— Oczywiście, że ci wierzyłem. Powiedziałeś wszystko o tej dziwnej przysiędze. Pozwól jednak, Armandzie, że zapytam, komu przysięgałeś?
Śmiech.
Ich głosy niosły się przez ogród. Co za róże i chryzantemy, jakie olbrzymy. I światło padające z otwartych drzwi Willi Tajemnic. Czy słychać muzykę? To ci dopiero, cała ta zrujnowana budowla była bajecznie oświetlona pod rozżarzonym błękitem nieba.
— Więc chciałbyś, żebym złamał przysięgę. Chciałbyś dostać to, czego, jak ci się wydaje, pragniesz. A zatem przyjrzyj się dobrze temu ogrodowi, kiedy bowiem to uczynię, już nigdy więcej nie zobaczysz moich wizji ani nie odczytasz moich myśli. Opadnie woal ciszy.
— Ale staniemy się braćmi, czy ty tego nie pojmujesz? — spytał Daniel.
Armand stał tak blisko, że niemal się całowali. Napierały na nich wielkie senne dalie w odcieniach żółci i białe gladiole; urocza kwietna woń przenikała wszystko. Zatrzymali się pod usychającym drzewem, na którym rozkwitła wistaria. Jej delikatne kiście drżały, ogromne widlaste konary lśniły kościaną bielą. A z dala, z Willi, dobiegały głosy. Czy to ludzki śpiew?
— Gdzie naprawdę jesteśmy? — zapytał Daniel. — Powiedz!
— Powiedziałem. To tylko sen. Ale jeśli chcesz znać nazwę tego miejsca, pozwól, by była to brama życia i śmierci. Przeprowadzę cię przez nią. Dlaczego? Bo jestem tchórzem. I za bardzo cię kocham, żeby pozwolić ci odejść.
Daniel czuł wielką radość, wielki, chłodny, upajający triumf. Więc jednak nadeszła wymarzona chwila i odnalazł się w straszliwym, niepowstrzymanym spadaniu czasu. Przestał być jednym spośród rojnych milionów, którym przeznaczony jest sen w tej mokrej wonnej ziemi, pod badylami połamanych kwiatów, bez imienia ni wiedzy, bez widoku świata.
— Niczego ci nie obiecuję. Jakżebym mógł? Powiedziałem, co cię czeka.
— Nieważne. Razem z tobą wyjdę naprzeciw naszej przyszłości.
Powieki na zmęczonych starych oczach Armanda były zaczerwienione i zwiotczałe. Delikatne przybranie, ręcznie szyte, pajęcze, jak przybranie ducha. Czy nie taki był efekt czarów umysłu tworzącego bez wysiłku idealny wizerunek samego siebie?
— Nie płacz! To nie fair — powiedział Daniel. — Oto moje zmartwychwstanie. Jak możesz płakać? Czy nie wiesz, co to oznacza? Czy to możliwe, że nigdy nie wiedziałeś? — Nagle rozejrzał się, by objąć wzrokiem cały rozległy baśniowy pejzaż, odległą Willę, pagórki falujące w górze i poniżej. A gdy zadarł głowę, niebiosa wprawiły go w zdumienie. Nigdy nie widział tak wielu gwiazd.
Wydawało się, że niebo oddala się nieustannie z takim bogactwem i jasnością gwiazd, że konstelacje pogubiły się bez reszty. Żadnego wzoru. Żadnego przesłania. Tylko cudowne zwycięstwo czystej energii i materii. Ujrzał Plejady — ukochaną konstelację prześladowanych przez los rudowłosych sióstr ze snu — i uśmiechnął się. Zobaczył bliźniaczki na szczycie góry; były razem, szczęśliwe. To wzbudziło w nim radość.
— Powiedz słowo, miłości moja — rzekł Armand. — Zrobię to. I tak kiedyś trafimy razem do piekła.
— Czy nie pojmujesz? — powiedział Daniel — Tak zapadają wszystkie ludzkie decyzje! Czy myślisz, że matka wie, co stanie się kiedyś z dzieckiem, które jest jeszcze w jej łonie? Jesteśmy straceni, powiadam ci. Cóż to ma za znaczenie, jeśli ofiarujesz mi swój dar i okaże się, że popełniłeś błąd! Nie ma czegoś takiego jak błąd! Jest tylko desperacja i pragnienie! Pragnę żyć z tobą wiecznie.
Otworzył oczy. Sufit kabiny samolotu, łagodne żółte światło odbijające się w plastikowych panelach, a potem znów ogród, zapachy, kwiaty niemal wzlatujące z łodyg.
