Выбрать главу

V. Sw. Edward i królowie normańscy

Zdziwić może czytelnika nieproporcjonalnie duże znaczenie, jakie przypisuję imieniu, które postawiłem na pierwszym miejscu w tytule niniejszego rozdziału. Umieściłem je tam, gdyż uważam to za najlepszy sposób podkreślenia na wstępie „praktycznej” części naszych dziejów — zjawiska dziwnego i trudnego do ujęcia, zjawiska, które najlepiej da się chyba określić jako siła królów słabych.

Byłoby rzeczą nieocenioną, gdybyśmy mogli mieć taką wyobraźnię, która pozwoliłaby nam nie tylko uczyć się, ale i… oduczyć. Poproszę więc teraz czytelnika, by zapomniał na chwilę o wszystkim, co dotąd w życiu czytał i czego się uczył w szkole i by popatrzył na monarchię angielską tak, jak mu się ona wówczas ukaże. Niech mu się wyda, że wiadomości swe o dawnych królach zawdzięcza on, podobnie jak większość ludzi żyjących w mniej skomplikowanych czasach, opowieściom nianiek, nazwom miejscowości, kościołów oraz instytucji charytatywnych, baśniom z przydrożnych zajazdów i napisom nagrobkowym na cmentarzach. Przypuśćmy dalej, że człowiek taki będzie szedł jakimś zwykłym gościńcem angielskim, np. doliną Tamizy do Windsoru, lub też będzie zwiedzał jakieś stare ośrodki kultury, jak Oxford lub Cambridge. Jedną z pierwszych miejscowości, na które wówczas trafi, będzie — dajmy na to — Eton, odmieniony zaiste przez nowoczesną arystokrację, ale cieszący się nadal swym średniowiecznym bogactwem i pamiętający swe średniowieczne pochodzenie. Gdyby się nasz wędrowiec zapytał o to pochodzenie, nawet chłopiec ze szkoły arystokratycznej znałby zapewne na tyle historię, by mu powiedzieć, że Eton założone zostało przez Henryka VI. Gdyby poszedł następnie do Cambridge i zatrzymał swój wzrok na kaplicy kolegium, górującej wspaniale — jak katedra — nad wszystkimi innymi gmachami i zapytał o tę kaplicę, wyjaśniono by mu, że jest to Kolegium Królewskie. Gdyby zaś z kolei zapytał, którego króla, wymieniono by mu znowu Henryka VI. Gdyby jednak poszedł teraz do biblioteki i poszukał Henryka VI w encyklopedii, stwierdziłby, że ten legendarny olbrzym, który zostawił po sobie owe gigantyczne dzieła, był w historii ledwo dostrzegalnym karzełkiem. Wśród zmieniających się stale aktorów wielkiej kłótni politycznej on jest jedynym statystą. Zwalczające się kliki rzucają nim jak belą towaru. O jego życzenia, jak się zdaje, nawet nie pytano, a tym mniej je uwzględniano. A tymczasem jego prawdziwe życzenia znalazły wyraz w kamieniu i marmurze, w dębie i złocie — i przetrzymały wszystkie, najbardziej zwariowane rewolucje nowoczesnej Anglii, podczas gdy ambicje ludzi, którzy dyktowali mu swą wolę, uleciały z wiatrem, jak liście na jesieni.

