Sprawy ludzkie skomplikowane są w sposób niewygodny, toteż owo przedwiośnie patriotyzmu było zarazem jesienią społeczeństwa średniowiecznego. W następnym rozdziale postaram się wytropić siły rozkładające tę cywilizację. W tym już jednak miejscu, zaraz po wzmiance o pierwszych zwycięstwach, należy podkreślić rozgoryczenie i jałowe ambicje, ujawniające się coraz bardziej w późniejszych okresach, w miarę przeciągania się wojen francuskich. Francja była w tym czasie znacznie mniej szczęśliwa od Anglii — zdrada jej szlachty i słabość jej królów nękały ją prawie w tym samym stopniu, co najazd wyspiarzy. A jednak od tej właśnie rozpaczy i tego poniżenia rozdarło się w końcu niebo i ukazało jasność zjawiska, które najtrzeźwiejszemu nawet z historyków trudno nazwać inaczej niż cudem.
Możliwe, że na skutek oczywistego cudu nacjonalizm stał się nieśmiertelny. Wolno wyrazić przypuszczenie, choć sprawa ta jest zbyt trudna, by ją tu analizować, że w wielkiej moralnej przemianie, która przekształciła cesarstwo rzymskie w społeczeństwo chrześcijańskie, tkwiło coś, dzięki czemu każda wielka rzecz, której ta przemiana dawała później początek, dostawała przy chrzcie obietnicę trwałości lub przynajmniej nadzieję na trwałość. Możliwe, że każda z idei tej epoki nosiła w sobie zarodki nieśmiertelności. Na pewno czegoś takiego dopatrzeć się można w koncepcji, która małżeństwo przekształciła z umowy w sakrament. Bez względu jednak na powody tego zjawiska — to jedno jest pewne, że nawet u jak najbardziej świeckich ludzi naszych własnych czasów stosunek do rodzinnego kraju stał się nie umowny, lecz sakramentalny. Możemy sobie mówić, że flagi są szmatami, czy granice fikcjami, ale ci sami ludzie, którzy to powtarzali przez pół swego życia, umierają potem za szmatę i darci są w strzępy w obronie fikcji. Dzieje się to nawet w chwili, w której to piszę. Gdy w roku 1914 zagrzmiała trąba do boju, nowoczesna ludzkość zgrupowała się w narody prędzej, zanim sobie zdążyła uprzytomnić, co uczyniła. Człowiek rozumny nie znajdzie powodu, by wątpić, że jeśli ten sam dźwięk rozlegnie się za lat tysiąc, ludzkość powtórzy dokładnie to samo. Choćby jednak ten wielki i dziwny stan ducha nie miał okazać się trwały, istota rzeczy leży w tym, że odczuwamy go dziś jako trwały. Trudno dać definicję wierności, ale może zbliżymy się do niej nazywając ją uczuciem rodzącym się tam, gdzie obowiązek nie ma granic. Minimum zaś obowiązku, czy nawet przyzwoitości, wymagane od patrioty, stanowi maksimum wymagane przez jak najwznioślejszą koncepcję małżeństwa. Patriotyzm, tak jak go ogół rozumie, nie sprowadza się do zwykłego stosunku obywatela do państwa. W rozumieniu ogółu patrio tyzm obowiązuje na czasy lepsze i gorsze, tłuste i chude, na zdrowie i chorobę, na potęgę i chwałę narodu, jak i na jego pohańbienie i upadek. Nie wystarczy podróżować w nawie państwa w charakterze pasażera. W razie potrzeby trzeba umieć zatonąć wraz z okrętem.
Nie widzę potrzeby powtarzania tu opowieści o tym trzęsieniu ziemi, w czasie którego przejaśnił o się niebo ukazując ponad zamieszaniem i poniż eniem tronów władczą postać kobiety z ludu. Ona, sama jedna, osamotniona, była istną — Rewolucją Francuską. Stała się żywym dowodem, że pewna moc leżała nie w francuskich królach czy w francuskich rycerzach, ale w samych Francuzach. Sam fakt jednak, że dojrzała ona coś ponad sobą, co było czymś więcej niż błękit nieba, fakt, że żyła życiem świętej i umarła śmiercią męczeńską, wybił na nowym uczuciu narodowym uświęcone znamię. Fakt zaś, że walczyła ona za kraj pobity i że — nawet mimo jego zwycięstwa — została sama w końcu pokonana, ten fakt charakteryzuje trudny do zrozumienia czynnik ofiarnego oddania się, o którym mówiłem przed chwilą, czynnik godzący nawet pesymizm z patriotyzmem. W tym miejscu wydaje się wskazane rozważyć wpływ tej ofiary na poezję i rzeczywistość Anglii.