Stali pod uschłym drzewem owiniętym mnóstwem purpurowych kwiatów wistarii. Kiście woskowanych płatków gładziły go po twarzy. Coś sobie przypomniał, coś, o czym dowiedział się dawno temu — że starożytny lud nazywał jednym słowem kwiat i krew. Nagle ostre kły wbiły mu się w kark.
Jego serce znalazło się w potężnym uścisku. Napór był nie do zniesienia. Widział przez ramię Armanda, dokoła osuwała się noc, a gwiazdy rozrastały się jak wilgotne pachnące kielichy kwiatów. Unosili się do nieba!
Przez ułamek sekundy zobaczył Wampira Lestata nurkującego w swoim długim czarnym samochodzie. Przypominał lwa z grzywą rozwianą na wietrze; oczy miał pełne szalonego rozbawienia i szampańskiego humoru. Odwrócił się i popatrzył na Daniela, a z jego gardła dobył się głęboki, łagodny śmiech.
Louis też tam był. Stał w pokoju przy Divisadero Street, wyglądając przez okno, i czekał, aż wreszcie powiedział:
— Tak, chodź, Danielu, jeśli tak musi być.
Oni jednak nie wiedzieli o spalonych domach sabatowych! Nie wiedzieli o bliźniaczkach! O ostrzegawczym krzyku!
Teraz wszyscy byli w zatłoczonym pokoju w Willi; Louis, ubrany w surdut, opierał się o półkę kominka. Wszyscy tam byli! Nawet bliźniaczki!
— Jak to dobrze, że przyszliście — powiedział Daniel. Najpierw ucałował Louisa, a potem ceremonialnie pozostałych. — Spójrzcie, moja skóra jest tak biała jak wasza!
Krzyknął nagle, kiedy jego serce zostało wypuszczone z uścisku i powietrze napłynęło do płuc. Znów ogród. Trawa wszędzie wokół. Ogród wyrósł mu ponad głowę. Nie zostawiajcie mnie tu — zwrócił się do nich bezgłośnie. — Nie tu, w ziemi.
— Pij, Danielu. — Ksiądz wygłaszał formułkę po łacinie, nalewano mu do ust wino komunii świętej. Rude bliźniaczki wzięły święte miski: serce, mózg. — Oto mózg i serce matki mojej, które pochłonę z całym szacunkiem dla ducha matki mojej…
— Boże, daj mi to! — Przewrócił kielich na marmurową posadzkę kościoła tak niezdarnie, ale na Boga! Krew!
Usiadł, miażdżąc Armanda w uścisku, wysysając ją z niego łyk po łyku. Przewrócili się razem na miękkie grządki kwiatów. Armand leżał obok, a on miał usta na jego szyi; krew płynęła niepowstrzymanym źródłem.
— Wejdź do Willi Tajemnic — rzekł Louis, dotykając jego ramienia. — Czekamy. — Bliźniaczki obejmowały się nawzajem i gładziły po długich lokach.
Dzieciaki wydzierały się przed halą, bo skończyły się bilety. Zamierzały obozować na parkingu do następnego wieczoru.
— Mamy bilety? — zapytał Armanda. — Armandzie, bilety!
Niebezpieczeństwo! — dotarł do niego sygnał. Lód. Wołanie pochodziło od złapanego w lodową pułapkę!
Poczuł mocne uderzenie. Unosił się w powietrzu.
— Śpij, ukochany.
— Chcę wrócić do ogrodu, do Willi. — Próbował otworzyć oczy. Bolał go brzuch. Jaki przedziwny ból, jakby oddalony.
— Wiesz, że on jest pogrzebany pod lodem?
— Śpij — rzekł Armand, przykrywając go kocem. — Kiedy się obudzisz, będziesz dokładnie taki jak ja. Umarły.
San Francisco. Nie otworzył jeszcze oczu, a wiedział, że tam jest. Co za upiorny sen, jak dobrze, że się zakończył — brak powietrza, czerń, gwałtowne i przerażające prądy morskie! Ale ten sen zblakł. Sen bez dźwięków, jedynie odgłosy wody, dotyk wody! Sen budzący niewymowny lęk. Był w nim kobietą, bezradną, pozbawioną języka, którym mogłaby wyrazić wołanie o pomoc.
Niech sobie zniknie.
Było coś znajomego w powiewie całującym jego twarz, w białej świeżości, którą prawie czuł. Oczywiście, San Francisco. Chłód przesuwał się po nim jak opięty strój, a równocześnie w środku czuł cudowne ciepło.
Nieśmiertelny. Na zawsze.
Otworzył oczy. Armand go tu umieścił. W kleistej czerni snu słyszał Armanda nakazującego mu pozostać na miejscu. Armand powiedział, że tu będzie bezpieczny.