Edward Wyznawca, podobnie jak Henryk VI, miał nie tylko słabe zdrowie, ale był nieomal idiotą. Powiadają, iż blady był jak albinos, a strach przejmujący ludzi na jego widok przypominał w pewnej mierze uczucia, które budzi widok monstrualnego mentekaptusa. Jego chrześcijańs kie miłosierdzie graniczyło z anarchią, a opowiadania o nim przywodzą na myśl chrześcijańskich obłąkańców z rosyjskich powieści anarchistycznych. Tak np. mówią o nim, że pomógł on zwykłemu złodziejowi w ucieczce na skutek gołosłownego twierdzenia, iż złodziej potrzebuje różnych rzeczy bardziej niż król. Opowiadanie takie stoi w dziwnej sprzeczności z tym, co opowiada się o innych krókch, twierdząc, iż uważali oni kradzież za rzecz niedopuszczalną w granicach swoich dominiów. A jednak oba te typy królów mają później tych samych chwalców. To, co naprawdę przykuwa uwagę, to fakt, iż typ niedołężnego króla zbiera więcej pochwał. Dochodzimy do przekonania, że na dłuższą metę — dokładnie tak samo jak w wypadku ostatniego z Lancasterów — pochwały te posiadają bardzo praktyczne znaczenie. Jeśli bowiem przejdziemy od strony burzycielskiej wieków średnich do ich osiągnięć twórczych, dojdziemy do stwierdzenia, że wiejski półgłówek stał się później natchnieniem miast oraz systemów państwowych. Jego to pieczęć widnieje na czcigodnych fundamentach Opactwa Westminsterskiego. Zobaczymy, że normańscy zwycięzcy w godzinie triumfu pochylają czoła przed samym jego duchem. Gobelin z Bayeux, utkany rękami Normanów dla usprawiedliwienia normańskich roszczeń i uświetnienia normańskiego zwycięstwa, nie przypisuje Wilhelmowi Zdobywcy niczego poza jego zdobyczą i prostą historią osobistą, która usprawiedliwia tę zdobycz. Opowieść urywa się nagle na przełamaniu szyków saksońskich w bitwie pod Hastings. Nad marami jednak, na których leży trup starego błazna, który poległ ni jednego ciosu nie zadawszy w bitwie, nad nim i tylko nad nim — ukazuje się z nieba ręka, jako deklaracja prawdziwego uznania potęgi, która rządzi światem.

Edward Wyznawca jest paradoksem pod wieloma względami. Szczególnie paradoksalna była fałszywa reputacja, jaką cieszył się wśród współczesnych sobie „Anglików”.

Jak już wspomniałem, mówić o Anglosasach jest rzeczą w pewnej mierze nierealną. Anglosas jest mitycznym, rozkraczonym olbrzymem, który zostawił jeden odcisk stopy w Anglii, a drugi w Saksonii. Istniało jednak społeczeństwo, a raczej szereg społeczności, żyjących w Brytanii przed Wilhelmem Zdobywcą, używających nazwisk, które zwiemy saskimi, i prawdopodobnie posiadających krew bardziej germańską, a z pewnością mniej francuską niż te same społeczności po Wilhelmie. Mają one w naszych czasach reputację będącą dokładną odwrotnością rzeczywistości. Wartość Anglosasa przesadzono, choć cnoty jego zapoznano. Uważa się, że krew anglosaska czyni z nas ludzi praktycznych. W gruncie rzeczy Anglosas był beznadziejnie niepraktycznym typem, bardziej niż jakikolwiek Celt. Wpływ rasy „teutońskiej” ma być rzekomo zdrowy, czyli — co wielu ludzi uważa za to samo — pogański. W rzeczy samej „Teutonowie” byli mistykami.

Anglosasi zrobili jedną, i tylko jedną, rzecz całkowicie poprawnie. Byli bowiem przygotowani do tego, by zrobić ją całkowicie poprawnie. Mianowicie — ochrzcili Anglię. Ochrzcili ją, zanim się jeszcze narodziła. Jest jednak faktem pewnym i bijącym w oczy, iż dawnym Anglom nie udało się zrobić jednej rzeczy — stać się Anglikami. Stali się jednak na pewno chrześcijanami, a ponadto okazali szczególną skłonność do stawania się zakonnikami. Ludzie współcześni, którzy mętnie mówią o nich jako o naszych dzielnych przodkach, nigdy nie doceniają prawdziwych usług, które nam oddali otwierając nasze dzieje legendą o czasach niewinności i zaczynając wszystkie nasze kroniki od złotego inicjału jakiegoś świętego. Garnąc się do zakonów, przysłużyli się nam w wielu niesłychanie cennych i wyjątkowych rolach — najmniej jednak chyba w roli przodków.