Выбрать главу

Przechodząc od hierarchii zawodowej do ideału równościowego, zauważymy znowu, że dzisiejsze pozostałości tego systemu są tak wykoślawione i bez związku, że stały się po prostu śmieszne. Istnieją w City londyńskim spółki dziedziczące herby i ogromne bogactwa dawnych cechów, nie dziedziczące jednak niczego poza tym. Nawet ich zalety nie odpowiadają zaletom cechów. W jednym np. wypadku widzimy instytucję w rodzaju Czcigodnego Towarzystwa Układaczy Cegieł, w którym nie ma oczywiście ani jednego murarza, ani w ogóle nikogo, kto by kiedykolwiek znał osobiście murarza, ale w którym szefowie paru wielkich przedsiębiorstw z City, wraz z paru zramolałymi dygnitarzami wojskowymi, rozmiłowanymi w jedzeniu, tłumaczą sobie nawzajem w poobiednich przemówieniach, że chlubą ich życia było sporządzanie alegorycznych cegieł. W innym znów wypadku widzimy Czcigodne Towarzystwo Praczy, zasługujące na swą nazwę w tym chyba tylko rozumieniu, że wielu z nich zatrudnia przy praniu dużą ilość innych ludzi. Te towarzystwa utrzymują wielkie instytucje miłosierdzia, bardzo zresztą nieraz pożyteczne. Ich założenie jednak jest zupełnie inne od miłosierdzia praktykowanego przez dawne cechy. Cechowa dobroczynność miała ten sam cel, co ziemia gromadzka. Chodziło o przeciwstawienie się nierówności, czy też, jak powiedzieliby niektórzy poważni panowie z poprzedniego pokolenia, o oparcie się ewolucji. Chodziło nie tylko o pewność, że sztuka murarska utrzyma się i będzie prosperować, ale że każdy z osobna murarz utrzyma się i będzie prosperował. Dążono do odbudowy ruin każdego murarza i do dania nowego fartucha każdemu wypłowiałemu praczowi. Zadaniem cechów była naprawa szewców, podobnie jak butów, i łatanie sukienników ich własnym suknem; wzmacnianie najsłabszego punktu i szukanie zgubionej owieczki. Jednym słowem chodziło o utrzymywanie linii małych warsztatów nieprzerwanej, jak linii frontu. Cech bronił się przed wzrostem wielkiego warsztatu. Otóż nawet pracze z Towarzystwa Praczy nie zechcą chyba twierdzić, że towarzystwo to istnieje w celu zapobiegania, by wielki warsztat nie połykał małego warsztatu, lub że dla zapobieżenia temu Towarzystwo Praczy kiedykolwiek coś uczyniło. W najlepszym zresztą razie pomoc, okazana dziś zbankrutowanemu praczowi, sprowadziłaby się do pewnego rodzaju odszkodowania, nie byłaby zaś przywróceniem go na dawne jego miejsce w ustroju przemysłowym. O ile wydajemy się dziś dbać o sam zawód, o tyle nie troszczymy się o pojedyncze życie. Toteż na skutek tej bardzo nowoczesnej, ewolucyjnej filozofii uległy zniszczeniu same zawody. Dawne cechy, mając oczywiście na oku ten sam cel, tj. równość, kładły kategoryczny nacisk na ten sam system równej płacy i równego traktowania, który zarzuca się dzisiejszym związkom zawodowym. Cechy średniowieczne nalegały jednak także, czego dzisiejsze związki zawodowe robić nie mogą, na wysoki poziom umiejętności fachowych, który świat jeszcze ciągle podziwia w narożnikach walących się budynków i w barwach połamanego szkła. Nie ma dziś artysty ani krytyka sztuki, który by nie przyznał, bez względu na odległość dzielącą jego własny styl od gotyku, że owe czasy przejawiały bezimienny — ale uniwersalny — smak artystyczny przy kształtowaniu przedmiotów codziennego użytku. Przypadek zachował najzwyklejsze laski i krzesła, garnki i rondle o tak wdzięcznych kształtach, jak gdyby właścicielami ich były rusałki. Rzeczy te wytwarzano bowiem w kraju niesłychanie, w porównaniu z następnymi ustrojami, fantastycznym, bo w kraju wolnym.