Nie byłem nigdy zdania, by rola patrioty miała polegać na obrzucaniu własnego kraju utartymi i nieprzekonywającymi komplementami. Nie zrozumie jednak Anglii ten, kto nie pojmie, że wymieniony powyżej epizod historyczny, który w sposób oczywisty wskazuje, iż Anglia nie miała racji — łączy się w rezultacie z ciekawą właściwością, która wskazuje, że Anglicy mieli wyjątkowo rację. Nikt porównujący nas uczciwie z innymi krajami nie może twierdzić, byśmy zaniedbywali budowy grobowców prorokom, których kamienowaliśmy, czy nawet prorokom, którzy ciskali w nas kamienie. Angielska tradycja historyczna odznacza się pewną niedbałą wielkodusznością, która zawsze popada w końcu w chwalenie nie tylko wielkich cudzoziemców, ale i wielkich wrogów. Często obok wielkiej niesprawiedliwości ma ona nielogicznie szeroki gest. Załatwia się z jakimś wielkim narodem ignorując go po prostu, natomiast do wielkiej osobistości odnosi się z serdecznym uwielbieniem. Szereg przykładów tej właściwości można by znaleźć i w tym rozdziale naszych dziejów, gdyż nasze książki robią z Wallace’a człowieka lepszego, niż nim był naprawdę, podobnie jak przyznawały później Waszyngtonowi nawet wyższe ideały, niż te, które posiadał w rzeczywistości. Thackeray śmiał się z portretu Wallace’a pędzla panny Jane Porter, według której szedł on na wojnę — płacząc, z piękną lnianą chusteczką do nosa. Jednakże jej postawa była bardziej angielska i nie mniej ścisła, a jej idealizacja była bliższa prawdy niż własne pojęcia Thackeraya o średniowieczu brudnych hipokrytów, zakutych w zbroje. Jeśli Edward, figurujący w dziejach jako tyran, potrafił płakać ze współczucia, to wydaje się dość prawdopodobne, że Wallace płakał również, z chusteczką czy bez. W każdym razie romans panny Porter oddawał ściśle rzeczywistość nacjonalizmu. Wiedziała ona znacznie więcej o szkockich patriotach, żyjących na wiele wieków przed jej czasem, niż wiedział Thackeray o irlandzkich patriotach, których miał pod nosem. Thackeray był człowiekiem wielkim, w tej sprawie był on jednak człowieczkiem bardzo małym, doprawdy ledwie że dostrzegalnym. Przykłady Wallace’a i Waszyngtona i wielu innych przytaczamy tu jednak tylko po to, by wykazać naszą ekscentryczną wielkoduszność, którą okupujemy niektóre z naszych uprzedzeń. Narobiliśmy wiele głupstw, dokonaliśmy jednak przynajmniej jednej pięknej rzeczy: wybieliliśmy naszych najgorszych wrogów. Jeśli uczyniliśmy to w stosunku do śmiałego szkockiego zagończyka oraz do przedsiębiorczego właściciela niewolników ze stanu Virginia, to nie odmówimy chyba naszego uznania i tej jedynej białej postaci wśród prostego tłumu żołdaków. Uważam, że w nowoczesnej Anglii panuje w tej sprawie coś jakby powszechny entuzjazm. Pewien wielki krytyk angielski napisał książkę o tej bohaterce jedynie w celu zganienia wielkiego krytyka francuskiego za to, że nie pochwalił jej dostatecznie. Nie wierzę, by żył dziś jakiś Anglik, który, gdyby mu zaproponowano wcielenie się w Anglika z owych czasów, nie zrzekłby się zaszczytu jazdy z wieńcem zwycięzcy na skroni, na czele wszystkich włóczni spod Azincourt, na rzecz wcielenia się w tego prostego żołnierza angielskiego, o którym mówi tradycja, że złamał swą włócznię, by zrobić z niej krzyż dla św. Joanny d’Arc.