Lubił też automobile, które spalały ziemny olej, tak jak lampy. I wielkie samoloty odrzutowe, lecące nad chmurami zgodnie z jakąś naukową zasadą.
Zawsze przystawał, by słuchać ludzi śmiejących się i paplających tam w górze, kiedy któryś z samolotów przelatywał nad nim.
Prowadzenie pojazdu było wyjątkową rozkoszą. Pędził srebrnym mercedesem po gładkich pustych drogach z Rzymu do Florencji i Wenecji w jedną noc. Lubił także telewizję — ten cały elektryczny proces oparty na drobinach światła. Jakże łagodząco działało towarzystwo telewizji, intymna zażyłość z tyloma starannie wymalowanymi twarzami przemawiającymi serdecznie z jaśniejącego ekranu.
Rock and rolla też lubił. Lubił muzykę. Lubił Wampira Lestata śpiewającego „Requiem dla markizy”. Nie przykładał większej wagi do słów. Liczyła się melancholia i mroczny podkład bębnów i cymbałów. Nogi rwały mu się do tańca.
Lubił gigantyczne żółte maszyny, które późną nocą rozdrapywały ziemię w miastach, a także i ludzi w jednolitych ubiorach pełzających wokół nich; lubił londyńskie piętrowe autobusy i ludzi — sprytnych śmiertelnych ze wszystkich stron świata — ich też, oczywiście, lubił.
Lubił spacerować wieczorem po Damaszku i w nagłych przebłyskach niespójnych wspomnień oglądać na tamtych ulicach miasta starożytnych Rzymian, Greków, Persów, Egipcjan.
Lubił biblioteki, w których odkrywał dawne budowle w wielkich, gładkich, miło pachnących księgach. Fotografował nowe miasta wokół siebie i czasem potrafił nałożyć na zdjęcia obrazy, które rodziły mu się w myślach. Na przykład na jego fotografii z Rzymu byli Rzymianie w tunikach i sandałach, nałożeni na wersje współczesne w grubej, topornie skrojonej odzieży.
O tak, zawsze było wokół niego wiele do lubienia — skrzypcowa muzyka Bartoka, małe dziewczynki w śnieżnobiałych sukienkach, wychodzące o północy z kościoła, po chrześcijańskiej mszy.
Oczywiście, lubił też krew ofiar. To było nieuniknione i wcale nie zabawne. Śmierć go nie bawiła. Dopadał ich w milczeniu; nie chciał ich znać. Wystarczyło, że niedoszła ofiara odezwała się do niego, a natychmiast ją porzucał. Uważał, że nie przystoi rozmawiać z tymi słodkimi, łagodnie spozierającymi istotami, a potem pić ich krew, łamać kości, wysysać szpik i rozgniatać kończyny na kapiącą miazgę. A tak właśnie teraz ucztował, okrutnie i gwałtownie. Pożądanie obezwładniało go swoją żarłoczną monotonią, nie mającą nic wspólnego z pragnieniem. Potrafił delektować się trzema czy czterema śmiertelnymi w jedną noc.
Mimo to miał pewność, absolutną pewność, że kiedyś był istotą ludzką. Tak, chodził wtedy w słońcu w upalne dni, chociaż obecnie było to jak najbardziej wykluczone. Widział siebie siedzącego przy prostym drewnianym stole i rozcinającego miedzianym kozikiem dojrzałą pomarańczę. Widział ten piękny owoc. Znał jego smak. Znał smak chleba i piwa. Widział blask słońca i matowy żółty piasek, który ciągnął się daleko wokół. — Połóż się i odpoczywaj, przeczekaj żar dnia — powiedziano mu kiedyś. Czy był to ostatni dzień jego egzystencji jako żywej istoty? Tak, trzeba odpocząć, ponieważ król i królowa zawezwą cały dwór i coś strasznego, coś…
Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć.
A przecież kiedyś to wiedział, w tym rzecz, wiedział do tej nocy. Tej nocy…
Nie przypominał sobie nawet wtedy, kiedy słuchał Wampira Lestata. Ta postać go fascynowała — piosenkarz rockowy nazywający siebie krwiopijcą. Rzeczywiście wyglądał na osobę nie z tego świata, ale cóż, to była telewizja, no nie? Wielu śmiertelnych z oszałamiającego świata muzyki rockowej wyglądało na istoty nie z tego świata. A w głosie Wampira Lestata była taka ludzka namiętność.
I nie tylko namiętność; to była ludzka ambicja szczególnego rodzaju. Wampir Lestat zapragnął heroizmu. Kiedy śpiewał, ogłaszał: — Pozwólcie mi ukazać moją istotę! Jestem symbolem zła; a jeśli jestem symbolem prawdziwym, w takim razie czynię dobrze.