Że ta najbardziej średniowieczna z instytucji nowożytnych, jaką są związki zawodowe, nie walczy o ten sam ideał estetycznego wykończenia, jest doprawdy tragiczne. Ganiąc je za to, wykazal ibyśmy jednak zupełny brak zrozumienia przyczyn tej tragedii. Związki zawodowe są zrzeszeniami ludzi bez własności, starających się wyrównać jej brak swą liczebnością oraz faktem, że ich praca jest koniecznie potrzebna. Cechy natomiast były zrzeszeniami ludzi uwłaszczanych, starających się zabezpieczyć każdego człowieka w posiadaniu jego własności. Tylko w takim wypadku można oczywiście w ogóle mówić o istnieniu własności. Nie wolno by nam bowiem było nazywać jakiegoś społeczeństwa murzyńskim, gdyby większość ludzi była w nim biała, a nieliczni murzyni byliby olbrzymami. Nie powinnibyśmy również uważać za społeczeńs two ludzi żonatych takiego społeczeństwa, w którym większość mężczyzn byłaby kawalerami, a trzech ludzi miałoby haremy. Społeczeństwem ludzi żonatych nazwiemy takie, w którym większość ludzi będzie żonata, a nie takie, w którym jeden lub dwu ludzi będzie „bardzo żonatych”. Społeczeństwo jest więc wtedy uwłaszczone, kiedy większość ludzi posiada jakąś własność, a nie kiedy to społeczeństwo ma paru kapitalistów. Faktycznie zaś członkowie cechów (podobnie jak chłopi pańszczyźniani, pół-pańszczyźniani i wolni) byli znacznie bogatsi, niż się to da wywnioskować z samego faktu, że cechy broniły prawa do posiadania własnego domu, własnych narzędzi i sprawiedliwej płacy. Okaże się to jasno przy sumiennym przestudiowaniu cen tego okresu, oczywiście przy pełnym uwzględnieniu odmiennej wartości dzisiejszych pieniędzy. Człowiek mógł wówczas kupić gęś lub kilka kwart piwa za jedną lub dwie z najmniejszych i najpowszechniejszych monet, przy czym dla istoty sprawy obojętne są same nazwy tych monet. Nawet tam, gdzie indywidualne bogactwo było surowo ograniczane, bogactwo zbiorowe było bardzo duże — bogactwo cechów, parafii, a szczególnie — bogactwo posiadłości zakonnych. Jeśli chcemy zrozumieć dalsze dzieje Anglii, powinniśmy pamiętać o tym fakcie.

Następnym faktem godnym zanotowania jest to, że samorząd gminny wyrósł z ustroju cechowego, a nie ustrój cechowy z samorządu. Szkicując tu zdrowe zasady tego zaginionego społeczeństwa, nie będę — nie podejrzewa mnie chyba o to nikt będący przy zdrowych zmysłach — malował jakiegoś raju moralnego ani sugerował, że społeczeństwo to było wolne od błędów i walk, i zmartwień, które we wszystkich czasach nękały ludzi, a na pewno w nie mniejszym stopniu nękają ich w naszych czasach. Na temat cechów toczyło się sporo kłótni i walk, w szczególności zaś wrzało przez pewien czas gorące współzawodnictwo między gildiami kupców, którzy sprzedawali towary, a cechami rzemieślników, którzy je wytwarzali. W sporach tych brali na ogół górę rzemieślnicy. Bez względu jednak na to, która ze stron przeważała, głowy cechów zostawały głowami miast, a nie na odwrót. Skostniałe przeżytki tego niegdyś samorzutnego objawu widzimy również w stanowiącej obecnie anomalię instytucji Lorda Mayora oraz Korporacji (Livery) londyńskiego City. Skoro powtarza się nam dziś w kółko, że rządy naszych ojców opierały się na narzędziach walki, nie zawadzi podkreślić, że ich najbliższe i najcodzienniejsze rządy były oparte w całości na narzędziach pracy. Był to ustrój, w którym narzędzie robotnika stało się berłem. Blake, w jednej ze swych symbolicznych fantazji, wysuwa myśl, że w Złotym Wieku złoto i klejnoty należy zdjąć z rękojeści miecza i umieścić na rączce pługa. W istocie coś bardzo podobnego zdarzyło się w okresie tego interludium średniowiecznej demokracji, która fermentowała pod powłoką średniowiecznej monarchii i systemu arystokratycznego. Narzędzia pracy grały często rolę pompatycznych znaków heraldycznych. W emblematach czy paradnych widowiskach cechowych pełno było symboli oznaczających najbardziej prozaiczne zajęcia. Żeby użyć odpowiedniego porównania, trzeba by wyobrazić sobie, że kaptury na rycerskich zbrojach — czy też nawet szaty religijne — sporządzone były z samodziału i ozdobione perłowymi guzikami z koszuli straganiarza.