Выбрать главу

Ktoś ją podniósł.

Teraz najlepiej było spać. Jeśli to śmierć… no to co, była całkiem fajna. Głosy ludzi, które ledwo słyszała, nie miały już znaczenia. Wydawało się, że Dawid ją woła. Czego od niej chce? Żeby umarła? Lekarz groził, że wezwie policję. Policja w niczym już nie pomoże. To było niemal śmieszne.

Schodzili coraz bardziej w dół schodów. Czuła cudowne zimne powietrze.

Odgłosy ruchu ulicznego nasiliły się; obok przejechał z warkotem autobus. Poprzednio nigdy nie lubiła tych hałasów, ale teraz były jak wiatr, tak czyste. Znów kołysano ją lekko, łagodnie, jakby była w kołysce. Poczuła nagły zryw samochodu, a potem gładki, swobodny pęd. Miriam była tu i chciała, żeby Jesse na nią spojrzała, ale ona czuła się teraz zbyt zmęczona.

— Nie chcę iść, mamo.

— Jesse, proszę. Nie jest za późno. Wciąż możesz przyjść! — Wołała tak, jak Dawid: — Jessico.

Daniel

Daniel wreszcie zrozumiał. Bladolicy bracia i siostry krążą wokół siebie, mierzą się wzrokiem, nawet grożą sobie nawzajem, ale nikt nic nie zrobi. Zasada była prosta i bezwzględna; nie zostawiać żadnych dowodów świadczących o naszej kondycji — żadnych ofiar, ani jednej komórki naszej wampirzej tkanki.

Lestat miał być jedyną ofiarą i mord zaplanowano z całą starannością. Śmiertelni nie mieli zobaczyć kos, chyba że w ostateczności. Porwać drania, kiedy będzie próbował uciec, taki był plan; zniszczyć go tylko w obecności wtajemniczonych. Jeśli będzie się opierał, umrze na oczach swoich fanów; należy wówczas zniszczyć ciało tak, by nic z niego nie zostało.

Daniel śmiał się do rozpuku. Już sobie wyobrażał, jak Lestat potulnie godzi się na te zamierzenia.

Śmiał się prosto w ich zawzięte gęby. Bladziuchne jak orchidee złośliwe duszyczki, które napełniły halę, kipiąc złością, zazdrością, chciwością. Można by pomyśleć, że nienawidzili Lestata choćby z powodu jego wyzywającej urody.

Daniel wreszcie oderwał się od Armanda. Czemu nie?

Nikt nie mógł go skrzywdzić, nawet groźnie patrząca kamienna postać, którą widział w cieniach, tak twarda i stara, że wygląda jak legendarny Golem. Cóż to za niesamowity stwór, ta kamienna kreatura wpatrzona w śmiertelną kobietę leżącą ze złamanym karkiem, tę rudą, przypominającą bliźniaczki ze snu. Pewnie zrobił to jakiś głupi człowiek, złamał jej kark jak zapałkę. A ten jasnowłosy wampir w jelenich skórach przeciskający się do miejsca wypadku też wyglądał niesamowicie, żyły nabrzmiały mu na karku i na dłoniach, kiedy dotarł do tej biednej ofiary. Armand z niezwykłym wyrazem twarzy przyglądał się ludziom zabierającym rudą kobietę, jakby, nie wiedzieć czemu, uważał, że powinien interweniować; być może ten niby-Golem stojący bez ruchu napawał go niepokojem. Wreszcie wepchnął z powrotem Daniela w śpiewający tłum. Nie było jednak powodu do strachu. To miejsce, ta katedra dźwięku i muzyki była ich sanktuarium.

Lestat był Chrystusem na katedralnym krzyżu. Jak opisać jego wszechwładny i irracjonalny autorytet? Miałby okrutną twarz, gdyby zachwyt i wylewna radość nie czyniły jej dziecinną. Wymachiwał pięściami, jakby walczył z cieniem, wrzeszczał, błagał, wył pod adresem nieugiętych mocy, cały czas śpiewając o swoim upadku — Lelio, bulwarowy aktorzyna, przepoczwarzony w nocnego stwora wbrew swojej woli!

Jego tenor zdawał się kompletnie odcieleśniony, gdy relacjonował klęski, zmartwychwstania, pragnienia, których żaden potop krwi nigdy by nie ugasił.

— Czyż nie jestem diabłem w was wszystkich! — krzyczał nie do rozkwitających w blasku księżyca potworów, ale do śmiertelnych, którzy go uwielbiali.

Nawet Daniel wrzeszczał, ryczał, skakał w górę, potwierdzając te słowa, chociaż na dobrą sprawę nic nie znaczyły; chodziło tylko o nagą moc sprzeciwu i wyzwania Lestata, przeklinającego niebiosa w imieniu tych, którzy kiedykolwiek zakosztowali losu wyrzutka, wszystkich tych, którzy kiedykolwiek dopuścili się gwałtu, aby potem w poczuciu winy i wyrządzanego zła zwrócić się przeciwko swojej krwi.

