jakiemu celowi? Po co wspięliśmy się tak wysoko i pójdziemy jeszcze dalej? Czy to nie jest tylko oszustwem wymyślonym, żeby przeżyć kolejny dzień? A jeśli spadniemy w przepaść, jakie to będzie miało znaczenie?
Tej ciemnej nocy nawiedziły mnie mroczne myśli. Hendy, która jak każdego wieczora była ze mną, wyczuła mój nastrój i przytuliła się. Po jakimś czasie poczułem się lepiej. Objąłem ją i zrobiliśmy Zmiany, a potem zasnęliśmy.
Rano zniknęło dwóch członków naszej grupy.
Kiedy moja dusza uległa ponurym myślom, musiałem przeczuwać, że zdarzy się coś strasznego. Gdy zebraliśmy się o brzasku, od razu się zorientowałem, że kogoś brakuje. Okazało się, że miałem rację. Z naszej Czterdziestki zginęło w czasie podróży pięć osób. Tego ranka doliczyłem się tylko trzydziestu trzech, oprócz Thrance’a. Spojrzałem na szeregi, żeby ustalić, kogo nie ma.
— Ment? — zawołałem. — Gdzie jest Ment? Jeszcze kogoś nie ma. Tenilda? Nie, jesteś. Bilair? Malti?
Bilair i Malti stały w tylnym szeregu, ale zniknął Ment Zamiatacz. A spośród kobiet Tuli Klown. Rozesłałem trzyosobowe grupy poszukiwaczy. Chociaż obozowaliśmy z dala od przepaści, podszedłem do niej i zerknąłem w dół. Pomyślałem, że może chodzili we śnie i spadli. Nie dostrzegłem w dole żadnych ciał. A ekipy poszukiwawcze wróciły z niczym.
Ment był cichym, pracowitym, nie skarżącym się na nic człowiekiem. Pełna wigoru Tuli zabawiała nas w wielu smutnych chwilach. Nie miałem innego wyjścia, jak pogodzić się z ich zniknięciem. Wezwałem Dorna, gdyż pochodził z Domu Tuli i dobrze ją znał. Oczy miał czerwone od płaczu.
— Wspomniała ci, że zamierza nas opuścić? — zapytałem go.
Potrząsnął głową. Nic nie wiedział. Stał oszołomiony i zrozpaczony. Jeśli chodzi o Menta, nigdy nie otwierał się przed innymi. Wśród nas nie było nikogo więcej z jego Domu, żadnego przyjaciela, którego mógłbym wypytać.
— Zapomnij o nich — poradził Thrance. — Nigdy ich więcej nie zobaczysz. Pakujmy się i ruszajmy.
— Jeszcze nie — odparłem.
Kazałem Thissie rzucić urok magii nieba, nie tak męczącej dla niej jak inne czary. Daliśmy jej ubrania, które zostawił Ment, i maskotkę z plecaka Tuli, a ona posłała swoją duszę w powietrze, żeby zlokalizować właścicieli tych rzeczy. Tymczasem wysłałem następne ekipy. Przeszukały szlak za nami i przed nami, lecz bez powodzenia. I wtedy Thissa stwierdziła, że wy czuwa w pobliżu obecność dwojga zaginionych. Nie potrafiła nam jednak powiedzieć nic ponad to, że jeszcze żyją.
— Daj sobie spokój — powtórzył Thrance. — Nie nui nadziei. Uwierz mi, tak właśnie rozpada się Czterdziestka, kiedy zaczyna się transformacja.
Potrząsnąłem głową.
— Może twoja Czterdziestka. Nie moja. Jeszcze ich poszukamy.
— Jak chcesz — odparł. — Chyba nie będę czekał.
Wstał, złożył mi drwiący ukłon, odwrócił się i ruszył szlakiem. Patrzyłem za nim z ustami rozdziawionymi jak ryba. Nawet kulejąc, poruszał się z fenomenalną szybkością. Po chwili zniknął za zakrętem.
— Thrance! — zawołałem, trzęsąc się z wściekłości. — Thrance!
Podeszła do mnie Galii. Wsunęła mi dłoń pod ramię.
— Pozwól mu iść. Jest niebezpieczny i znienawidzony.
— Ale zna drogę.
— Pozwól mu iść. Znajdowaliśmy drogę, zanim się pojawił. Z drugiej strony zbliżyła się do mnie Hendy.
— Galii ma rację — powiedziała cicho. — Lepiej nam będzie bez niego.