Fascynujące. Tylko człowiek potrafiłby wymyślić taki paradoks. O tym też wiedział, bo oczywiście kiedyś był człowiekiem.
Miał teraz nadprzyrodzoną zdolność rozumienia spraw. Tak. Ludzie nie potrafili jego sposobem, spojrzawszy na maszynę, przejrzeć zasady jej działania. A to, że wszystko było mu znajome, również miało związek z jego nadprzyrodzonymi mocami. lało tego, tak naprawdę nic nie mogło go zaskoczyć. Ani fizyka kwantowa, ani teoria ewolucji, ani malarstwo Picassa czy działanie szczepionek sprawiających, że dzieci za sprawą bakterii uodporniały się na chorobę. Było tak, jakby wiedział o wszystkim na długo przedtem, zanim się tu zjawił. Na długo przedtem, zanim i mógł rzec: — Myślę, więc jestem.
Ale pominąwszy to wszystko, zachował ludzkie spojrzenie na świat. Nikt nie mógł temu zaprzeczyć. Czuł ludzki ból z niesamowitą i przerażającą perfekcją. Wiedział, co to znaczy kochać i być samotnym, och tak, wiedział to lepiej niż wszystko inne, a czuł najdotkliwiej, kiedy słuchał piosenek Wampira Lestata. To dlatego nie przykładał wagi do słów.
I jeszcze jedno. Im więcej pił krwi, tym bardziej się stawał ludzki.
Kiedy objawił się po raz pierwszy w tym czasie — sobie samemu i innym — wcale nie wyglądał na człowieka. Był cuchnącym kościotrupem, szedł drogą publiczną w kierunku Aten, kości oplatane napiętymi gumami żył ukrywał pod warstwą stwardniałej białej skóry. Budził przerażenie. Ludzie uciekali przed nim, wyciskając całą moc ze swoich autek. Czytał w ich myślach — widział siebie ich oczyma — i rozumiał, i było mu przykro, oczywiście.
W Atenach postarał się o rękawiczki i luźny wełniany strój z plastikowymi guzikami, a także te śmieszne nowoczesne buty, które zakrywały całą stopę. Owinął twarz szmatami, zostawiając tylko dziury na oczy i usta. Brudne czarne włosy przykrył szarym filcowym kapeluszem.
Nadal wybałuszali na niego oczy, ale nie uciekali z krzykiem. O zmierzchu włóczył się wśród gęstych tłumów na skwerze Omonia i nikt nie zwracał na niego uwagi. Jakże miły był współczesny zgiełk i gwar tego starego miasta, które dawno temu było równie żywotne, kiedy z całego świata zjeżdżali tu studenci, by uczyć się filozofii i sztuki. Kiedy spoglądał na Akropol, widział Partenon taki jak ongiś — cały, dom bogini. Nie dzisiejszą ruinę.
Grecy byli jak zawsze wspaniałymi ludźmi, uprzejmymi i ufnymi, chociaż z racji tureckiej krwi nabrali ciemniejszej karnacji i barwy włosów. Nie przeszkadzał im jego dziwny przyodziewek. Rozmawiał z nimi miękkim, pieszczotliwym głosem, wykazując idealne opanowanie języka — poza niewieloma, jak się wydawało, koszmarnymi pomyłkami — a oni go uwielbiali. Po pewnym czasie zauważył, że jego ciało z wolna się wypełnia. Wreszcie pewnej nocy, kiedy zdjął łachmany, ujrzał kontury ludzkiej twarzy. A więc tak właśnie wyglądał?
Wielkie czarne oczy z delikatnymi kurzymi łapkami i całkiem gładkimi powiekami. Usta miłe, uśmiechnięte. Nos zgrabny, wdzięczny; całkiem mu się spodobał. A najbardziej podobały mu się brwi, równe i nie krzaczaste, zarysowane na tyle wysoko nad oczami, że nadawały twarzy wyraz otwartości, ukrywanego radosnego i budzącego zaufanie podziwu. Tak, to była twarz przystojnego młodego mężczyzny.
Zaczął chodzić z odkrytą twarzą, nosząc współczesne spodnie i koszule. Musiał jednak trzymać się cienia. Po prostu był zbyt gładki i biały.
Kiedy pytano go, jak się nazywa, mówił: — Khayman. — Ale nie wiedział, skąd wzięło się to imię. Wiedział natomiast, że kiedyś mówiono na niego Beniamin. Były też inne imiona. Ale kiedy?… Khayman. Tego pierwszego i tajnego nigdy nie zapomniał. Potrafił narysować dwa małe obrazki, które znaczyły „Khayman”, ale nie miał pojęcia, skąd te symbole pochodzą.