W najbardziej wzniosłych chwilach Daniel miał wrażenie, że osiągnięcie nieśmiertelności w przededniu tej wielkiej mszy było jakimś znakiem losu. Wampir Lestat był bogiem lub też kimś mu podobnym. Gigant na ekranie wideo błogosławił wszystko, czego Daniel kiedykolwiek pożądał.

Jak inni mogli się opierać? Z pewnością uniesienie przyszłej ofiary rozpalało ich do szaleństwa. Zasadnicze przesłanie wszystkich tekstów było następujące: Lestat ma dar, przyrzeczony każdemu; Lestata nie można zabić. Zasmakował cierpień, które na niego spadły, i wyłonił się tym silniejszy. Połączyć się z nim znaczyło żyć wiecznie.

Oto jest ciało moje. Oto jest krew moja.

Nienawiść wrzała jednak pośród wampirzych braci i sióstr. Kiedy koncert zmierzał ku finałowi, Daniel poczuł ją żywo — smród bijący od tłumu, syk coraz mocniej przebijający się spod brzmienia muzyki.

Zabić boga. Rozerwać na strzępy. Niech śmiertelni wierni robią to, co zawsze — opłakują w jego postaci tych, którym sądzona jest śmierć.

— Idziemy, jest po mszy.

Zapaliły się światła na widowni. Fani uderzyli na drewnianą scenę, rozerwali czarną serżową kurtynę w pogoni za uciekającymi muzykami.

Armand złapał Daniela za ramię.

— Bocznymi drzwiami — powiedział. — Nasza jedyna szansa to dopaść go szybko.

Khayman

Nastąpiło to, czego się spodziewał. Uderzyła najpierw na tych, którzy uderzyli na niego. Lestat wyszedł tylnymi drzwiami i z Louisem u boku pędził do swojego czarnego porsche, kiedy skrytobójcy rzucili się na niego. Wydawało się już, że nieregularny krąg się zamknie, kiedy naraz pierwszy kosiarz stanął w płomieniach. Tłum wpadł w panikę, przerażone dzieci pędziły na oślep we wszystkich kierunkach. Następny nieśmiertelny napastnik zajął się ogniem. I następny.

Khayman przywarł do ściany, podczas gdy niezdarne ludzkie istoty mijały go w pędzie. Widział, jak elegancka krwiopijczyni nie zauważona przecina tłum, wślizguje się za kierownicę samochodu, krzykiem popędzając Louisa i Lestata, żeby do niej dołączyli. To była Gabriela, matka czarta. To oczywiste, że nie tknął jej zabójczy ogień. W błękitnych oczach nie było ani okruszyny strachu, kiedy przygotowywała pojazd szybkimi, zdecydowanymi gestami.

Tymczasem Lestat rozwścieczony, oszalały, pozbawiony szansy walki wsiadł wreszcie do samochodu, ponieważ inni go do tego zmusili.

A gdy porsche brnęło przez rozbiegany tłum młodzieży, płomienie dosięgały krwiopijców. Ich krzyki, gorączkowe przekleństwa, ostateczne pytania rosły w koszmarnym, niesłyszalnym dla ludzkiego ucha chórze.

Khayman zakrył twarz. Porsche przebyło połowę drogi do bramy, zanim zatrzymał je tłum. Syreny wyły, wywrzaskiwano rozkazy; dzieci padały z połamanymi kończynami. Śmiertelni krzyczeli z żalu i przerażenia.

Znajdź Armanda — pomyślał Khayman. Ale po co? Wszędzie, gdzie spojrzał, wirowały wielkie pochodnie oranżowo-niebieskiego ognia, bielejące w nagłym żarze, kiedy tamci uwalniali się od sczerniałych ubrań, osuwających się na chodniki. Jak wejść między ogień i Armanda? Jak uratować młodego Daniela?

Popatrzył ku odległym wzgórzom, na drobną postać jaśniejącą na ciemnym niebie, nie zauważoną przez tych, którzy uciekali z wrzaskiem i wołaniem o pomoc.

Nagle poczuł żar; dotykał go jak wtedy w Atenach. Poczuł, jak tańczy u jego stóp, oczy zaszły mu łzami. Mimo to niewzruszony wpatrywał się w odległe źródło tego doznania. A potem z przyczyn, których być może nie miał nigdy pojąć, zdecydował się nie odpychać ognia, lecz sprawdzić, co żywioł może mu uczynić. Każde włókno jego jestestwa mówiło mu — Odepchnij go. — A jednak pozostał bez ruchu, wyprany z myśli, czując kapiący pot. Ogień okrążył go, objął, a następnie cofnął się i zostawił go w spokoju, zimnego i zranionego ponad wszelkie, najdziksze nawet wyobrażenie. Wyszeptał cichą modlitwę: — Oby bliźniaczki cię zniszczyły.