Wiedziałem, że to prawda. Thrance o mrocznej duszy często się przydawał, ale potrafił też być destrukcyjny i groźny. Nasz wymuszony sojusz wynikał tyleż z szacunku, co i potrzeby. Jego transformacja, mimo że częściowa, przeniosła go do świata, który różnił się od mojego. Może i pochodził z naszej wioski, ale już do nas nie należał. Był teraz zdolny do wszystkiego. Do wszystkiego. Niech sobie idzie — powiedziałem sobie.
Szukaliśmy Menta i Tuli przez następne dwie godziny. Przez nasz obóz przeszedł długi łańcuch górskich ludzi, podczas gdy my przeczesywaliśmy pobliskie jaskinie i szczeliny. Zastąpiłem im dróg? i powiedziałem:
— Zgubiliśmy dwoje towarzyszy. Wiecie może, gdzie są? Nie odpowiedzieli, nawet nie zwolnili kroku. Krzyknąłem do Naxy, żeby przemówił do nich w golarza. Miałem nadzieje, że rozumieją ten stary jeżyk. Naxa zawołał coś do nich, ale nie wywołał żadnej reakcji. Minęli nas i znikneli w dolnej części szlaku. W końcu musiałem zrezygnować z poszukiwań. Ruszyliśmy więc dalej bez Tuli i Menta, a także bez Thrance’a. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Popadłem w głębokie zamyślenie. Po raz kolejny doszedłem do wniosku, że poniosłem klęskę jako przywódca. Bardzo bolała mnie utrata następnych członków mojej Czterdziestki.
Około południa dotarliśmy do naturalnego mostu, który miał nas zaprowadzić do następnego Królestwa. Było to przerażające miejsce: sklepione przęsło zawieszone wysoko w powietrzu nad głębokim wąwozem, łuk ze lśniącego czarnego kamienia, tak wąski, że musieliśmy iść gęsiego. Z obu stron otwierała się bezdenna przepaść. Talbol i Thuiman pierwsi podeszli, do mostu i stanęli jak wryci. Nie palili się, żeby na niego wejść. Wydawał się tak kruchy, jakby miał się załamać pod ciężarem człowieka. Nie mogłem potępiać tych dwóch za wahanie. Ja sam straciłem na moment odwagę. Jaki jednak mieliśmy wybór? Inni często musieli tędy iść przed nami.
— Załamie się? — spytała Galii, śmiejąc się głośno. — Pozwólcie, że go wypróbuję! Jeśli mnie udźwignie, wszystko wytrzyma! — Nie czekając na moją zgodę, weszła na most. Uniosła wysoko głowę, wyprostowała plecy i wyciągnęła ramiona w bok dla utrzymania równowagi. Szła szybko, stawiając pewnie krok za krokiem. Po drugiej stronie obejrzała się i zawołała wesoło:
— Chodźcie! Jest całkiem solidny!
Weszliśmy więc kolejno, otwierając przyssawki na palcach stóp. Okazało się to jednak ciężką próbą i niektórzy przeżyli trudne chwile. Najdrobniejsze potknięcie mogło kosztować życie. Chaliza była zupełnie zielona na twarzy. Bałem się, że straci przytomność i runie w dół, ale jakoś się jej udało. Naxa przeprawił się na czworakach. Bilair cała się trzęsła. Kilarion natomiast przemaszerował dumnym krokiem jak po szerokiej łące, a Gazin pokonał most lekkim krokiem Żonglera. Thissa niemal przefrunęła na drugą stronę. Traiben ruszył z determinacją i poradził sobie zadziwiająco dobrze jak na kogoś tak mało sprawnego. Kiedy przyszła kolej Hendy, omal nie umarłem, ale ona nie okazała strachu ani niepewności. Ja czekałem do końca, jakbym wzrokiem i modlitwą pomagał towarzyszom utrzymać równowagę. Gdy wszedłem na most, stwierdziłem, że mam powód, by przeklinać krzywą nogę. Na tyle jednak wprawiłem się we wspinaczce, że potrafiłem się skoncentrować na jednym punkcie przed sobą. Nie zwracałem więc uwagi na zimne prądy powietrza unoszące się z przepaści ani na migotanie słońca na nagich skalnych ścianach i usunąłem wszelkie myśli o otchłani, w którą wpadnę, jeśli źle postawię stopę. Zrobiłem w skupieniu jeden krok, potem następny. Po chwili Kilarion chwycił mnie za jedną rękę, Traiben za drugą i pomogli mi przejść ostatni odcinek.