Daniel
Pożar! — Daniel poczuł smród zjełczałego tłuszczu i równocześnie zobaczył płomienie wybuchające wśród tłumu. Jaką osłonę zapewniało teraz zbiorowisko? Ogień tryskał małymi eksplozjami, podczas gdy grupki oszalałych nastolatków bezładnie usiłowały się od nich oddalić. Ludzie biegali bezsensownie w kółko, wpadając jedni na drugich.
Ten dźwięk. Daniel usłyszał go znowu. Przesuwał się nad ich głowami. Armand ciągnął go do budynku. To bez sensu, i tak nie dostaną się do Lestata. Nie mieli kryjówki. Armand wrócił do hali, wciąż ciągnąc Daniela za sobą. Para przerażonych wampirów wybiegła z drzwi i eksplodowała słupami ognia.
Ogarnięty grozą Daniel patrzył na szkielety rozpływające się w bladożółtej poświacie. W głębi opustoszałej widowni kolejna uciekająca postać zajęła się upiornymi płomieniami. Wijąc się, padła na betonową podłogę; z pustego ubrania uniósł się dym, kałuża tłuszczu zalała beton i wyschła na oczach Daniela.
Znów pobiegli ku uciekającym śmiertelnym, tym razem do odległej bramy, od której dzieliło ich wiele metrów asfaltowej nawierzchni.
Przemieszczali się tak szybko, że stopy Daniela nie dotykały ziemi. Świat zmienił się w kolorową smugę. Nawet żałosne wrzaski przerażonych fanów dobiegały z daleka, złagodzone. Wtem zatrzymali się przy bramie, w tej samej chwili, w której czarne porsche Lestata wypadło z parkingu i przemknęło na ulicę. Zniknęło im z oczu po kilku sekundach, sunąc jak pocisk ku autostradzie, na południe.
Armand nie usiłował go dopędzić; zdawał się nawet go nie dostrzegać. Stał przy bramie i patrzył ponad głowami tłumu i wygiętym dachem hali ku odległemu horyzontowi. Niesamowity, telepatycznie słyszany dźwięk był ogłuszający. Przesłonił wszystkie inne dźwięki świata, pochłonął wszelkie doznania.
Daniel musiał zakryć uszy rękoma, nie potrafił opanować drżenia nóg. Czuł, że Armand jest blisko, ale przestał cokolwiek wiedzieć. Wiedział jednak, że jeśli to ma nastąpić, to właśnie teraz. Jednak nie czuł strachu, nadal bowiem nie mógł uwierzyć we własną śmierć; sparaliżowały go pomieszanie i zdumienie.
Dźwięk rozpłynął się stopniowo. Odrętwiały Daniel powoli przejrzał na oczy; rósł przed nim wielki kształt wozu strażackiego z drabiną; strażak krzyczał, żeby odszedł od bramy. Buczenie syren było, jak dźwięk z innego świata, przeszywało skronie niewidzialnymi igłami.
Armand łagodnie odsunął go z drogi. Wystraszeni ludzie pędzili obok jak unoszeni wiatrem. Daniel słaniał się na nogach, ale Armand go podtrzymał. Znaleźli się w ciepłej masie śmiertelnych, za ogrodzeniem, wślizgując się między gapiów oglądających zamieszanie zza drucianej siatki.
Setki nadal uciekały. Przeraźliwy dysonans syren zagłuszył ich krzyki. Wozy strażackie pędziły przez bramę, mijając rozproszonych śmiertelnych. Jednak wszystkie te odgłosy były wątłe i dalekie, nadal przygłuszane gasnącym nadprzyrodzonym dźwiękiem. Armand przylgnął do siatki, zamknął oczy, przycisnął czoło do metalu. Siatka drżała, jakby ona jedna mogła słyszeć stwora tak, jak oni go słyszeli.
Dźwięk zgasł.
Zapanowała lodowata cisza, cisza po wstrząsie, pustka. Chociaż pandemonium trwało dalej, już ich nie obejmowało.
Byli osamotnieni; śmiertelni rozbiegali się na boki, zderzali się ze sobą, pędzili dalej, a w powietrzu unosiły się uparte nadprzyrodzone krzyki przypominające trzask płonącej folii aluminiowej; kolejne śmierci, ale gdzie?
Przecięli ulicę, ramię w ramię, nie śpiesząc się. Poszli dalej ciemną boczną ulicą, mijając podniszczone domy z ozdobnymi tynkami i tanie narożne sklepiki.
Szli i szli. Noc była zimna i spokojna, a odgłosy syren dalekie, nieomalże żałobne.
Kiedy dotarli do szerokiego, oślepiającego jasnością bulwaru, ujrzeli rozklekotany trolejbus skąpany w zielonkawym świetle. Wydawał się zjawą jadącą ku nim przez pustkę i ciszę. Zalewie kilku osamotnionych pasażerów patrzyło przez zasmużone, brudne okna. Kierowca wyglądał, jakby był pogrążony we śnie.
Armand uniósł zmęczone oczy, jakby chciał odprowadzić pojazd wzrokiem. Jednak ku zdumieniu Daniela trolejbus zatrzymał się, żeby ich zabrać.
Weszli do środka i nie kupując biletów, opadli na długą, pokrytą skórą ławę. Kierowca ani na chwilę nie oderwał oczu od szyby. Armand siedział bokiem do okna, tępo wpatrując się w czarną gumową wykładzinę. Miał zmierzwione włosy i smugę sadzy na policzku. Zagubiony w myślach, wydawał się całkowicie nieświadomy tego, co robi.
Daniel spoglądał na otaczających go bezbarwnych śmiertelnych. Kobieta o twarzy jak suszona śliwka i ustach wąskich jak szrama odpowiedziała mu gniewnym spojrzeniem; pijany mężczyzna chrapał, zwiesiwszy głowę na piersi; kobieta z malutką główką o zlepionych włosach trzymała na kolanach gigantycznego niemowlaka, którego skóra była jak guma do żucia. Niech to diabli, w nich wszystkich było coś okropnie nie w porządku. Na tylnym siedzeniu tkwił trup mężczyzny z półprzymkniętymi powiekami i śladami śliny na podbródku. Czy nikt nie widzi, że on nie żyje? Na podłodze zasychała śmierdząca uryna.
Dłonie Daniela wyglądały martwo, trupio. Kierowca obracający kierownicę wydawał się umarlakiem z żywym jednym ramieniem. Czy to halucynacja? Autobus do piekła?
Nie. Jedynie trolejbus, jeden z miliona podobnych, jakie widział w życiu, wiozący nocą przez miasto zmęczonych wykolejeńców. Nagle Daniel mało nie wybuchnął głośnym śmiechem, myśląc o trupie z tyłu i o ludziach jadących ot, tak sobie, i o tym, jak to wszystko wyglądało w tym świetle, ale poczucie grozy natychmiast wróciło.
Cisza działała mu na nerwy, podobnie jak powolne kołysanie autobusu; przygnębiała go parada ruder; widok bezsilnej twarzy i pustego wzroku Armanda był nie do zniesienia.
— Wróci po nas? — spytał. Nie mógł tego już znieść.
— Wiedziała, że tam byliśmy — rzekł Armand cichym, matowym głosem. — Pominęła nas.
Khayman
Wycofał się na wysoki trawiasty stok, za którym rozciągał się widok na zimny Pacyfik.
Miał przed sobą panoramę całości; śmierć w oddali, zagubioną w światłach, a piskliwe wycia nadprzyrodzonych dusz mieszały się z zagęszczonymi odgłosami ludzkiego miasta.
Uciekające przed diabłami porsche Lestata wypadło z autostrady. On sam wyszedł z pogruchotanego auta bez szwanku, złakniony walki; ale ogień znów uderzył w tych, którzy go otoczyli, rozpraszając ich lub zabijając.
Wreszcie pozostawiony samemu sobie z Louisem i Gabrielą, zgodził się wycofać, niepewny, kto lub co go chroni.
Bez wiedzy całej trójki królowa udała się w pogoń za jego nieprzyjaciółmi.
Nad dachami przesuwała się jej moc, niszcząc tych uciekających, którzy usiłowali się ukryć, i tych, którzy w pomieszaniu i rozpaczy pozostali przy zamarłych towarzyszach.
Noc cuchnęła spalenizną; po zawodzących upiorach zostały na pustych chodnikach jedynie zniszczone ubrania. Poniżej, pod łukowymi lampami opustoszałych parkingów policjanci na próżno szukali ciał, a strażacy na próżno szukali ofiar, którym mogliby pomóc. Śmiertelna młodzież krzyczała żałośnie.